Karnawał Berlioza

   Z początkiem 2026 roku (4.01.2026) przyciągnął mnie do Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu Hector Berlioz. Właśnie zasłuchuję się w Gabrielu Faure i nie mogę powiedzieć, że Berlioz w moim wypadku zawsze wygrywa z innymi francuskimi romantykami, ale ciężko mu odmówić oryginalności i dużego wpływu na całą epokę romantyzmu, w której cieniu nadal muzycznie żyjemy (jak wiemy wierni Webernowi moderniści przegrali z postneopostromantykami). O tym, że Berlioz żyje (choć tam akurat umarł) przekonywał nas już Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”, choć tam bardziej jeszcze sama akcja powieści oparta była na jednym z najważniejszych dzieł romantyka.

   Ja z Berliozem mam w sumie podobne problemy co jego współcześni. Często mnie zachwyca, często też wydaje mi się zbyt malowniczy, a za mało skupiony na konstrukcji swoich tworów. Jednak już od wczesnego dzieciństwa Berliozowski Karnawał rzymski – uwertura koncertowa op. 9 był dla mnie  swego rodzaju kluczem do królestwa sztuki francuskiego romantyka. Ciężko o bardziej frenetyczną i ekstatyczną muzykę, mającą w sobie rewolucyjną energię i wiele hedonizmu.

   Karnawał rzymski opiera się na materiale muzycznym z opery Berlioza „Benvenuto Cellini”. Opera opowiada fikcyjną historię miłosnych i artystycznych perypetii słynnego florenckiego rzeźbiarza i złotnika, osadzoną w scenerii rzymskiego karnawału. „Uwertura karnawał rzymski” (Le carnaval romain) Op. 9 to samodzielne dzieło koncertowe, które Berlioz skomponował kilka lat później, wykorzystując i rozwijając najważniejsze tematy muzyczne z opery.

   Akcja „Benvenuto Celliniego” rozgrywa się w Rzymie w 1532 roku podczas karnawału. Złotnik Benvenuto Cellini zakochuje się w Teresie, córce papieskiego skarbnika Balducciego. Jej ojciec woli dla niej innego artystę, Fieramoscę. Para planuje ucieczkę w przebraniu mnichów, ale ich plany podsłuchuje rywal. W międzyczasie Papież Klemens VII zamówia u Celliniego posąg Perseusza. Cellini, pochłonięty miłością, zaniedbuje zlecenie. W finale ma tylko godzinę na odlanie posągu, pod groźbą szafotu.       Kulminacją intrygi jest scena na placu podczas karnawału. W ciemnościach i zamieszaniu Cellini przypadkowo zabija wspólnika Fieramoski i musi uciekać. Opera kończy się szczęśliwie. Cellini w ostatniej chwili odlewa posąg i zyskuje przebaczenie papieża i pozwolenie na ślub z Teresą. Wiadomo, papieże doby renesansu ściągali i ściągają na siebie gromy bliskich mi ateistów i nieco dalszych mi purystów religijnych, którzy woleliby aby papieże robili coś innego, niż budowali przyszłe kolekcje muzealne. Ja jednak cenię ten akurat wkład papieży w naszą cywilizację i cieszę się, że również dla Berlioza to było inspirujące. Niestety, wiele jego utworów, a zwłaszcza chyba opery, miało dość trudną drogę aby zyskać uznanie publiczności.

   Taka jest też geneza opusu 9. Uwertura karnawał rzymski nie jest wstępem do opery, lecz osobnym utworem, który Berlioz skomponował w 1844 roku, aby „uratować coś ze szczątków” nieudanego dzieła. Zawiera dwa główne tematy zaczerpnięte z opery. Pierwszy z nich to temat miłosny (wolne wprowadzenie). Piękna, liryczna melodia zagrana początkowo przez rożek angielski pochodzi z duetu miłosnego Celliniego i Teresy z I aktu opery. Z kolei temat karnawałowy to główna część allegro. Mamy tu żywiołowy, wirujący taniec saltarello, który w operze rozbrzmiewa podczas finałowej sceny karnawału na Placu Kolumny (Piazza Colonna) i kończy I akt. W uwerturze Berlioz po mistrzowsku połączył te dwa tematy, rozwinął je i wzbogacił wirtuozowską instrumentacją, tworząc jedyny w swoim rodzaju portret szaleństwa i radości rzymskiego karnawału. Co ciekawe, uwertura bywała czasem grana jako wstęp do II aktu samej opery.

   Mimo że premiera „Benvenuto Cellini” w 1838 roku zakończyła się porażką (dzieło było „wygwizdane z przykładną precyzją”), to Berlioz zawsze wierzył w wartość swojej muzyki. „Uwertura karnawał rzymski” stała się triumfalnym potwierdzeniem jego wizji – to właśnie w niej energia, pomysłowość i koloryt porzucone przez paryską publiczność operową znalazły swój najdoskonalszy wyraz i zapewniły sobie trwałe miejsce w repertuarze koncertowym. Choć dziś chyba rzadziej się nagrywa „Karnawał rzymski” niż w latach 80., kiedy zacząłem jako dziecko zdobywać pierwsze LP.

   We Wrocławiu „Karnawał rzymski” z Wrocławskimi Filharmonikami wykonał włoski dyrygent Gianluca Marcianò. Jest on między innymi szefem artystycznym Orchestra della Magna Grecia w Taranto i Materze, jak i głównym dyrygentem gościnnym Armeńskiej Orkiestry Państwowej. Muszę przyznać, że podoba mi się owa nazwa – Orkiestra Wielkiej Grecji, jak zwano w antyku Południową Italię. Najwidoczniej malowniczość tej nazwy pochodzi z tego samego świata, co maestro Marcianò, gdyż słynie on głównie ze swoich wykonań oper. Jednak „Karnawał Rzymski” Berlioza został wykonany przez Włocha i Wrocławian bardzo klasycyzująco. Dokładnie, w kulminacji szybko, ale bez owego tak lubianego przeze mnie w tym utworze błyszczącego przepychu. Znacznie ciekawsze było rozpoczęcie uwertury, temat liryczny Marcianò poprowadził wolno i subtelnie, co bardzo mi się spodobało. W znanych mi wykonaniach zazwyczaj od razu pojawia się napięcie i od pierwszych dźwięków uwertury czekamy na błyskotliwe wejście drugiego tematu.

   Tę recenzję zacząłem od drugiej części koncertu, bo na Karnawał rzymski w szczególności czekałem, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie repertuarowe. Trzymajmy się więc dalej części drugiej. Po Karnawale było Bolero Ravela. Wielki przebój francuskiego impresjonisty, postimpresjonisty i protoneoklasyka, który ku jego zgryzocie zdominował w odbiorze powszechnym resztę jego wyrafinowanej, sonorystycznej i intelektualnej twórczości. Bolero to niemal wstęp do muzycznego minimalizmu, jedynie subtelne gry orkiestracją dzieła zapewniają mu sporą porcję postromantycznego bogactwa. Gianluca Marcianò z Wrocławskimi Filharmonikami dobrze zbudowali narastającą dynamikę tego narkotycznego muzycznego dźwięku. Drewno grało pięknie, smyczki zdawały się być celowo oddalone. Zabrakło tylko troszeczkę jakiejś brzmieniowej pełni, dźwięk był zbyt konturowy momentami, ale jednocześnie nie aż tak precyzyjny, jakby to zrobił na przykład znany ze swojego „muzycznego mikroskopu” Pierre Boulez.  Lubię swoją drogą ekstrawaganckiego Ravela z późnych realizacji Bouleza.

   Pierwszą część koncertu wypełnił Koncert fortepianowy F-dur Georga Gershwina. Zestawienie go z Ravelem w tym samym programie to był ciekawy pomysł, gdyż obaj twórcy nawiązywali często do jazzu, choć oczywiście Gershwin częściej. Partię fortepianową na wrocławskim koncercie zrealizował José Gallardo, znany z wielu nagrań argentyński pianista.  Poza swoim rodzimym krajem Gallardo związany jest edukacyjnie i naukowo z niemieckim Mainzem. José Gallardo współpracował z takimi artystami jak Gidon Kremer, Linus Roth, Barnabás Kelemen, Chen Zimbalista, Julius Berger, Miklós Perényi, Danjulo Ishizaka, Nicolas Altstaedt. Takie właśnie też nagrania znajdziemy w sieci, nie tak dużo realizacji solowych. Gallardo nagrywał dla EMI, Hänssler, Challenge Records Int. oraz Naxosu. Uczestniczył w produkcjach radiowych i telewizyjnych między innymi dla BR, SWR, MDR, BBC, RAI.

   Jego interpretacja Gershwina zaskoczyła mnie podwójnie. Przede wszystkim zaskoczyłem sam siebie, bo zmusiwszy się w ostatnich latach do poznawania jazzu zacząłem wyłapywać jazzowe smaczki. Myślę, że zacząłem to robić tak trochę jak daleki cień Bouleza, ze skalpelem i teleskopem, bez udziału emocji. No, ale jednak! Drugim zaskoczeniem było dla mnie to, jak Gallardo odniósł się do tych jazzowych smaczków. W jego interpretacji Gershwinowski jazz był jeszcze bardziej odległy i stylizowany niż ten Ravelowski czy ten u Strawińskiego. Interpretację zdominowała postromantyczna wylewność melodii, nie było w niej natomiast owej jazzowej pulsacji, owego „drive’u”. Oczywiście sam koncert Gershwina nie jest aż takim samograjem jak jego Błękitna Rapsodia i można w dość zaskakujący sposób podążać labiryntami jego struktur. Jakkolwiek by nie było, poczułem się zaskoczony. W tym wykonaniu Gershwin był zdolnym studentem francuskich neoklasycystów, o co zresztą swego czasu zabiegał, lecz choćby Ravel mu odmówił ceniąc oryginalny i rozwinięty już talent Amerykanina. Jakkolwiek by nie było, było to ciekawe, choć nieoczywiste wykonanie. Gianluca Marcianò znów skupił się na precyzji mas dźwięku, co być może wypływa z jego operowych doświadczeń. Publiczność dość chłodno przyjęła koncert i pianista nie dał bisu. Wydaje mi się jednak, że wiele osób w napełnionej po brzegi Sali Głównej NFM czekało po prostu na słynne, narkotyczne Bolero. Ja chętnie posłuchałbym bisu José Gallardo, choć faktycznie dyrygent mnie także nie porwał.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

5 + pięć =