Dwa parki. Dziennik indyjski 14

W Delhi znajduje się wiele dworców kolejowych. Mamy kolej miejską, która zatrzymuje się niemal tak często jak tramwaj. Stacje są przy bazarach, szkołach, stadionach. Czasem musimy przejść przez ubogą przytorową zabudowę i jakiś mały dworzec, by dojść w odcięte przez rozwiniętą sieć kolejową Delhi miejsce. Tym niemniej dwa dworce pełnią w mieście szczególną rolę – są to New Delhi St. oraz Hazrat Nizamuddin St. Hazrat Nizamuddin jest na tyle popularny, iż na biletach kolejowych podaje się tylko nazwę docelową „Hazrat Nizamuddin” i jeśli ktoś nie wie, iż jest to w Delhi, może mieć problem ze określeniem celu swej podróży. Na tablicach innych dworców w Indiach też często mamy pociągi jadące po prostu do Hazrat Nizamuddin.

 

 

   Gdy wyszedłem z przeglądu reportaży o Iraku, biegłem właśnie do stacji Hazrat Nizamuddin, aby powitać Kaję, która właśnie miała przyjechać do Delhi. Z okolic Lodi nie znalazłbym dobrego połączenia komunikacji miejskiej, dlatego chcąc nie chcąc wędrowałem na piechotę. Nie wiedziałem, jak długa czeka mnie droga, gdyż mapy w Indiach robione są nie do skali, nawet, gdy jest na nich napisane (co się czasem zdarza), iż są do skali. Nie jest to niedbałość, lecz raczej względy bezpieczeństwa w bardzo zagrożonym przez terroryzm kraju. Przekonałem się o tym choćby idąc obok bazy wojskowej w centralnej części Delhi. Całkiem spora ulica, przy której się znajdowała, ciągnąca się dwa kilometry, nie została w ogóle na mapie zaznaczona, wraz z wieloma drogami dojazdowymi. Jako, że ulica była łącznikiem dwóch popularnych delhijskich przejazdów, panował na niej spory ruch, jeździło też nią wiele linii autobusowych, były dwa lub trzy przystanki po każdej ze stron. Nie została jednak zaznaczona… Ja też nie podam jej dokładnej lokalizacji, aby nie pomagać terrorystom znającym nasz język i nie umiejącym korzystać z internetu…  Na mapowe deformacje cierpią przede wszystkim tereny nad Jamuną. Zazwyczaj są ogromnie ściśnięte na linii wschód zachód (główna rzeka płynie w Delhi z północy na południe, tworząc stosunkowo prostą linię bez wielu meandrów).

   Moja droga obejmowała mniej reprezentatywną część Lodi Road, po części zabudowaną osiedlami mieszkaniowymi w dość wstrzemięźliwym, modernistycznym stylu. Po lewej stronie widziałem zaplecze różnych ekskluzywnych instytucji usytuowanych przy zielonych obszarach India Gate, wśród nich przede wszystkim wielkie Pola Golfowe. Na tej części alei panował spory ruch, świadczący o tym, iż jest ona istotnym miejskim łącznikiem. Po drodze jacyś Hindusi spytali mnie o stację metra w Hindi, mówiąc „bhai” – „bracie” co świadczyło o tym, że dzięki spacerom, zamiłowaniom do miejsc obcych turystyce i indyjskim strojom zupełnie już zhindusiałem. Tego dnia nie wiedziałem jeszcze, jaką drogę im poradzić, choć byliśmy być może przy fioletowej linii wiodącej na sam początek Faridabadu, wielkiego satelity Delhi. Lodi Road przeszedłem stosunkowo szybko, co świadczyło o innym niż zazwyczaj zdeformowaniu mapy miasta. Na samym końcu czekała mnie niespodzianka. Był to średniej wielkości, symetryczny i nakryty kopułą grobowiec, w stylu XIV wiecznym zapewne. Wraz z wysepką zieleni stanowił on centrum ronda, w którym Lodi Road wpadała do Mathura Road i kończyła swój bieg. Budowla należała zapewne do gigantycznej nekropolii z dominującej w niej wielkim grobowcem Humajuna. Część kompleksu Humajuna jest ogrodzona i udostępniana za opłatą, jako jeden z najpiękniejszych zabytków Indii. Owa część znajduje się w ogrodach odtwarzających po części pierwotną, mogolską fazę założenia. Jednakże wiele innych grobowców rozproszonych jest obecnie wśród ulic i osiedli tej części miasta. Najbardziej spektakularnym z nich jest miejsce pochówku Nizamuddina Auliyi, największego sufiego tej części świata, którego uczeń, Amir Khusrou przyczynił się w ogromnym stopniu do rozwoju muzyki klasycznej i literatury Północnych Indii. Oczywiście, również grobowiec Amira znajduje się tutaj, obok bardziej okazałej budowli jego mistrza. Dziedzictwo Nizamuddina stanowi istotny element indyjskiej kultury, stąd w Delhi nazwano od owego mistyka zarówno stację kolejową, jak i rozległą dzielnicę. Tym razem jednak nie szedłem w stronę grobowca sufiego, lecz w kierunku dedykowanej mu stacji kolejowej. Odcinek Mathura Road, którą miałem przejść, na mapie wyglądał na znacznie krótszy od pokonanej już przeze mnie części Lodi Road. Okazało się odwrotnie. Mogłem zatem podziwiać od tyłu założenie Humajuna. Zauważyłem, iż ta część strzegącego zabytku ogrodzenia nie jest w zbyt dobrym stanie i jeśli ktoś nie ma ochoty płacić 250 rupii (Hindusi zaś 30 rupii) może dostać się do mogolskiego skarbu za darmo. Przy Mathura Road znajdowało się sporo układających się do snu biednych podróżnych. Przy niektórych grupach stały autobusy, mogłem się zatem domyśleć, iż ów nocleg na niezbyt uczęszczanych chodnikach jest w jakimś sensie zorganizowany. Zapadł już zmierzch, śpiący pod gołym niebem albo już spali, albo dyskutowali przykucnięci przy doraźnie zaimprowizowanych ogniskach, na których ich żony przyrządzały kolację. Panowała wśród nich raczej atmosfera normalności, niż przygnębienia. Podobnie jak przykucniętym przy ogniu podróżnym chłód zaczął mi się dawać we znaki. Wełniany showl nie chronił przed tą relatywnie bardzo chłodną, indyjską nocą. Nieco nieprzytomnie patrzyłem na łódź księżyca falującą nad wiekowymi kopułami i budkami przystanków autobusowych linii zmierzających w stronę Faridabadu.

 

 

   Wreszcie skręciłem w stronę dzielnicy Nizamuddin East, za którą znajdował się dworzec. Było to porządne osiedle, wjazdów do niego strzegły szlabany ze strażnikami. Wewnątrz znajdowały się bardzo przyjemne kamieniczki i wille, zaś po mojej lewej stronie mogłem podziwiać kolejne grobowce, wyrastające tajemniczo z zadbanych trawników. Za bramką jakiś przechodzień pomógł mi znaleźć dworzec, który był niezwykle wręcz wciśnięty w cały obszar dzielnicy Nizamuddin i w dużej mierze odcięty od świata. Wpierw minąłem jeden z licznych tutaj dworców autobusowych. Oczywiście, z uwagi na małą liczbę wyjazdów, ta część miasta cierpi na chroniczne korki, w których jednakże uczestniczą jedynie ryksze i autobusy. Z uwagi na deformacje mapy dotarłem do celu o jakieś półtorej godziny za wcześnie. Znalazłem się po bardziej reprezentatywnej stronie dworca, zbyt senny, aby przejść na jego zaplecze, dużo lepiej zaopatrzone w bary i inne sklepy. Po tej stronie znajdował się tylko strzeżony przez strażników kompleks sieciowej restauracji „Pendżabskiej z serca”, oferującej średniej klasy dania za niezwykle wysokie kwoty (o ileż lepszy jest sławny Haldirams działający w tej samej branży!). Usiadłem zatem przed tablicą dworcową informującą o przyjazdach, odjazdach i spóźnieniach w alfabecie łacińskim i w dewanagari, gdzie, słuchając piosenek filmowych z indyjskiego radia mogłem podziwiać walczące za moimi plecami dwa stada psów. Osoby znające tylko w pełni udomowione psy powinny kiedyś zapoznać się z ich dzikimi odpowiednikami. Są to bardzo agresywne i okrutne względem siebie zwierzęta. Walka o dominację i pokarm  dominują w psich grupach. W dzień tego nie widać, gdyż psy śpią przygotowując się do nocnych walk, wieńczonych zjadaniem najbardziej pokiereszowanych uczestników. Jako, że koty są w Indiach często zjadane przez psy, szczury również leżą w ich gestii. Hindusi, jak to Hindusi, tolerują wokół siebie obecność tych agresywnych nocą zwierząt, lecz za pomocą kijów utrzymują granicę między ludzkim, a bardzo brutalnym psim światem. Nie zawsze się to udaje, widziałem nocą turystów napadanych przez psy i mieszkańców pobliskich domów przychodzących im z pomocą.

   Nagrałem z radia mojej komórki chyba z 30 piosenek, gdy wreszcie przyjechał pociąg. Kaja nie była zmęczona podróżą, więc mogliśmy sobie opowiadać beztrosko różne indyjskie przygody. Przyjechali też Jorge i Ania, którzy jednakże wyglądali nienajlepiej. Dowiedziałem się, że podróż straszliwie ich zdenerwowała i zmęczyła, choć przecież zdecydowali się swego czasu na przejażdżkę do końca trasy upiornie zapchanego pociągu do Lucknow. Okazało się, że tym razem Jorge kupił bezsensowne bilety związane z waiting list.

   Pojechaliśmy rykszą do mojego hotelu, gdzie pomocnik właściciela starał się dorobić za plecami właściciela i przy okazji tego, iż Jorge zapomniał wziąć paszportu, starał się wcisnąć naszym znajomym z CIH zły pokój za wygórowaną cenę. Na szczęście okazało się, że właścicielom innego hotelu wystarczy zwykłe ksero paszportu. Tymczasem właściciel mojego hotelu, dość schorowany, uznał, iż ma już dość nie godnych zaufania pracowników i postanowił za tydzień z okładem udać się do USA, gdzie zapewne miał rodzinę i zamknąć hotel. Żal mi się zrobiło pewnego Niemca, który mieszkał już w tym miejscu od lat i był do niego bardzo przywiązany.

   Następnego dnia mogliśmy się nacieszyć z Kają urokami Delhi. Czekał nas wieczorem koncert w Nehru Parku, gdzie mieliśmy zapoznać się ze sztuką sławnych indyjskich artystów – drugiego obok Asada Ali Khana mistrza rudra winy Bahauddina Dagara, oraz jednego z największych mistrzów khayal – ustada Rashida Khana. Wpierw postanowiliśmy udać się na przechadzkę po Lodi Gardens, w których już byłem kilka razy przed koncertami, ale bez Kai. Znaliśmy Lodi dość dobrze z okresu naszego ostatniego pobytu w Delhi, lecz tak pięknych miejsc nigdy nie ma się dosyć. Nekropolia, założona przez afgańską dynastię Lodi, panującą tuż przed mogołami w Sułtanacie Delhijskim, obejmowała trzy grobowce wraz z otoczeniem, oraz cudowny park, w którym pewna angielska lady zdecydowała się usunąć muzułmańską symetryczność na rzecz parku romantycznego, w którym grobowce, wyrwane ze swojego tradycyjnego, zielonego kontekstu, stały się swego rodzaju pawilonami. Dodatkową atrakcją parku stanowi wydłużony staw, malowniczo komponujący się z przyrodą i architekturą. Nad nim cesarz Akbar, doceniający najwyraźniej gust poprzedniej dynastii, zdecydował się przerzucić kamienny most o wyjątkowo pięknych proporcjach. Na północy ogrodów znaleźć można ciekawy typ grobowca obronnego, otoczonego murami tworzącymi nadwieszony taras, na którym mieści się właściwa budowla. Choć tego typu koncepcji znajdziemy w Delhi więcej, w tym grobowcu udział owych fortyfikacji jest szczególnie znaczący. Na odcinku dzielącym mury od jeziorka lubią się spotykać zakochane pary Hindusów oddające się śmiało erotycznym przyjemnościom, wciąż jeszcze źle widzianym przez purytańskie od niedawna społeczeństwo indyjskie.

   W samym środku, na wielkiej i pięknej romantycznej polanie, obsadzonej na brzegach przez malowniczo zakomponowane drzewa wielu gatunków, znajdziemy wielki grobowiec jednego z władców, oraz umieszczony naprzeciwko niego meczet z niewielką medresą. Owa dawna szkoła, mimo stosunkowo skromnych rozmiarów, zachwyca pięknymi, gęstymi i głęboko kutymi kaligrafiami. Jest to jedne z cenniejszych miejsc w Delhi, jeśli chodzi o dobrze zachowany wystrój architektoniczny.

   Na południu z kolei znajdziemy wieloboczny grobowiec Muhammada Shaha Sayyeda.  Rośnie przy nim wiele pięknych palm, nieobecnych w innych częściach ogrodów. Krętymi ścieżkami dojdziemy też do innych, celowo niekiedy skrytych budowli. Owe ścieżki, wraz z przepięknymi roślinami je okalającymi, stanowią o szczególnym uroku tego miejsca. We wschodniej części ogrodów znajdziemy nawet piękny ogród botaniczny, słynący ze swoich drzewek banzai. Na północ od niego, na połaci złotego piasku nasadzono też nadmorską roślinność, starannie nawadnianą.

   Inną atrakcją Ogrodów Lodi są całe chmary różnych gatunków papużek, oraz inne ptaki, które o świcie i zachodzie urządzają niezwykłe koncerty. Powietrze przepojone jest zapachami egzotycznych kwiatów i chyba o każdej porze roku odnajdziemy jakieś kwitnące gatunki. Do Lodi lubią przychodzić Hindusi, ale tylko ci, którzy rzeczywiście mają trochę czasu. Można tu sobie usiąść na trawie, pogadać z przyjaciółmi, poczytać książkę. Niemal zawsze też znajdziemy tu jakichś turystów, ale nigdy zbyt wielu. W końcu Lodi nie słyną ani z jogi, ani z mającej w zamian za bilet lotniczy zmienić przybysza duchowości, lecz są pięknym miejscem. Lecz są po prostu pięknym miejscem z prawdziwą historią.

   Lecz to wszystko tylko słowa. W Ogrodach Lodi żyje prawdziwa poezja. Zwłaszcza o zmierzchu, gdy roje ptaków unoszą się nad starymi, oświetlonymi na rdzawo i złoto kopułami. Nie sposób nie spojrzeć wtedy na stare drzewa, rzucające przed siebie włócznie postrzępionych cieni. To miejsce wtedy ożywa. Nie zdziwiłbym się, gdybym któregoś wieczoru spotkał tak sułtana Sikandra, albo innego afgańskiego władcę Delhi, obudzonego krzykiem papug i wron.

 

 

   Po przechadzce w Lodi udaliśmy się do „Eatopii”, czyli jadalni Habitat Center. Jest tam kilkanaście stoisk z sandwiczami, amerykańskim i indyjskim jedzeniem, a także upiornie mocna klimatyzacja. Ładnie zaprojektowana sala owej mega stołówki ma swój niepowtarzalny nastrój, niekiedy odbywają się w niej nawet wykłady i wydarzenia artystyczne. Lubimy  niekiedy tam zjeść na przykład pyszną sałatkę ze świeżych owoców, rzecz trudno dostępną w tropikalnych Indiach. W Eatopii myje się wszystko oczyszczoną wodą, stąd ceny są niezbyt umiarkowane, choć nie sięgają do pięt owym pendżabskim bandytom z sieci „Pendżabskiej z serca”. Owa higieniczność stołówki związana jest oczywiście z licznymi gośćmi z zagranicy, którzy przybywają tylko na chwilę do Indii, aby uczestniczyć w międzynarodowych konferencjach. A, jak się przekonałem na własnej skórze, biegunka w samolocie to nic miłego… „Eatopia” jest też alternatywą kulinarną latem, gdy jedzenie pod wpływem nieziemskich niemal upałów staje się groźne dla osób nieurodzonych w Indiach. Zwłaszcza w dużych miastach, gdzie półprodukty muszą się jakoś przedrzeć do restauracji przez tworzące się przed metropoliami korki.

   Najedzeni zamierzaliśmy się udać do Nehru Parku na piechotę, lecz zbliżało się godzina zero, zatem wzięliśmy rykszę. Okazało się, że dystans, który obliczyliśmy na półgodziny spokojnego spaceru okazał się nieco większy. W końcu stanęliśmy przed wejściem do Nehru Parku. Ów park nie jest wcale tak mały jak wynika to z map, choć przy niektórych zielonych kompleksach Delhi nawet Lodi są liliputem. W polskiej skali, zarówno Lodi, jak i Park Nehru to całkiem rozległe obszary zielone, mogące śmiało konkurować z naprawdę dużymi parkami naszego kraju.

   Park Nehru jest zupełnie inny od Lodi. Oddaje on, moim zdaniem, coś z charakteru Indii jakich pragnął ten wielki mąż stanu. Indii laickich, zainteresowanych nauką, przyrodą i zagadnieniami społecznymi. Indii, gdzie wszystkich spraw nie rozwiązuje „bhagawan” skryty gdzieś tam w górze i na wszelki wypadek obecny we wszelkich koncepcjach politeistycznych, dualistycznych i monoteistycznych, osobowych i bezosobowych, które, jak pokazuje nam historia, nigdy bynajmniej nie starały się o wzajemną przyjaźń i unifikację owego „kogoś tam w górze”. Raczej dla różnych „kogosiów w górze” nasi przodkowie (również w Indiach) prześladowali się nawzajem, zabijali i podbijali. Dlatego lubię Park Nehru, z jego skalnymi ogrodami, starannie opisanymi drzewami i krzewami, z jakąś ciepłą matematyczną nowoczesnością zawartą w układzie ścieżek. Lubię jego prostotę, nieco nachalną podręcznikowość i zagięte marginesy, jak w szkolnym zeszycie. Właśnie te Indie, postulujące od swoich obywateli wolnomyślicielstwo i nie głoszące, iż „dawniej było lepiej” są jedną z najbardziej kuszących mnie tajemnic. A Park Nehru, bez żadnych świątyń i grobowców, zdaje się równie jak ja podniecony owymi Indiami bez wytrychu „bhagawana”. Szkoda, iż to Gandhi (a nie na przykład Nehru) został ikoną nowych Indii, z jego całą mistyczną otoczką i uznaniem go za boga w Indiach, zaś indyjskiego Chrystusa przez wielu przelotnie skruszonych kolonialistów.

   Wracając do Parku Nehru. Łatwo w nim zabłądzić, gdyż w środku znajduje się niskie wzgórze, pięknie wykorzystane przez ogrodników. Choć cykl SPIC MACAY „Muzyka w Parku” odbywa się w wielkim namiocie, prawie zawsze trudno ów namiot znaleźć. Cykl ma już całkiem bogatą historię, a jeszcze bogatszą SPIC MACAY. Programem SPIC MACAY jest szerzenie zamiłowania do muzyki klasycznej wśród młodych, zwłaszcza studentów skrajnie zanglicyzowanych collegów i uniwersytetów, gdzie wręcz nie wypada znać przyzwoicie hindi i indyjskiej kultury (ale „bhagawan” zawsze zostaje, choćby wymawiany z angielska…). W ramach owego programu najwięksi indyjscy muzycy występują za darmo, zaś organizatorami są nie pobierający wynagrodzenia wolontariusze, w tym coraz więcej nawróconych na piękno indyjskiej sztuki studentów. Co jakiś czas można poczytać gazetkę SPIC MACAY, gdzie pojawiają się pisane przez studentów artykuły. Niekiedy są bardzo ciekawe, zawsze zaś wzruszające, gdyż opisują przebudzenie się wrażliwości artystycznej u młodych ludzi. Oczywiście bywa, iż jakiś student ekonomii pod wpływem piękna ragi granej przez Chaurasię, czy śpiewanej przez Kishori Amonkar staje się uczniem tych legendarnych mistrzów. Jeszcze jest za wcześnie, aby mówić o nowym pokoleniu muzyków wykreowanych przez SPIC MACAY, ale za jakieś parę lat taki temat na pewno się pojawi. Jako, że organizacja szanuje stare drogi nauczania w systemie guru shishya param para, tacy muzycy z pewnością się kiedyś pojawią, a wśród nich wielkie talenty.

   Oczywiście SPIC MACAY ma też swoje wady. Przeważnie nigdy nie można być pewnym koncertów, gdyż są przekładane na inną godzinę, nie zawsze też zaproszeni artyści są w stanie przyjechać na czas. A aby dotrzeć na miejsce muzycznej, czy tanecznej akcji trzeba niekiedy dostać się do jakiejś szkoły na absolutnych przedmieściach Delhi (i innych miast gdzie są szkoły), co niekiedy zajmuje wiele godzin, chyba, że ktoś chce zapłacić bajońską kwotę za jadącą nieraz 50 kilometrów taksówkę, co również nie broni przed możliwymi korkami i niewiedzą taksówkarza. Najlepszym sposobem na owe niedogodności jest wykonanie telefonu do jednego z organizatorów. Numery podane są na zadrukowanym gęstym maczkiem na żółtej wstędze papieru programie wydarzeń SPIC MACAY. Ilość wielkich artystów jest na nim wprost imponująca! Obok koncertów i tańca znajdziemy też na nim warsztaty prowadzone przez wielkich mistrzów, takich jak Fariduddin Dagar. W tym roku wczesnoporanne lekcje drupadu przeplatały się przez wiele tygodni z zajęciami z jogi.

   Zasiedliśmy z Kają na poduszkach ustawionych tuż przy scenie z muzykami. Dalsze miejsca były siedzące, pierwsze z nich zarezerwowane dla specjalnych gości, dalsze dostępne dla wszystkich. Robiło się coraz zimniej, więc poduszkowe miejsca pod względem wygody nie należały do najlepszych. Spotkaliśmy tam naszego przyjaciela Nishanta, podobnie jak my chcącego oglądać z bliska drugiego, obok Asada Ali Khana, indyjskiego winistę, czyli binkara. Artysta zagrał alap bazujący stylistycznie na wokalnej sztuce jego rodu. Płynne, wydłużone mindy przypominały sztukę jego wielkiego ojca, Zia Mohiuddina Dagara, który pracował całe życie nad rozwinięciem w obrębie swojego rodu wykonawstwa muzyki instrumentalnej. Niektórzy indyjscy melomani przedkładają sztukę gry na winie Dagarów nad oryginalną techniką winową reprezentowaną dziś na poziomie mistrzowskim jedynie przez Asada Ali Khana z Khandarbani. Wydaje mi się to dość dziwne, ale faktem jest, iż alapy grane przez zmarłego przedwcześnie Zia Mohiuddina i Bahauddina są niezwykle piękne. Niestety, Bahauddin odziedziczył po ojcu niechęć do właściwego drupadu, czyli części ragi granej w tej stylistyce wraz z pakhaładżem. Jak pokazuje historia i teoria sztuki muzycznej, rytmiczna część stanowi cel konstruktywistyczno – filozoficznego alapu. W sensie religijnym właściwy drupad to obecność bóstwa następująca po przygotowaniach wyrażonych w alapie.  Zia Mohiuddin często grał same alapy. Jego syn tym razem zagrał alap, lecz jego gra została zdominowana przez niezbyt dobrego pakhaładżystę, który używał w swej grze technik tablowych w celu zabłyśnięcia prędkością. W tym samym czasie Bahauddin grał drupad nie do końca poprawny. Nie stanowił on symetrycznego odbicia alapu (a powinien w niektórych częściach). O ile w alapie pojawiły się zdwojenie rytmu i jego czterokrotność, o tyle w dhrupadzie usłyszeliśmy tylko podstawowe tempo. Nie było w nim nawet gamaków, specyficznych biegników przypominających nieco jodłowanie, rzeczy bardzo istotnej dla estetyki najstarszego stylu wokalnego Północnych Indii. Ogólnie koncert nas jednak zachwycił, gdyż alap był piękny.

   Następnie na scenie zjawił się Ustad Rashid Khan, z Rampur Gharany, uważany przez wielu za najwybitniejszego wśród obecnie żyjących przedstawicieli khayal. Pojawiły się problemy z nagłośnieniem. Dźwięk został ustawiony zbyt głośno i głośniki zbyt zniekształcały głos śpiewaka. Owo dążenie do przesadnego hałasu, nawet w muzyce klasycznej, jest bolączką Indii. Nie istnieje tam coś, co moglibyśmy nazwać kulturą ciszy. Tym razem ów brak kultury związany był również z klubami otaczającymi park, gdzie odbywały się jakieś głośne imprezy przy potężnie nagłośnionej muzyce. Może zresztą były to śluby, gdyż zaczynał się w Indiach najbardziej popularny miesiąc do ożenków. Ów miesiąc powinien się nazywać „hałas”. O ile ślub indyjski potrafi być pięknym i poruszającym spektaklem, o tyle towarzyszą mu coraz gorsze nagrania popowe odtwarzane coraz głośniej.

   Rashid Khan pojawił się w otoczeniu znakomitych akompaniatorów. Zaprezentował ragę, taranę i thumri. Słychać było, iż jest wielkim mistrzem, aczkolwiek brzmienie jego głosu, zniekształcone przez sztuczne wzmocnienie, nie było równie piękne jak to znane z jego nagrań. Pod koniec koncertu słuchać też było zmęczenie artysty. O ile raga zaśpiewana była znakomicie, o tyle w taranie, swego rodzaju wariacji opartej na tajemniczych słowach związanych zapewne z filozofią suficką i przypisywanych Amirowi Khusrou, artysta rozczarował mnie nieco. Po pierwsze wybrał ziarenko kompozycyjne, czyli bandish o melodii kojarzącej mi się z pieśniami religijnymi z końca XIX wieku popularnymi w Polsce. Wariacje na bazie tego typu melodii nie mogły być ciekawe. Po drugie w taranie artysta użył też sargamu, metody zaczerpniętej z Południowych Indii pod koniec XIX wieku. Wydaje mi się, że połączenie wariacji opartej na tajemniczych sylabach tarany z sargamem opartym na indyjskim solfeżu stanowi zabieg kruchy estetycznie. Cóż mogę powiedzieć o samej radze? Rozwinięta została z ogromną precyzją, słychać w niej było rasy, artysta nie pomijał smaczków i szczegółów postulowanych przez strukturę ragi. Z pewnością tylko kilkunastu innych indyjskich śpiewaków  i śpiewaczek mogłoby to zrobić równie dobrze.

   Gdy wychodziliśmy, umieraliśmy już z zimna. Nishant opowiadał nam, iż poprzednim razem musiał wyjść w połowie koncertu z uwagi na chłód. Ta część Delhi jest chyba rekordowo chłodna, gdyż znajduje się tutaj sporo pustych, niezabudowanych obszarów, zaś na północy zabudowa nie jest gęste, gdyż mamy tam dzielnicę ambasad, Chanakyapuri. Stanowią one swego rodzaju symetrycznie zakomponowane osiedle otoczonych wysokimi murami, ogrodowych posesji, gdzie każde państwo mogło postawić mniej, lub bardziej ciekawy obiekt sławiący je w Indiach.

    Moje zdrowie powoli zaczęło się coraz bardziej buntować. Gdy wracałem z dworca autobusowego przy Nizamuddinie, na który odprowadziłem Kaję, miałem już dreszcze i prawie się przewracałem. Następne dni nie przyniosły poprawy. Z konferencji na temat stosunków India – Myanmar musiałem uciec, gdyż mój atak kaszlu zdecydowanie przeszkadzał zebranym. Tym niemniej zainteresował mnie jej przebieg. Głównym tematem bowiem była tak naprawdę rywalizacja Indii z Chinami o ten obszar. I Chińczycy zwyciężali w tej rywalizacji na całej linii. Zbudowali oni drogi przez cały Myanmar, zaś granica pomiędzy obu krajami była w dużej mierze otwarta. Tymczasem przejście między Indiami a Myanmarem było nadal zamknięte i stanowiło dziki i niebezpieczny, silnie zalesiony teren. Główną inwestycją Indii w dawnej Birmie była pomoc przy odnowie jakiejś świątyni. Dowiedziałem się też, iż Myanmar posiada spore złoża gazu i ropy, część z nich jest jeszcze nie eksploatowana i Hindusi też nabyli w tym kraju swój sektor wydobywczy.

   Prelegentka skrytykowała chaos panujący w indyjskich rządach i nieudolność w kontaktach z Myanmarem. Zauważyła, iż Myanmar bardzo się zmienia i wracają doń elementy demokracji. Szanuje się mniejszości, a nawet partie opozycyjne. Zmniejsza się stopień odcięcia od świata. Jeszcze kilka lat temu karta prepaid kosztowała w tym kraju trzy i pół tysiąca dolarów, co dla przeciętnego Myanmarczyka było kwotą niewyobrażalną. Obecnie staniała ponad dziesięciokrotnie, choć w Indiach, których mieszkańcy są bogatsi od Myanmarczyków, nadal jest ona kilka tysięcy razy tańsza. Również rozmowy z Myanmaru stały się tańsze w stosunku do dawnego osiem dolarów za minutę z najbliższymi krajami.

   Gdy wracałem autobusem zadumałem się nad nastrojem tej konferencji. Dawało się odczuć, iż Indie stają się światowym mocarstwem i coraz więcej ludzi w tym kraju myśli o swojej sytuacji w skali globalnej. Rozmowy polityczne nie kręcą się tutaj wokół resentymentów typu „Katyń”, „kupujący kraj Niemcy” etc. Normalnym tematem jest zagadnienie typu – „dokąd idzie Myanmar”… Hindusi czują się punktem grawitacyjnym tej części świata i głównym rywalem, oraz tematem ich rozmów są Chiny.

 

(ciąg dalszy nastąpi)

Zobacz inne rozdziały Dziennika indyjskiego – kliknij tutaj

O autorze wpisu:

Dziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej w latach 2010-11. Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.