Zmierzając rowerem w majowe upały do Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu odniosłem wrażenie, że cała przestrzeń żyje i mieni się wiosną. Powietrze aż mieni się od jaśniejących w słońcu drobinek życia, zaś krzewy, drzewa i polany wyciągają się ku wszystkim drogom, ścieżkom i przejazdom. Wiosna, tak lubiana przez wielu kompozytorów, stara się zatrzymać wartki rytm czasu i rozpuścić wszelki rytm i wszelką ciągłość w zielonych rozlewiskach leniwego wzrostu.

 

Dlatego warto zaczerpnąć nieco ruchu, a któż był większym specjalistą od muzycznej gonitwy rytmów i o płynącego w nich czasu jak nie Igor Strawiński? W NFM 11 maja obok dzieł Strawińskiego pojawiły się też utwory Esy-Pekki Salonena, zamykając jego silną obecność w tym sezonie muzycznym. Obecność ta przejawiała się pod postacią dzieł, ciekawych, choć niezbyt chętnych dźwiękowym rewolucjom oraz pod postacią samego Esy-Pekki Salonena, który wraz ze swoją obecnie Philharmonia Orchestra wykonał we Wrocławiu symfonie Beethovena i Mahlera.

 

Koncert prowadził Andrzej Boreyko, światowej klasy dyrygent, regularnie stający na czele najlepszych światowych orkiestr, ale i będący obecnym w arcyciekawych projektach fonograficznych. Jego współpraca z Filharmonikami Wrocławskimi okazała się naprawdę inspirująca. Wciąż mam w uszach świetne solówki rogów i fletów w Strawińskim oraz przepyszne brzmienie smyczków w całym koncercie. Jednocześnie interpretacyjne kreacje Boreyki okazały się bardzo wysmakowane. Artysta nie dążył do wywołania wstrząsających efektów płynących z oddziaływania masą orkiestry czy z zawrotnych temp. Prowadził muzykę lekko, przejrzyście, ukazując ważne dla danej kompozycji detale i elementy konstrukcyjne. Bardzo często wracam do płyt z udziałem Boreyki, z pewnością równie chętnie wybiorę się na koncert, który ten artysta prowadzi.

 

Koncert zaczął się od polskiego prawykonania, od utworu, który mogliśmy usłyszeć w Polsce pierwszy raz na koncercie. Pewnie myślicie, że chodzi o jakieś nowe dzieło Esy-Pekki Salonena? Otóż nie! Chodzi o Strawińskiego, kompozytora, który napełnił swoją inwencją sporą część XX wiecznej muzyki. Którego Święto Wiosny otwarło bramy muzyki nowoczesnej i stało się kamieniem milowym europejskiej sztuki, podobnie jak swego czasu IX Symfonia Beethovena czy msza Notre Dame Machauta.  Oczywiście Strawiński stał się kamieniem milowym również dla rosnących w siłę twórców amerykańskich.

 

 

Pogriebalnaja piesń op. 5, wczesne dzieło Igora Strawińskiego, zostało przez niego napisane w roku 1908 jako homage dla Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, od którego Strawiński, będąc w zasadzie samoukiem, pobierał jednak nauki i zapożyczał inspiracja w swoich pierwszych twórczych latach. Utwór zaginął na długie lata i został odnaleziony trzy lata temu. Do słuchania Pieśni pogrzebowej podchodziłem z pewnymi obawami, gdyż czytałem recenzje jednej z pierwszych płyt na których ten utwór się pojawił w wykonaniu Riccardo Chailly który dyrygował lokalną orkiestrą podczas festiwalu w Lucernie w sierpniu 2017 roku.  Z części recenzji krytyków muzycznych , których cenię, wynikało, że trochę bez sensu dawać te błahe wczesne utworki  obok arcydzieła, jakim jest Święto Wiosny. Podczas wrocławskiego koncertu Boreyko i Filharmonicy Wrocławscy przekonali mnie, że Pieśń Pogrzebowa op.5 nie jest błahym utworkiem, ale utworem wyrazistym, opartym na surowej i sunącej do przodu, mrocznej melodyce, pełnym narastającej ekspresji, doskonałym w detalach. Podobnie jak w Ognistym Ptaku, jest tu jeszcze Strawiński w dużej mierze późnym romantykiem i nawet trochę impresjonistą, a mniej jest tu Strawińskiego twórcy neoklasycyzmu, ale odnajdujemy już w Pieśni Pogrzebowej indywidualne cechy stylu kompozytora, takie jak modernistyczne docenianie wagi muzycznego materiału, zestawianie jego płaszczyzn w sposób czysty, nie zamglony i nie ozdobny. Może nawet Ognisty Ptak jest bardziej na uboczu głównego nurtu estetyki Strawińskiego, gdyż w nim pojawiają się właśnie te zamglenia na styku poszczególnych głosów, oraz ciekawe efekty kolorystyczno – sonorystyczne, z których w tej postaci kompozytor szybko zrezygnował.

 

 

Drugim utworem Strawińskiego wykonanym na koncercie była suita baletowa Ognisty Ptak. Filharmonicy Wrocławscy pod batutą Andrzeja Boreyki pokazali, że doskonale bawią się koloryzmem i pewnym brutalizmem tej kompozycji. Baśniowy świat został oddany tak jak trzeba – przed naszymi oczami pojawił się piękny, barwny fresk, pełen tlącej się gdzieś w cieniu egzotyki, gdyż baśnie rosyjskie miewają czasem perskie korzenie. Płomień na piórach ptaka miał niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju odcień czerwieni, podobnie niepowtarzalne było upiorne szczękanie kości Kościeja.

 

Z twórczości Esy-Pekki Salonena pojawiły się na koncercie dwa utwory – Koncert skrzypcowy i Helix. Po raz kolejny przekonałem się, że gdy dyrygent staje się utalentowanym kompozytorem (co nie zawsze zdarza się komponującym dyrygentom), ma jedną wielką przewagę nad twórcami, którzy nie są znanymi i cenionymi dyrygentami. Tą przewagą jest dogłębna znajomość orkiestry, jej możliwości i subtelnych efektów, jakie można uzyskać przez instrumentację swojej muzycznej idei. Najsławniejszymi dyrygentami – kompozytorami byli Ryszard Strauss i Gustav Mahler. Choć nie każdy jest wielbicielem ich muzycznej wyobraźni i wrażliwości, to jednak nie można im odmówić absolutnej doskonałości, jeśli chodzi o operowanie orkiestrą. Ja cenię zarówno Straussa jak i Mahlera, choć na dzieła pierwszego nie zawsze mam nastrój. Lecz nawet totalnie nie będąc w Straussowskim humorze nie mogę nie ulec magii jego orkiestrowego mistrzostwa i czuję się trochę rozczarowany słuchając po nim znacznie wyżej przez siebie cenionych twórców wielkiej symfoniki  – Beethovena, Brahmsa czy Dvoraka. Choć muzyczna narracja Brahmsa jest niezrównana, to jednak brakuje w jego dziełach tej orkiestrowej wirtuozerii, która jest czymś stałym u Ryszarda Straussa. Podobnie jest z Esa-Pekką Salonenem na tle innych współczesnych twórców.  Utwory Salonena po części przynależą do neoromantycznej kontrrewolucji, po części są efektem indywidualnego konstruktywizmu, jak u Panufnika czy Lutosławskiego. Można też w nich odnaleźć jakieś echa neoklasycyzmu i nowszych kierunków estetycznych. Czasem pojawiają się w nich elementy popowe, ale raczej na zasadzie smaczków, dodatków, a nie dominujących idei (choć może wśród nieznanych mi dzieł Salonena znajdą się i takie?).  Jest zatem Salonen twórcą bardzo eklektycznym, lecz zyskującym spójność i nie całkiem sporą siłę muzycznego oddziaływania właśnie poprzez niedostępną wielu innym twórcom muzyki współczesnej znajomość orkiestry. Ta znajomość powoduje także, że twórczość Salonena jest przystępna dla osób nie zaangażowanych w świat muzyki nowej, choć nie popada w taką powierzchowność jak późne dzieła Killara czy niektóre utwory amerykańskich minimalistów i Pärta.

 

Koncert skrzypcowy to jeden z najpiękniejszych utworów Salonena jaki znam. Partia skrzypiec niczym srebrna nić łączy niezwykłe wyspy orkiestrowej opowieści. Piękne efekty kolorystyczne kontrastują z silną rytmiką środkowych części koncertu. We Wrocławiu mieliśmy skrzypaczkę grającą w zastępstwie zapowiedzianej wcześniej artystki. Młodą duńską skrzypaczkę Kirstine Schneider polecił sam kompozytor i cóż – miał rację. To było świetne wykonanie udanego koncertu, spora też w tym zasługa Boreyki i Wrocławskich Filharmoników.

 

Helix to też jeden z najczęściej wykonywanych utworów Salonena. To taki mały muzyczny fajerwerk, oparty na spiralnie gęstniejącej i narastającej strukturze dźwięków. Brzmi bardziej modernistycznie niż Koncert skrzypcowy, ale nadal można w nim wyłapać wyraźne i atrakcyjne dla osoby, która ucieka na dźwięk słowa „Webern”, elementy ostinatowe. Helix to także możliwość dla orkiestry do popisania się swoim kunsztem, no i tak było – Wrocławscy Filharmonicy zmieścili się bezbłędnie w muzycznej spirali i zakręcili nią aż miło. Bardzo udany koncert!