Dedykacja, czyli z kompozytorami podróż w muzyczną dal

 

11 lutego zaowocował w Narodowym Forum Muzyki spotkaniem z dwoma ciekawymi kompozytorami, którzy przedstawili zarówno swoje dzieła, jak i utwory, które najwyraźniej z nimi korespondowały, a pochodziły z grona utworów znanych już wszystkim dobrze i należących do muzeum naszej muzycznej wyobraźni. Bardzo żywego muzeum – dodam od razu.

 

WP_20170211_18_04_14_Pro

 

Orkiestra Kameralna – NFM Leopoldinum spisywała się tego dnia świetnie. Piękne, soczyste brzmienie smyczków dosłownie wierciło dziurę w głowie i otwierało ją na myśli, obrazy, impresje. Obecność utworów nowych zachęcała wyobraźnię do działania, gdyż dzieła współczesne mają to do siebie, że nie obrosły jeszcze mitami, legendami i ortodoksyjnymi wykładniami. Musimy przecież pamiętać, że wiele dzieł muzyki i malarstwa nie nosiło żadnych tytułów, a jednak je zyskały z uwagi na takie a nie inne obudowanie ich znaczeniem, które najczęściej nie miało nic wspólnego z intencjami kompozytora.

 

Kompozytorami i dyrygentami przedstawiającymi nam muzykę tego wieczora byli David Philip Hefti i Soren Nils Eichberg. Hefti staje się jednym z bardziej zauważalnych kompozytorów współczesnych – ma już kilkanaście płyt, co jak na muzykę nową stanowi ilość istotną. Studiował kompozycję pod kierunkiem Halfftera, Kelborna i Rihma. Rihm to jedna z najjaśniejszych gwiazd dzisiejszej sceny muzyki klasycznej, unikająca zarówno zbytniego ukłonu w stronę prostszej części publiczności, czyli neoromantyzmu lub minimal music, a z drugiej strony nie pogrążająca się w szaleństwie eksperymentów polegających na całkowitej niemal dekonstrukcji muzyki (choć jednak różnych typów dekonstrukcji u Rihma można się dopatrzeć, ale chyba jednak bardziej dekonstrukcji dźwięku niż samej muzyki). Z kolei Eichberg to jeden z najbardziej rozpoznawalnych kompozytorów skandynawskich. Tę skandynawskość u kompozytorów zawsze warto podkreślać, gdyż jest ona często wyraźnie odrębnym zjawiskiem na tle muzyki komponowanej w innych regionach cywilizacji euroamerykańskiej. Te cechy to archaiczny skandynawski foklor, do którego często nawiązują skandynawscy kompozytorzy, to pewien chłód emocjonalny, spowodowany bez wątpienia klimatem, no i pewna zachowawczość estetyczna, której symbolem stał się Fin Sibelius, będący sobie w najlepsze romantykiem jeszcze po II Wojnie Światowej. Sibelius zresztą w pewnym momencie zaprzestał komponowania, nie mogąc się pogodzić z tym co nowe, a nie chcąc bez końca dopowiadać tego, co powiedział muzyce on sam po jej XIX wiecznych mistrzach.

 

Trzecią gwiazdą wieczoru był znakomity flecista, Phillip Jundt. Jego obecność była jak najbardziej uzasadniona, gdyż to jemu Hefti dedykował swoje Fantazje na flet solo. Sześć fantazji było wykonanych w pierwszej połowie koncertu. Pod względem ukazywania możliwości solowego instrumentu dętego dorównywały one moim zdaniem niektórym tego typu eksperymentom Berio, a przy tym bardziej podobał mi się ich nastrój. To rzeczywiście były fantazje, przypominające jakąś wyszukaną dźwiękową kaligrafię. Jundt wyczarowywał z fletu niesamowite środki wyrazu – liczne glissanda, efekty perkusyjne (ale uzyskiwane przez oddech i ustami, a nie uderzaniem w klapki), granie dwóch dźwięków naraz, granie dźwięku alikwotowego etc. Wszystkie te efekty, niezwykłe techniki gry bardzo dobrze łączyły się w spójną całość. Fantazje na flet solo okazały się być głębokie, ale nie ponure, efektowne, ale nie efekciarskie, zróżnicowane, ale spójne. Nie było też w tym nieznośnego już wrażenia „dziania się”, czyli zjawiska, gdy jakaś bardzo eksperymentalna i wyrafinowana kompozycja zaczyna przypominać odgłosy z filmu. Ktoś idzie, skrzypią schody, śpiewa ptaszek, spadło pudło ze zmurszałego stołu… Nie, Fantazje na flet solo były muzyką, a nie zlepkiem zdarzeń dźwiękowych, do tego były dobrą muzyką. Ciekaw jestem, czy innemu fleciście uda się powtórzyć to, co przyniósł kompozycjom Heftiego flecista Jundt?

 

Koncert zaczynał się Adagiettem na orkiestrę smyczkową Heftiego, które było niezłe, ale wrażenia po nim uleciały mi pod wpływem wyrazistości Fantazji na flet solo. Fantazje były prezentowane jako utwory wkomponowane w Koncert fletowy d-moll Carla Philippa Emanuela Bacha, jedno z najpiękniejszych dzieł z fletem jako instrumentem koncertującym. NFM Leopoldinum spisała się w tym utworze znakomicie, choć na samym początku było drobne zachwianie intonacyjne w pięknej ekspozycji tematu koncertu. Jundt w estetyce późnobarokowej czuł się równie swobodnie jak w muzyce nowej. Zachwycał wirtuozerią i ekspresją, zaś Leopoldinum też grała czysto, dynamicznie i z rozmachem.

 

Na koniec części pierwszej zabrzmiał wielki Strawiński, a konkretnie jego Concerto in D. Wykonany był bardzo dobrze i wcale nie przyćmił utworów Heftiego, co jest dużym sukcesem kompozytora.

 

Druga część koncertu była prowadzona przez drugiego kompozytora – Eichberga. Zaprezentował swój utwór Endorphin – concerto grosso. Była to forma witalistyczna, przypominająca nieco wczesne, najlepsze dzieła Kilara. Było w Endorfinie też coś z minimal music, ale na wielu planach. Bowiem w concerto grosso działały różne, w dużym stopniu rzeczywiście koncertujące, grupy instrumentów smyczkowych. Do pełnej życia i energii dynamiki utworu dodawały smaku wspólne glissanda większych grup w orkiestrze, co niejako zmieniało perspektywę całej toczącej się formy muzycznej. Były to glissanda o zupełnie innym charakterze, niż te u Heftiego. Glissando jest to płynne obniżenie lub podwyższenie tonu, niespotykane przed XX wiekiem w muzyce europejskiej, zaś stanowiące bazę dla klasycznej muzyki indyjskiej i ważne w muzyce chińskiej. Glissando jest tak ważne dla muzyki nowej, że znakomity polski periodyk jej poświęcony też zwie się „Glissando”.

 

Dla Endorphin znalazł Eichberg świetną analogię poprzedzając swoje dzieło Małą suitą Carla Nielsena i Suitą w dawnym stylu „Z czasów Holberga” Edvarda Griega. Nielsen tonie trochę w cieniu sławy Sibeliusa czy Griega jako kompozytor skandynawski (a konkretnie duński). Moim zdaniem zupełnie niesłusznie, gdyż choć nie był radykalnym rewolucjonistą języka muzycznego w swoich dziełach, to jednak posługiwał się bardzo ciekawymi i wcale nie tak częstymi środkami wyrazu i budowania formy. W Małej suicie podzielił na przykład zespół kameralny na wiele sekcji, wiele głosów, tworząc momentami złożoną fakturę przywodzącą na myśl bardziej renesansowe msze niż muzykę późnoromantyczną. A przy tym zachował emocjonalność charakterystyczną dla skandynawskiego romantyzmu. Takie też były tematy muzyczne w jego dziele. Eichberg przytoczył to dzieło chcąc zapewne pokazać inspirację polegającą na podzieleniu zespołu na wiele głosów, na wiele centrów dźwiękowych. Z kolei Suita Griega to świetna stylizacja muzyki barokowej powstała w czasach, gdy takie stylizacje nie były częste ani modne. Grieg wprowadził do tego także bezpośrednie inspiracje muzyką ludową i to też ukazywało nam pewien aspekt Endorphiny Eichberga, która zabrzmiała później. Druga część koncertu, którą dowodził Eichberg, również była znakomita, zarówno od strony dyrygenckiej, jak i od strony kompozytorskiej.

WP_20170211_18_04_16_Pro

 

Słuchaczy było bardzo wielu i spokojnie można by zaryzykować przeniesienie tego koncertu do Sali Głównej NFM (był w mniejszej, ale nadal całkiem sporej Sali Czerwonej). Moim zdaniem „Dedykacja” była wzorowym wieczorem z muzyką. Spotkaliśmy żyjących kompozytorów (do tego młodych) i oni sami nam przedstawili swoje dzieła, wraz z wybitnym flecistą, któremu była dedykowana część z nich. Jednocześnie kompozytorzy zapoznali nas ze swoimi fascynacjami pochodzącymi z grona utworów bardzo znanych i należących do przeszłości. Można mieć tylko tę nadzieję, że świetny Nielsen będzie u nas częściej grany, choć z tego co wiem, nie muszę się o to martwić, bo takie próby są coraz częściej podejmowane. To znakomita muzyka i jak widać inspirująca zdolnych współczesnych kompozytorów.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.