Kwartetowe wizje

  Kwartet smyczkowy jest bez wątpienia królem muzyki kameralnej. Jego wyrafinowane, homogeniczne brzmienie kusi i kusiło największych kompozytorów. Niektóre kwartety są jak rozmowa dobrych przyjaciół, inne to w zasadzie wielkie symfonie zaklęte w kameralnej formie. Nic zatem dziwnego, że przyciągnął mnie do NFM we Wrocławiu berliński vision string quartet. To kolejny kwartet, który eksperymentuje z konwencją. O ile pierwsza część koncertu wypełniona była epickim i romantycznym Kwartetem smyczkowym g-moll op. 27 Edvarda Griega, o tyle druga część zawierała materiał własny vision string quartet, który został też nagrany na albumie SPECTRUM.

   Nie szukałem SPECTRUM na streamie przed koncertem. Postanowiłem zaufać osobom odpowiedzialnym w NFM za programowanie koncertów kameralnych. Dotychczas mnie nigdy nie zawiodły, a po co miałbym rezygnować z niespodzianki i niepotrzebnie przekręcać brzmienie vision string quartet niedoskonałą jakością streamingu?

   Był zimowy czwartek, w samym sercu stycznia (22.01.2026). Mróz dalej trzymał się we Wrocławiu, choć widoczna warstwa śniegu stopiła się wcześniej za sprawą kilku popołudni o dodatniej temperaturze. Jadąc tramwajem widziałem, że w Parku Szczytnickim śnieg w niedużych ilościach ocalał, chroniony przez drzewa. Być może te białe, tonące w mroku języczki zmrożonej wody wywołały we mnie niepokój. „A co, jeśli ta nieklasyczna warstwa muzykowania vision string quartet okaże się jakąś straszną tandetą i spędzę godzinę męcząc się wśród klaszczących jakieś smyczkowe umpa-umpa ludzi? Przecież wiem, że część publiczności koncertowej wręcz marzy o tym, aby klaskać do jakiegoś przyciężkiego rytmu, niezależnie czy jest to disco polo czy Brahms?”. Już prawie wysiadłem z tramwaju i uciekłem, jednak przypomniałem sobie inne koncerty kameralne w NFM i jednak postanowiłem pozostać.

   Wspaniały, epicki kwartet Griega został zagrany świetnie. Mógłbym się lekko przyczepić do pewnego braku subtelności pierwszych skrzypiec. Poza tym było świetnie. Muzycy doskonale wiedzieli co robią. Zamienili kwartet w fascynującą opowieść, nie spiesząc się i głęboko analizując każdą scenę przedstawianej przez Griega muzycznej historii. Dźwięk kwartetu był plastyczny, doskonale zarysowany i precyzyjny. Widać było, że muzycy przeżywają podróż w świecie norweskiego romantyka i robią to świetnie. Wydaje się, że instrumenty były lekko nagłośnione, co z pewnością było związane już z drugą częścią koncertu. Na szczęście nagłośnienie było bardzo subtelne i praktycznie nie przeszkadzało, choć w Sali Czerwonej nie ma potrzeby nagłaśniania kwartetu smyczkowego. To wręcz wymarzona akustyka dla muzyki kameralnej.

   A Grieg? Muzyka skandynawska jest bardzo ciekawa. Ma w sobie świeżość i melancholię. Jest jednocześnie subtelna i mocno zarysowana. To niezwykłe, że tak niewielki pod względem ilości mieszkańców kraj jak Norwegia wydał tak niezwykłego twórcę, który zresztą świetnie wpisuje się w inne dokonania kultury norweskiej – w dramaty Ibsena i malarstwo Muncha.

   Edvard Grieg w powszechnej świadomości funkcjonuje jako malarz norweskich pejzaży dźwiękiem – twórca suity „Peer Gynt” czy lirycznych „Miniatur lirycznych”. To obraz prawdziwy, lecz niepełny. Gdzieś w cieniu tych popularnych dzieł, w małej, drewnianej chacie nad fiordem Hardanger, narodziło się jego najbardziej monumentalne i osobiste dzieło kameralne: Kwartet smyczkowy g-moll op. 27. To utwór, w którym Grieg nie tyle maluje krajobraz, co przeprowadza w nim głęboką, duchową archeologię, łącząc narodowy pierwiastek z uniwersalnym językiem muzyki absolutnej. Kluczem do tej podróży staje się melodia zaczerpnięta z pieśni „Spillemænd” do słów Henrika Ibsena, która, jak duch przewodni, spaja całą kompozycję. To szukanie narodowego pierwiastka w sztuce było ogromnie istotne dla twórców norweskich tego czasu. Kraj odzyskiwał swoją tożsamość po wiekach zależności od Danii i Szwecji. Podobnie było w Polsce, gdzie podczas rozbiorów nasi twórcy szukali pierwiastka narodowego.

   Związek między kwartetem Griega a pieśnią „Spillemænd” (op. 25 nr 1) nie jest jedynie pobieżną inspiracją, lecz fundamentalną zasadą konstrukcyjną. Grieg zastosował tu zaawansowaną technikę cykliczną, zapożyczoną od Beethovena i rozwiniętą przez Césara Francka. Melodia pieśni, której tytuł można przetłumaczyć jako „Gracze” lub „Lutniści”, staje się leitmotivem przenikającym wszystkie cztery części kwartetu. Ta monotematyczność tworzy niezwykły dysonans z rozbudowaną, mocno narracyjną formą kwartetu. Melodia pieśni ibsenowskiej pojawia się w kwartecie w unisonowym, surowym geście na samym początku dzieła, a następnie podlega ciągłym transformacjom, przeplatając się z tkanką muzyczną niczym wspomnienie lub natrętna myśl. Grieg w liście przyznał, że za kwartetem stoi konkretny, inspirowany Ibsenem, poetycki obraz: „rozmyślań muzyka oddalonego od ukochanej, który rozważa, podczas spaceru letnim wieczorem nad strumieniem, możliwość, by jakieś wodne bóstwo znów mu ją przyprowadziło”. „Spillemænd” to zatem nie tylko cytat muzyczny, ale i nosiciel poetyckiej idei – tęsknoty, wspomnienia i wewnętrznego niepokoju, które stają się paliwem dla dramatycznej narracji całego kwartetu.

   Grieg podszedł do formy kwartetu z ambicją i śmiałością, które zaskoczyły muzyczny świat. Jego podejście było awangardowo orkiestralne. Aby osiągnąć „rozpiętość, unoszący się lot, a nade wszystko echo, rezonans w przestrzeni”, o którym pisał, masowo stosował podwójne dźwięki i bogate, wielogłosowe akordy. Pierwszy akord pierwszej części to w istocie dwunastodźwiękowa struktura. Ta technika nadaje kwartetowi niespotykaną gęstość, pełnię brzmienia i niemal symfoniczną moc, przez co bywa on określany mianem „czterogłosowej orkiestry”. Takie potraktowanie instrumentów smyczkowych było wówczas radykalne; jego wydawca, C.F. Peters, początkowo odrzucił partyturę, obawiając się, że będzie niegrywalna i że konieczne będzie dodanie fortepianu.

   To właśnie te walory – śmiała harmonika, chromatyczne modulacje i cykliczna budowa – sprawiły, że kwartet Griega stał się istotnym ogniwem pomiędzy późnymi kwartetami Beethovena a archetypicznym dziełem wczesnego modernizmu: Kwartetem smyczkowym Claude’a Debussy’ego. Debussy, który znał i podziwiał dzieło Norwega, w swoim jedynym kwartecie (również w tonacji g-moll) podjął podobną grę barwą i fakturą. Grieg udowodnił więc, że język narodowy może stać się składnikiem nowoczesnego, uniwersalnego idiomu.

   Kwartet g-moll jest w twórczości Griega dziełem wyjątkowym i centralnym. To jego jedyny ukończony, dojrzały kwartet, pomiędzy młodzieńczym, zaginionym utworem a nieukończonym szkicem trzeciego. Rozprawia się on zdecydowanie z etykietką „miniaturzysty”, pokazując, że Grieg był mistrzem formy wielkiej, zdolnym do prowadzenia złożonej, półgodzinnej narracji. Jest to utwór, w którym, jak sam kompozytor wyznał, „krew jego serca” płynęła najobficiej. Wprowadza on do salonu kameralistyki ducha norweskiego folkloru, nie poprzez dosłowne cytaty, ale poprzez rytmy (jak ożywcze saltarello w finale), melodykę i pewną surową energię.

   Na tle słynnych kwartetów historii muzyki, dzieło Griega zajmuje pozycję pomostową. Nie ma intelektualnej, architektonicznej czystości kwartetów Beethovena czy Brahmsa, ani impresjonistycznej eteryczności Debussy’ego. Jego siłą jest emocjonalna bezpośredniość, epickość i żywiołowy romantyzm. Jest bliżej dramatycznej narracji kwartetów Czajkowskiego czy Dvořáka niż abstrakcyjnych rozważań późnego Beethovena. Choć nie jest tak często wykonywany jak arcydzieła tych kompozytorów, przez krytyków i znawców bywa postrzegany jako niedoceniona perła o niezwykłej sile wyrazu.

   I ja się z tym zgadzam. Ten kwartet to rzeczywiście perła muzyki kameralnej. Ilekroć jakiś kwartet się za nią bierze, mamy gwarantowane mocne przeżycia, zamyślenie, a nawet zagubienie się w norweskich pejzażach geograficznych, ale też mentalnych. Tu znowu przypominają mi się poruszające obrazy Muncha. Norwegom udało się, w dużej mierze za sprawą Griega i Ibsena, stworzyć bardzo spójny język narodowej sztuki. Język pełen emocji, ale też północnego chłodu i osamotnienia. Vision string quartet, mimo niepotrzebnego w tym momencie, jednak dyskretnego nagłośnienia, przedstawił poruszającą i dojrzałą wizję tego arcydzieła. Nie tyle skupił się na ekspresjonistycznej niemal momentami emocjonalności, co na snuciu historii, tak charakterystycznym dla muzyki Griega i tak mocno obecnym w tym właśnie dziele.

   Jednak na przerwie przechadzałem się nerwowo przed fasadą NFM z e-papierosem w ręku. Czy teraz czeka mnie „biesiada muzyczna”, atmosfera jak na przaśnym weselu z klaszczącą i rechoczącą rubasznie publicznością? Jest coś takiego, że wielu bywalców koncertów filharmonicznych wręcz marzy o tym, żeby jakiś muzyk poślizgnął się na skórce od banana, lub pozwolił wszystkim miarowo klaskać. Choć muszę przyznać, że NFM odwraca te negatywne tendencje i kilka razy, gdy publiczność została poproszona o śpiewanie chorału itp. zabrzmiała jak całkiem niezły chór. Z pewnością jest to owoc inicjatywy „Chór melomana”. Skąd jednak bierze się ta chęć do klaskania i reagowania entuzjastycznym rechotem na każde potknięcie czy najgorszy nawet żart? Może muzyka klasyczna część publiczności nudzi, może część publiczności niejako jest na koncercie na siłę? A może po prostu ludzie się uczą słuchać i rozumieć muzykę i czują związane z tym napięcie, które wyczekuje momentów luzu? Pewnie wszystkie odpowiedzi są dobre. Ja nie traktuję słuchania muzyki jak lekkiej rozrywki. Teraz na przykład poznaję lepiej opery Prokofiewa i jest to proces, nie zaś natychmiastowy zachwyt.

   Vision string quartet zaprezentował różne utwory związane z jego albumem SPECTRUM. Związani z Berlinem muzycy okrasili je licznymi komentarzami, pokazali też rozmaite techniki użyte w tej eklektycznej muzyce, łączącej wątki minimal music, jazzu, popu, folku, country i wielu innych rzeczy. Czasem miałem wrażenie, że są to instrumentalne wiersze ballad, które i ja słyszałem w górach, coś w stylu piosenek Starego Dobrego Małżeństwa, tylko rozpisanych na kwartet. Ale wszystko to było całkiem niezłe, w dobrym guście, estetyczne i momentami ambitne brzmieniowo czy nawet harmonicznie. Nie było tu muzycznego populizmu, raczej chęć użycia kwartetu smyczkowego inaczej, ale bez ucieczki z krainy muzyki. Muszę przyznać, że byłem pod dużym wrażeniem, jak dobrze vision string quartet dał sobie radę ze swoim crossoverowym projektem. Jednocześnie miło było posłuchać, że różne pizzicato i bębnienia w pudła instrumentów smyczkowych mogą być niesamowicie atrakcyjne i sensowne brzmieniowo oraz muzycznie. W muzyce nowej często protestuję przeciwko bębnieniu w skrzypce itp. Domagam się po prostu dodania do utworu perkusisty. Gdy jednak skrzypce się odpowiednio nagłośni, pewne efekty dźwiękowe nabierają większego sensu. Zresztą vision string quartet nie nadużywał bębnienia i najbardziej kontrowersyjnych efektów. Cóż, jeśli lubicie bardziej crossoverowe płyty Kronos Quartet SPECTRUM vision string quartet z pewnością wam się spodoba, choć akcenty między muzyką nową, pop a romantyzmem u Berlińczyków są rozłożone nieco inaczej.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziesięć + dwa =