Gdy jako dziecko zaczynałem się fascynować muzyką klasyczną, był jeszcze PRL. Nie było Internetu, nie było dostępu do ogólnoświatowej prasy muzycznej oraz innych mediów. Żyłem więc sprawami poruszanymi przez doskonałych (skądinąd) polskich publicystów muzycznych. Obok rozmaitych przemyśleń i cennych informacji docierały do mnie także echa dawnych sporów czy wręcz skandali w środowisku szeroko pojętej „sceny muzyki klasycznej”.
Jedną z takich dawnych spraw była kwestia dyrygenta Bohdana Wodiczko, który ogromnie przyczynił się do otwarcia Polski na muzykę nową i na nowe koncepcje prezentacji muzyki klasycznej, opery etc. Wodiczko został wydziobany przez bardziej „głównonurtowych” dyrygentów i muzycznych oficjeli. Byłem bardzo rozczarowany, gdy kilka lat temu nie znalazłem na Islandii żadnych jego nagrań, choć było to jedno z miejsc jego wygnania. Drugi wielki skandal, który niejako odziedziczyłem po poprzednich pokoleniach melomanów i krytyków muzycznych był związany z bohaterem koncertu, o którym będę pisał w niniejszej recenzji. Chodzi oczywiście o X Konkurs Chopinowski w 1980 roku i o to, że wielki chorwacki pianista nie został nawet dopuszczony do finału, nie wspominając już o medalowym miejscu. Legendarna Martha Argerich, która była wtedy w jury jako jedna z najsłynniejszych zwyciężczyń Konkursu Chopinowskiego, na znak protestu wystąpiła wtedy z gremium decydującego o nagrodach. Zwyciężył wtedy Dang Thai Son, Wietnamczyk, który dziś jawi się jako znakomity pianista i z pewnością niesprawiedliwa była złość, jaka wtedy się na niego wylała. Co jednak ciekawe, w ostatnich latach wydają go głównie chińskie wytwórnie, przez co jest stosunkowo mało znany w naszym kręgu cywilizacyjnym. Mimo to był istotną postacią w jury ostatniego Konkursu Chopinowskiego. Drugie miejsce w 1980 otrzymała Tatiana Szebanowa z ZSRR, trzecie Arutiun Papazjan, też wówczas przedstawiciel Sowietów. Wśród osób nagrodzonych przyciągnęły też moją uwagę Akiko Ebi i Ewa Pobłocka, znakomite pianistki. Wśród wyróżnionych obok Ivo Pogorelicha znalazł się Kevin Kenner i Angela Hewitt, jedna z największych teraz pianistek, która jednak nie grała Chopina wtedy tak genialnie, jak od wielu lat Bacha czy ostatnio Schumanna.

Ja sam, słuchając nagrań z X Konkursu Chopinowskiego uznałem, że Pogorelich rzeczywiście grał bardzo ekscentrycznie, często brutalnym, mocnym dźwiękiem. Jego interpretacje też często wydawały mi się mało chopinowskie, mało w ogóle stylowe w sensie muzyki doby romantyzmu. Zważywszy na to, jakie osoby brały udział w zmaganiach w 1980 roku nie byłem aż tak zbulwersowany decyzjami ówczesnego jury. Bardzo lubię na przykład Akiko Ebi z tego czasu, a i teraz Japonka gra niezwykle. Pobłocka to klasa sama dla siebie, Dang Thai Son to z pewnością wybitny pianista.
Nie polowałem zatem na płyty Ivo Pogorelicha, czasem coś tam usłyszałem i często był to ten sam ekscentryzm, który wywołał taką burzę w PRL. Jednak pewnego razu zupełnie przypadkiem usłyszałem płytę, która mnie zupełnie zachwyciła. Był to ekscentryczny Mozart dla Deutsche Grammophon. Ekscentryczny, ale świeży i poruszający. Elementy gry, które u chorwackiego pianisty zawsze wydawały mi się wyzywająco dziwaczne, złożyły się w wielką muzyczną opowieść. Moje wrażenia poparł mój przyjaciel, który zawsze kochał pianistykę i wiele o niej pisze i mówi w domenie publicznej. „Zwróć uwagę na Pogorelicha, to nie jest tak jak myślałeś…” – zasugerował. I rzeczywiście. Zacząłem się zastanawiać, czy ten Mozart dla DG to był jakiś wyjątkowy Pogorelich, czy po prostu przypadkiem odnalazłem klucz do zrozumienia niezwykłego świata Ivo Pogorelicha. Czasem tak bywa. Mamy jakieś nagrania, po które rzadko sięgamy i nagle, z uwagi na nastrój dnia, jakieś większe skupienie, coś się w naszym umyśle otwiera i to co wydawało się dziwaczne albo nudne, nagle zaczyna zachwycać. Albo po prostu dojrzewamy do pewnej stylistyki, czy to wykonawcy, czy to kompozytora.
No i stało się! Dzięki Narodowemu Forum Muzyki we Wrocławiu miałem okazję usłyszeć Ivo Pogorelicha na żywo, w mroźny czwartkowy wieczór (19.02.2026). Pianista miał następujący program:
W.A. Mozart Fantazja c-moll KV 475; Adagio h-moll KV 540; Fantazja d-moll KV 397
L. van Beethoven VIII Sonata fortepianowa c-moll op. 13 „Patetyczna”
***
F. Chopin Nokturn Es-dur op. 55 nr 2; Mazurek a-moll op. 59 nr 1; Mazurek As-dur op. 59 nr 2; Mazurek fis-moll op. 59 nr 3; II Sonata fortepianowa b-moll op. 35

Mozart okazał się niezwykle wolny. Były to bardzo ekscentryczne wykonania, przypominające mi śmiałość eksperymentów z Mozartem Glenna Goulda, który uwielbiał go grać w skrajnie wolnych lub szybkich tempach. Z tymże wielki Kanadyjczyk walczył z Mozartem, ostentacyjnie nie cenił jego muzyki, darząc estymą tylko jego wczesne, dziecięce dzieła. Tymczasem to co usłyszałem w wydaniu Pogorelicha było jakimś niezwykłym misterium. Pełnym przestrzennych planów, niezwykłych zderzeń harmonicznych. Jednocześnie bardziej jeszcze niż u Goulda pewna operowa melodyjność Mozartowskich dzieł została całkowicie zerwana. A nią na przykład zachwyca się Piotr Anderszewski, niemal odnajdując żywe postaci w tych utworach. Ten Mozart Pogorelicha mnie zaskoczył, choć oczywiście spodziewałem się niezwykłej, ekscentrycznej koncepcji. Była to wspaniała pianistyka, wciągająca muzyczna opowieść, ale nie wiem, czy nadal to był Mozart. Miałem wrażenie, że Pogorelich tworzy po prostu swój własny utwór na bazie dźwięków, które kiedyś posłużyły Mozartowi do jego kompozycji. Dodajmy do tego, że dochodziła do tego głęboka manipulacja tempem i agogiką. To była płynna secesja, muzyka była „powyginana czasowo” na wszelkie możliwe strony, na takie szaleństwa pozwalali sobie jedynie wielcy wykonawcy działający w epoce świtu fonografii, nie sądziłem, że w XXI wieku ktokolwiek odważy się na taką interpretację. Ale było to wszystko fascynujące. Otrzymaliśmy porcję kunsztownej, wspaniałej pianistyki, otrzymaliśmy bardzo ciekawą kompozycję współczesną, nie pozbawioną filozoficznej wręcz głębi. Ale czy był to Mozart? Pytanie jak to ocenić.
Patetyczna Beethovena też była niezwykła, choć nie aż tak niezwykła jak Mozart. Dalej były w niej obecne eksperymenty z muzycznym czasem, z płaszczyznami narracji i z niezwykłymi tempami. Jednak po Mozarcie wydawało się to niemal kanonicznym wykonaniem Beethovena, choć Pogorelich, podobnie jak Gould, zrezygnował z repetycji zalecanych przez samego kompozytora. Również obsesyjny temat Patetycznej wszedł jakby z boku, na marginesie, kiedy większość znanych wykonań mocno celebruje motorykę tego arcydzieła.
Druga część koncertu, całkowicie Chopinowska, kazała mi patrzeć zupełnie inaczej na całość muzyki zaprezentowanej przez Pogorelicha w NFM. To był genialny Chopin. Śmiałe eksperymenty z tempem, muzycznymi planami, z fakturalnymi „pędami” w sonacie pokazywały wykonawcę skrajnie nowoczesnego. To był po części Chopin w stylu jakichś eksperymentów Ligetiego. A jednak było to wszystko elegijne i bardzo romantyczne, choć romantyczne na specyficzny dla Pogorelicha sposób. To było budowanie ekspresji romantycznej na nowo, na zupełnie nowych zasadach, a jednak w duchu muzyki Chopina. Zadziwiały mnie też złożone plany przestrzenne, barwowe i dynamiczne. Każdy utwór Chopina na tym recitalu, nawet krótkie przecież mazurki, stawał się wielką podróżą w nieznane światy. Ba! Miałem wrażenie, że wręcz uczę się na nowo Chopina, dostrzegam w nim rzeczy do tej pory przeze mnie nie odkryte, a jednak będące w tej muzyce od zawsze. Pogorelich nie tylko mnie zachwycał, ukazując wspaniałość Chopinowskich arcydzieł, ale też uczył mnie Chopina. I to dzięki śmiałym, odważnym i zupełnie nieortodoksyjnym interpretacjom.

Oczywiście po koncercie kupiłem jedną z nowszych płyt Chopinowskich Pogorelicha dla Sony. Był to podobny Chopin, co na wrocławskim koncercie. Do tego płyta nagrana po prostu znakomicie, jedno z lepszych ujęć brzmienia fortepianu jakie posiadam. A jednak wiele elementów, jak choćby niezwykłe gry przestrzenne Pogorelicha, zanika na nagraniu. Czyżby gry Pogorelicha nie dawało się nagrać w miarę wiernie, tak jak gry większości innych pianistów? Wiadomo, że nagranie nigdy nie jest bezpośrednim przeniesieniem dźwięku z koncertu, gdyż jest to niemożliwe, nawet gdy płytę odtwarza się na bardzo dobrym sprzęcie (a nie słucham jej na głośniczkach do Bluetootha). Wiadomo, że nie da się za pomocą elektroniki przenieść fortepianu do własnego pokoju. A jednak niezwykłe, złożone światy Pogorelicha nie dają się złapać na bity czy rowki w sposób dostatecznie dobry. Stąd może też moje niezrozumienie dla zawieruchy na X Konkursie Chopinowskim? W końcu ja znam tylko nagrania, zaś protestów wobec ówczesnego jury dokonały osoby słuchające Pogorelicha wtedy na żywo. Jestem niemal pewien, że tak właśnie rzeczy się mają. Reasumując – wspaniały koncert, jedne z najlepszych interpretacji Chopina jakie słyszałem na żywo.




