Sobotni wieczór, śnieg we Wrocławiu się topi, jest połowa lutego (21.02.2026). W Narodowym Forum Muzyki zjawia się jeden z najbardziej legendarnych klarnecistów ostatnich lat, Michael Collins. Dość często słucham jego świetnej płyty dla szwedzkiego BIS z repertuarem francuskim, od Saint-Saensa po Poulenca. Ale we Wrocławiu Collins będzie głównie dyrygował, arcytrudną partię w Koncercie klarnetowym Aarona Coplanda zagra Pablo Barragán. W pozostałych rolach wystąpią muzycy NFM Orkiestry Leopoldinum, która ostatnimi czasy jest naprawdę w świetnej formie.
Zresztą, zobaczmy program:
E. Grieg Suita w dawnym stylu op. 40 „Z czasów Holberga”
A. Copland Koncert klarnetowy
F. Mendelssohn Bartholdy Konzertstück nr 2 op. 114 (oprac. na dwa klarnety i smyczki)
***
E. Kats-Chernin Zoom and Zip
B. Britten Wariacje na temat Franka Bridge’a op. 10
Legendarna suita Griega zabrzmiała ciepło i mięsiście. Dźwięk poszczególnych sekcji orkiestry był skupiony i bardzo plastyczny. Trochę zabrakło odcieni dynamicznych, ale ogólnie interpretacja podobała mi się.
Aaron Copland to mój ulubiony neoklasycysta. Wszyscy znajomi melomani i krytycy muzyczni dziwią mi się, woląc sępić się posępnie z Szostakowiczem albo pędzić stalową, modernistyczną i sowiecką lokomotywą z Prokofiewem. Ewentualnie są zagorzałymi miłośnikami Weinberga, najbardziej polskiego radzieckiego neoklasycysty, rzeczywiście trochę podobnego do Szostakowicza (zresztą panowie się znali i przyjaźnili). A ja lubię Coplanda. Za jego amerykańską, archetypiczną energię i za piękne progresje dźwiękowe, które zapowiadają nową epokę. Czy na przykład świetny minimalista Philip Glass byłby możliwy w tym znanym nam muzycznym kształcie bez Coplanda? Nie sądzę…
Z uwagi jednak, że Copland tak bardzo jest inny od Szostakowicza czy nawet Poulenca nie tak często usłyszymy jego dzieła na koncertach w Polsce. Tymczasem Koncert klarnetowy okazał się prawdziwym fajerwerkiem. Lekkim, wirtuozowskim, ale jednak nie błahym. Przez pierwsze chwile martwiłem się, że nie zagrał go legendarny Michael Collins tylko Pablo Barragán. Ale po kilku pasażach Barragána byłem już absolutnie szczęśliwy. To wspaniały muzyk, grający najtrudniejsze rzeczy z fantazją i pięknym dźwiękiem. Orkiestra Leopoldinum doskonale dorównywała mu w pędzie, mogąc wreszcie zabarwić się mocniej i rozedrgać w dynamicznych odcieniach, czego mi trochę brakowało u Griega. Barragána odnajdziemy już w roli solowej na kilku ciekawych płytach, które po tym co usłyszałem muszę polecić.


Obu klarnecistów usłyszałem w Mendelssohnie Bartholdym. To robiło wrażenie, choć dziełko rzeczywiście było nie tylko bardzo lekkie, ale też trochę błahe. Tym niemniej ponownie usłyszeć takie spotkanie klarnetowych dźwięków nie będzie rzeczą łatwą.
Zoom and Zip Eleny Kats-Chernin był dla mnie wielką niewiadomą, choć nadał tytuł koncertowi w NFM. Artystka pochodzi z uzbekistańskiego Taszkentu, studiowała w Moskwie, obecnie mieszka w Australii. Muzyka uzbecka jest bardzo ciekawa, uwielbiam melancholijne mugamy Munandżat Julcziewej. To wielka muzyka. Jednak Zoom and Zip okazał się być motoryczną perełką jak niektóre utwory Kilara czy nawet Szostakowicza (na przykład symfonie kameralne). Jednocześnie był w tym wszystkim jakiś odcień minimal music. Część tematów wydawała być się wzięta niemal z muzyki pop. A jednak to dynamiczne i bezpretensjonalne dzieło ma w sobie jakąś magię, porywa i zapewnia znacznie głębsze odczucia, niż mogłoby się to wydawać z początku. Zoom and Zip to świetne połączenie muzycznej komunikatywności z dobrą, wciągającą i dynamiczną muzyczną opowieścią działającą na wyobraźnię. Orkiestra Leopoldinum wraz z Michaelem Collinsem zaprezentowali ten utwór znakomicie. Liczne pasaże ścigających się smyczków olśniewały brzmieniem i kameralną wirtuozerią. Całość okazała się porywająca.
Największym zaskoczeniem okazał się dla mnie Britten. Całkiem niedawno słyszałem ten utwór w NFM, ale Michael Collins poprowadził go z takim żarem i zrozumieniem, że nie sposób się było nie zachwycić. Jak się okazało, poznał kompozytora jako dziecko i mówił o tym spotkaniu z fascynacją. Dotychczas Wariacje na temat Franka Bridge’a op. 10 wydawały mi się takim wyznaniem muzycznego stylisty i intelektualisty, jakim bez wątpienia był Benjamin Britten. Collins nadał temu wymiar wciągającej opowieści, prawdziwej kameralnej symfonii, w której można było zanurzyć się bez reszty. Nie czułem się już jak na wykładzie zblazowanego docenta, co czasem mi się przy Brittenie zdarza. To była piękna, wielowątkowa opowieści, bogata i pełna nastroju. Tu pewna masywność i intensywność brzmienia, która nie do końca sprawdziła się u Griega, okazała się strzałem w dziesiątkę.

Dziś krótka recenzja, bo równolegle odbywają się Dni Darwina przygotowane między innymi przeze mnie. Ledwie zdążyłem się wyrwać na koncert, a przecież w piątek też było ciekawie, no i podobnie będzie w niedzielę. Był też koncert w czwartek, możliwe, że najważniejszy… NFM to coraz częściej niekończący się kalejdoskop wspaniałej, inspirującej muzyki.




