Z zainteresowaniem obejrzałem rozmowę Andrzeja Dominiczaka i prof. Moniki Płatek na temat poszerzenia definicji gwałtu proponowanego przez część feministek anglosaskich i nie tylko. Oglądaniu towarzyszyła praca montażysty, jak to zwykle ze mną bywa na Racjonalista.tv, więc mogłem bardzo dokładnie śledzić materiał.

Idea, której zwolenniczką jest prof. Płatek polega na tym, że kobieta (ale i mężczyzna) powinna wyrazić oficjalną i entuzjastyczną zgodę przed stosunkiem seksualnym. Andrzej skupił swoją uwagę w krytyce tego pomysłu na terminie „entuzjastyczna” zgoda, słusznie zauważając, że seks na który godzą się wszyscy jego uczestnicy może wynikać również z litości, z poczucia obowiązku, lub być nieentuzjastycznym dodatkiem dla innych przyjemności płynących z miłosnego związku. Andrzej zauważył także, że nie każda kobieta lubi ochoczo i entuzjastycznie werbalizować ochotę na seks. Może to wypływać z jej charakteru, ze wstydliwości, lub z tego, że wedle niektórych badań przesadna werbalizacja potrzeb zabija erotykę.

O ile zgadzam się z argumentami Andrzeja dotyczącymi zgubnej niekiedy przesadnej werbalizacji erotyki, o tyle wydaje mi się, że problem seksu z obowiązku lub litości jest dość sztuczny. Dziwi mnie, że w rozmowie prof. Moniki Płatek i Andrzeja Dominiczaka nie pojawiła się uwaga dotycząca tego, że przecież aby mogła być mowa o popełnieniu przestępstwa gwałtu, ktoś musi je zgłosić. Jeśli kobieta zgadza się na seks z litości czy z poczucia obowiązku, nie doniesie na partnera i nie będzie sprawy.

Nie to jednak najbardziej mnie zaskoczyło w całej rozmowie. Rozumiem oczywiście zainteresowanie prof. Moniki Płatek możliwym przejściem z wolności seksualnej do podmiotowości seksualnej. Zrozumiała jest dla mnie również chęć zmiany nastawienia z „udowodnij gwałt” na „udowodnij, że seks był uprawiany za zgodą partnerki”. To, że ofiary gwałtu muszą dowodzić swej krzywdy często piętnuje je jeszcze bardziej i czasem uniemożliwia skazanie sprawcy. Jak zauważyła prof. Płatek, w prawodawstwie dotyczącym kwestii gwałtu silnie są obecne relikty epoki, w której cnota kobiety postrzegana była głównie przez pryzmat honoru mężczyzn, którym była podporządkowana (głównie ojca lub męża). Odczucia samej zgwałconej były tu znacznie mniej istotne. Do tego stopnia, że ważną metodą naprawienia krzywdy była deklaracja ze strony gwałciciela, że poślubi zgwałconą. Tak zresztą jest nadal w wielu niezachodnich kulturach patriarchalnych.

Choć jednak rozumiem prof. Monikę Płatek w tym, jakie ewentualne korzyści dostrzega w omawianym rozwiązaniu, nie wydaje mi się technicznie możliwe jego zastosowanie. Mężczyzna może przecież zmusić daną osobę do podpisania zgody na stosunek seksualny, lub też może ją upić i w tym stanie owa zgoda może zostać podpisana. Kobieta może też sama się upić i podpisać ową zgodę. Jedynie jacyś postronni i obiektywni świadkowie mogliby zapewnić sytuację, w której entuzjastyczna zgoda na stosunek seksualny miałaby gwarancję nie podpisanej pod przymusem, czy też w stanie odurzenia.

Ciężko sobie wyobrazić korpus świadków, w których obecności zgłaszałoby się zgodę na stosunek seksualny, do tego dochodzi też czynnik psychologiczny, jakim byłoby w tym wypadku wyzucie erotyki ze spontaniczności. Wydaje mi się, że obecne rozwiązanie, w którym trzeba dowieść przymusu jaki towarzyszył gwałtowi, jest bardziej realistyczne, choć niestety pomija część możliwych sytuacji.

Bez korpusu świadków, w których obecności zgłaszałoby się ochotę na seks, wymóg oficjalnej i entuzjastycznej zgody na stosunek płciowy mógłby wręcz wzmóc brutalność ze strony gwałcicieli. Jedni, już po gwałcie, zmuszaliby ofiarę siłą do podpisania odpowiedniego dokumentu. Inni, mając wrażenie, że się nie wykręcą, mogliby być silniej zmotywowani do zamordowania ofiary swojego gwałtu.

gawa