USA. Kronika pandemii. Część 1.

Od autora: Ten tekst powstał rok temu (styczeń 2022). Od tego czasu wiele się zmieniło, ale to już osobny temat.

Do końca roku 2021 pozostało zaledwie kilka dni. Ten okres na Manhattanie jest zawsze jest uroczysty i ten grudniowy dzień dla postronnego obserwatora nie wydaje się dużo inny od poprzednich. Choinka w Centrum Rockefellera pyszni się swoimi kolorami, wystawy sklepów prześcigają się w przyciąganiu uwagi ostatnimi nowinkami technologii 21 wieku, a Times Square przygotowuje się do sylwestrowego występu. A jednak miasto już nie jest to samo, co kiedyś. U stóp Central Parku, zaraz przed legendarnym hotelem Plaza stoi kolejka oczekujących do mobilnego punktu testów na obecność wirusa, wywołującego chorobę, nazywaną COVID-19. Przechodnie mijają to miejsce obojętnie, bo podobne stały się już częścią pejzażu i nie budzi to wielkich emocji poza przypomnieniem, że pandemia wciąż tu jest.

Pomimo że grudzień 2019, czyli dwa lata wcześniej został uznany oficjalnie za czas, kiedy wirus pojawił się w Stanach Zjednoczonych, tak naprawdę do świadomości ludzi zaczął dopiero docierać na początku roku 2020. Coraz większa liczba informacji płynących z mediów stopniowo budowała atmosferę niepewności, ale wielu ludzi wciąż nie chciało pogodzić się z rosnącym zagrożeniem. Momentem przełomowym stało się zamykanie szkół w marcu 2020 roku. Najpierw przez poszczególne dystrykty lokalne, wreszcie na poziomie stanowym. Ruch na drogach zmalał, lotniska zaczęły pustoszeć, a zwykły rytm dnia codziennego zmieniał się szybko w atmosferę powagi i podwyższonej ostrożności.

Wirus trafił do USA w bardzo niefortunnym czasie. Prezydent Trump, znany ze swoich efekciarskich wystąpień, okazał się niekompetentny do stawienia czoła nadciągającej pandemii. Niedługo przed jej wybuchem zlikwidował Dyrektoriat ds. Globalnego Bezpieczeństwa Zdrowia i Bioobrony przy Białym Domu, komórkę powstałą po epidemii wirusa Ebola, której zadaniem było przygotowanie kraju do stawienia czoła zagrożeniom epidemicznym. Podczas gdy władze stanowe pracowały już na pełnych obrotach, rząd federalny wydawał się wciąż opóźniony z decyzjami. Dlatego w czasie pierwszego, ciepłego, wiosennego weekendu, kiedy na plaże pobliskiego, wciąż otwartego Parku Narodowego zjechały się tłumy, po raz pierwszy zdecydowałem się założyć maskę przed wejściem do lokalnego sklepu. Właściciel, widząc moją osłoniętą twarz, błyskawicznie mnie obsłużył trzęsącymi się ze zdenerwowania rękami, podczas gdy zaraz obok nas przewijały się całe grupy przyjezdnej, „niezamaskowanej” młodzieży i ta nie robiła na nim wrażenia. Potem okazało się, że właśnie wtedy nastąpiła eksplozja zakażeń i na spragnionych słońca posypały się gromy. Do dziś nie wiem, czy był to dowód strachu przed nieznanym czy frustracji. Tak czy owak, od tej pory maska stała się częścią mojego codziennego ekwipunku, tak jak portfel lub klucze do mieszkania.

Jeżeli ktokolwiek nas zapyta, który okres pandemii utkwił w naszej pamięci jako najgorszy, to nie ma wątpliwości, że była to wiosna 2020 roku. Pandemia stała się faktem, bez względu na to czy ktoś w nią wierzył, czy nie i Ameryka stanęła przed obliczem nowego zagrożenia. Owszem, był przedtem wirus zachodniego Nilu, był AIDS, był SARS, ostatnio też Ebola. A jednak tym razem było inaczej. Rzadko na co dzień używane słowo „lockdown” stało się w niedługim czasie jednym z najczęściej powtarzanych haseł, bo oznaczało całkowicie inny, nieznany do tej pory styl życia. W niedługim czasie Amerykanie stali się więźniami własnych domów. Nie dlatego, że nie wolno im było ich opuszczać, tylko dlatego, że na zewnątrz wszędzie czyhało nieznane zagrożenie. Każde zakupy w sklepie, wyjście z domu czy wyjazd do pracy mogło stać się wyrokiem, z którego czasem nie było już powrotu. Zapachniało atmosferą wojny.

Sklepy były wciąż otwarte, ale szybko zmieniły się w sposób do tej pory nieznany. Pojawiły się ograniczenia i obostrzenia. Zamiast obowiązkowo uśmiechniętych pracowników na wejściu pojawili się pracownicy ochrony, którzy kontrolowali wymóg noszenia masek oraz sam ruch wewnątrz, zatrzymując wielu ludzi przed wejściem. Amerykańskie kombinaty sprzedaży, otwarte na wszystko i dla wszystkich, zaprogramowane latami na wszelkie możliwe techniki, które miały przynieść lepsze efekty zbytu, stały się magazynami, do których wejście było ograniczone, a półki z niektórym artykułami zaczęły pustoszeć. I podobnie jak w komunistycznej Polsce oprócz artykułów, które miały bezpośredni związek z zagrożeniem pandemii jak środki dezynfekcji, jednocześnie pokazywały luki w zaopatrzeniu w miejscach najmniej spodziewanych. Trudno uwierzyć, ale jednym z towarów, który był symbolem problemów zaopatrzenia w Polsce lat 80-tych i Ameryki okresu pandemii był… papier toaletowy. Żeby jednak nie popadać w skrajność, trzeba odnotować, że poziom tych problemów był nieporównywalny. Dlatego, kiedy znajomi pytali mnie, czy tak wyglądały sklepy w systemie sowieckim odpowiadałem zgodnie z prawdą, że jeszcze mają daleko do „Soviet shops”. Jak zwykle w takich okolicznościach, pojawiły się firmy szukające dodatkowego zysku, które próbowały windować ceny na poszukiwane środki czystości i odkażające. I wtedy do akcji włączyły się władze stanowe. Wciąż pamiętam, jak Gubernator Phil Murphy mówi w mediach: „Nie róbcie tego. Mamy inne środki, aby Was powstrzymać. Dlatego mówię tylko: „Nie róbcie tego.””. Ten prosty komunikat, bez dodatkowych formalności i przepisów studzi dostatecznie apetyty „okazjonalnego” biznesu. Ceny na podstawowe produkty nigdy nie wzrosły nadmiernie od tamtej pory. Niemal w tym samym czasie podawana jest kolejna, ważna wiadomość. Podstawowe testy na koronawirusa są dostępne dla wszystkich, bez względu na posiadanie (lub nie) ubezpieczenia i status emigracyjny.

Na moich wykładach z analizy ryzyka często powtarzałem ograny do bólu slogan, że nasza wiedza faworyzuje zjawiska pojawiające się częściej, nawet jeśli ich znaczenie nie jest większe. Dlatego, w najgorszym punkcie kryzysu czujemy się osamotnieni, bo wszystko, czego nas uczą nie ma tu zastosowania. Pandemia COVID-19 dopisała do tej lekcji kolejny rozdział. Z czasem dochodzą do nas kolejne, czasem przerażające wiadomości. Ze społeczeństwa, zajętego na co dzień napędzaniem wskaźników gospodarki stajemy się społecznością, która śledzi zjawiska, do których nie jesteśmy zupełnie przygotowani. Naszym głównym problemem jest teraz obłożenie miejsc szpitalnych, a na ulicach Nowego Jorku pojawiają się wielkie ciężarówki-chłodnie. To, co jest znane z różnych filmów science-fiction staje się realne. Te chłodnie to mobilne kostnice. Mając na uwadze wzrost zakażeń i ich śmiertelność metropolia takich rozmiarów, jak Nowy Jork nie jest w stanie rozporządzać zwłokami zmarłych w normalnym, dotychczasowym systemie. Dlatego potrzebne są inne rozwiązania. Może i przerażające. Ważne, żeby były skuteczne.

Stopniowo ludzie adaptują się do nowej rzeczywistości. Trzeba jakoś żyć. Tylko, z czego? Zamykane są miejsca pracy, zmniejszają się liczby godzin, zmian, potrzeb. Wielu ludzi przenosi się do pracy wirtualnej, ale wielu po prostu siedzi w domu. Oprócz lęku przed pandemią pojawiają się odwieczne, ludzkie obawy o jutro, brak pracy, środków do życia. Stanowe wydziały obsługujące świadczenia, zamknięte dla wizyt z powodu pandemii i nieprzygotowane do pracy w takiej sytuacji kryzysowej, przeżywają wirtualne oblężenie, a telefony są wiecznie zajęte. I znowu, jak poprzednio, w mediach pojawiają się przedstawiciele administracji. Ich przekaz jest prosty – „Pracujemy nad tym, robimy co możemy. Każdy otrzyma należne pieniądze.”.  

Te rzeczowe komunikaty uspokajają nieco atmosferę, ale rozmiar niewiadomego jest wciąż trudny do udźwignięcia. I wtedy dzieje się coś, co zobaczyłem po raz pierwszy po ataku na World Trade Center i bez wiedzy o tym, moje rozumienie Ameryki zawsze byłoby ułomne. Bo w tym momencie pomoc przychodzi z dość niespodziewanej strony. Ze świata biznesu. Wielkie i mniejsze firmy jedne po drugiej ogłaszają przeróżne moratoria i programy, mające pomóc ludziom w przetrwaniu pandemii. Banki odraczają spłaty przeróżnych rat i zobowiązań, dostawcy energii, wody i internetu zamrażają wszelkie wyłączenia. Wreszcie rząd dogaduje się z bankami w najważniejszej sprawie i spłaty kredytów na domy i mieszkania zostają dla potrzebujących zawieszone, jak również prawo eksmisji dla tych, co wynajmują swoje lokum. Amerykański system dochodzenia należności, na co dzień konsekwentny i często bezwzględny w ciągu niedługiego czasu zamienia się w niemal swoje przeciwieństwo, i to przy niewielkim albo żadnym udziale rządu. Uzyskanie tych ulg i odroczeń jest proste. Nie potrzeba żadnych poświadczeń czy dokumentów. Wypełniasz jakąś prostą formę przez internet albo dzwonisz i mówisz, że nie możesz płacić. To wszystko. Widmo niezapłaconych rachunków przestaje straszyć. Można się skupić na życiu i walce z pandemią.

Na zewnątrz robi się coraz cieplej i budzą się nadzieje, że może wirus odejdzie, choćby na jakiś czas, tak jak inne „zimowe” wirusy. Komunikaty CDC (Centrum Prewencji i Kontroli Chorób Zakaźnych) nie pozostawiają jednak wątpliwości. Wirus jest dość odporny na temperatury. Wciąż będzie z nami tego lata. Ograniczenia w podróży, najpierw tych dalszych potem tych bliższych i brak kontaktu z innymi ludźmi na co dzień zaczynają być coraz bardziej dotkliwe. Miejsca, które zazwyczaj świeciły pustkami zapełniają się ludźmi, szukającymi kontaktu ze światem, przyrodą, przestrzenią, Dystans socjalny staje się już nawykiem, dlatego nawet duża grupa spacerowiczów wygląda teraz zupełnie inaczej, niż przed kryzysem.

To, co bardzo pomogło Ameryce na tym najtrudniejszym etapie pandemii to jej zabudowa, gdzie domy jednorodzinne stanowią przeważającą większość. Pozbawieni możliwości podróży i normalnego życia Amerykanie kierują swoją energię na otoczenie. Samodzielne projekty, modernizacje i ulepszenia własnych domów ruszają z kopyta i w niedługim czasie windują ceny materiałów budowlanych na nieznane do tej pory szczyty. Ten trend będzie się utrzymywać przez cały czas trwania pandemii. Nie wszyscy jednak mają to szczęście. Miasto Nowy Jork, ciężko doświadczone  w tym trudnym czasie zarówno z powodu zagęszczenia ludności, mieszkającej głównie w wielopiętrowych budynkach, jak i portowego położenia jest pełne napięcia, które stale rośnie.

Wciąż nie wiemy, jakie może być wyjście z tej sytuacji. Różne, często sprzeczne opinie na temat możliwości opracowania szczepionki pozostawiają więcej wątpliwości, niż cokolwiek wyjaśniają. W czasie mojego cotygodniowego komentarza ekonomicznego na antenie tutejszego radia dyskusja staje się gorąca, kiedy gospodarz spotkania pyta mnie o rozmiary kryzysu, z jakim mamy i będziemy mieć do czynienia. Odpowiadam zgodnie z własnym przekonaniem, że nic nie wskazuje na to, że istnieje ryzyko katastroficznego załamania gospodarki, chociaż recesja jest nieunikniona. Dziennikarz radiowy jest zszokowany. To, co dzieje się na ulicy nijak się ma do moich przewidywań. I to jest właśnie scenariusz, który stale się powtarza w ciągu całego okresu pandemii. Chłodne kalkulacje ścierają się z emocjami. W każdym miejscu i na wszystkich poziomach.

Poprzedzająca kryzys pandemiczny nagonka na nielegalnych imigrantów, w której Trump okazał się być przywódcą, lekceważącym standardy humanitarne zbiera żniwo na początku lata. Zielone światło dla służb imigracyjnych i aroganckie wypowiedzi Prezydenta wpłynęły również na zachowanie innych służb porządkowych, w tym policji. W czerwcu wybucha protest BLM (Black Lives Matter), który rozprzestrzenia się na inne regiony kraju. Zamieszki wybuchają po brutalnej interwencji policji w Minneapolis, ale tak naprawdę jest to jedynie iskra, która wyzwoliła stłumioną do tej pory frustrację zbudowaną na dawnych podziałach, słabnącej gospodarce i twardej polityce rządu w kwestiach, które w obecnej rzeczywistości stają się marginalne. Ogniska protestu, który trwa z różnym natężeniem do końca roku to głównie Minneapolis i Chicago, ale jego odpryski trafiają również do Nowego Jorku i dają o sobie znać najsilniej na Brooklynie, gdzie napięcia rasowe są tradycyjnie największe. Dla miasta, które i tak cierpi bardziej od innych regionów w tym czasie, jest to dodatkowy cios. Wielu nowojorczyków ma dosyć i chętnie przeniosłoby się gdzie indziej. Tylko jak w czasie pandemii znaleźć nową pracę, sprzedać dom i kupić nowy?

Krzysztof Marczak – humanista polskiego pochodzenia, autor grupy Humanat. Wykładowca inwestycji i finansów. Dodatkowo zajmuje się lingwistyką i komunikacją międzykulturową. Mieszka w aglomeracji nowojorskiej.
O autorze wpisu:

Krzysztof Marczak – zarządza kapitałem na giełdach amerykańskich. Wykładowca inwestycji i finansów. Dodatkowo zajmuje się lingwistyką i komunikacją międzykulturową. Mieszka w aglomeracji nowojorskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.