Piątkowy koncert NFM Filharmonii Wrocławskiej, który odbył się 29 maja 2026 roku w Narodowym Forum Muzyki, miał program pozornie klasyczny i dobrze oswojony: Koncert skrzypcowy e-moll op. 64 Feliksa Mendelssohna Bartholdy’ego oraz II Symfonię e-moll op. 27 Sergiusza Rachmaninowa. Dyrygował Sébastien Rouland, partię solową w koncercie Mendelssohna wykonał młody austriacki skrzypek Leonhard Baumgartner.
Był to wieczór ciekawy także dlatego, że zderzył dwa różne rodzaje romantyzmu. U Mendelssohna — romantyzm elegancji, śpiewności, świeżości, lotności i bardzo precyzyjnie wyważonego wzruszenia. U Rachmaninowa — romantyzm gęstej faktury, długiego oddechu, namiętnej melancholii i melodyki, która nie boi się być piękna aż do granicy ryzyka. W obu przypadkach pojawiło się pytanie o to, jak dziś grać muzykę romantyczną: czy z dystansem, czy z pełnym wejściem w emocję; czy chronić się za chłodną dokładnością, czy pozwolić dźwiękowi na ciepło, a nawet na pewien rodzaj sentymentalności.

Największym odkryciem wieczoru był dla mnie Leonhard Baumgartner. W Koncercie skrzypcowym Mendelssohna oczarował mnie właściwie od pierwszych fraz. Grał pięknym dźwiękiem, odważnie, ekspresyjnie i bardzo romantycznie. Nie był to romantyzm powierzchownego gestu ani nadmiernych póz. Raczej romantyzm tonu: ciepłego, giętkiego, głęboko nasyconego. Szczególnie zaskoczyło mnie to, że tak młody wykonawca potrafi wydobyć ze skrzypiec brzmienie niemal ckliwe, a zarazem niebanalne, kojarzące mi się z legendarnymi skrzypkami pierwszych dekad XX wieku.
To ważne, bo obecnie w grze skrzypcowej bardzo często dominuje coś, co nazwałbym „profesjonalnym obiektywizmem”: znakomita technika, czysta intonacja, pewność, elegancja, ale też pewien chłód. Wiele młodych wykonań zachwyca sprawnością, a jednocześnie sprawia wrażenie, jakby wykonawca bał się zbyt mocno pokochać frazę. Baumgartner tego lęku nie miał. Jego Mendelssohn był ekspresyjny, chwilami wręcz sentymentalny, ale właśnie dlatego żywy.
Skąd u niego ten ton? Można oczywiście odpowiedzieć najprościej: z talentu. Ale warto poszukać głębiej. Baumgartner wychował się w bardzo muzycznym środowisku, zaczął naukę skrzypiec wcześnie, kształcił się także wokalnie i chóralnie, a więc od dziecka obcował nie tylko z mechaniką instrumentu, lecz także z oddechem, linią, śpiewem i wspólnym frazowaniem. Do tego dochodzą nauczyciele reprezentujący silne tradycje europejskiej szkoły skrzypcowej: Dora Schwarzberg, Regina Brandstätter, Ingolf Turban. Może właśnie stąd bierze się u niego przekonanie, że skrzypce nie są tylko precyzyjną maszyną do realizowania tekstu, lecz przede wszystkim instrumentem śpiewającym.
Warto też wspomnieć o instrumencie. Baumgartner gra na skrzypcach Stradivariusa „ex Petherick” z 1683 roku. Oczywiście żaden instrument sam nie tworzy artysty, ale w tym przypadku szlachetność i ciepło tonu mogły znaleźć znakomitego sprzymierzeńca. Najważniejsze było jednak nie samo brzmienie, lecz sposób jego użycia. Baumgartner grał tak, jakby chciał przypomnieć, że Mendelssohnowski koncert nie jest tylko arcydziełem elegancji, ale również arcydziełem romantycznego wzruszenia.
Koncert skrzypcowy e-moll zajmuje w twórczości Mendelssohna miejsce szczególne. To dzieło późne, pisane długo, z myślą o zaprzyjaźnionym skrzypku Ferdynandzie Davidzie. Nie jest popisem dla popisu. Mendelssohn, nawet kiedy daje soliście materiał wirtuozowski, zachowuje klasę, proporcję i liryczny sens. Ten koncert jest jak esencja jego stylu: śpiewny, świetlisty, pełen ruchu, a zarazem niezwykle elegancki. Jest w nim coś z „Pieśni bez słów”, coś z elficznej lekkości „Snu nocy letniej”, ale i coś bardziej osobistego, gorętszego.

Baumgartner tę gorącość usłyszał. W pierwszej części jego dźwięk miał intensywność i jasny nerw. Nie był przesłodzony, bo pod słodyczą pozostawała energia. Andante zabrzmiało bardzo śpiewnie, z miękkim ciepłem, które mogło kojarzyć się z dawną szkołą skrzypcową. Finał miał z kolei lekkość i blask, choć nie był tylko popisem sprawnych palców. Nawet w najbardziej ruchliwych miejscach młody skrzypek nie tracił poczucia frazy.
Nieprzypadkowo koncert Mendelssohna był tak ważny dla wielu wielkich skrzypków, zwłaszcza tych, którzy bardzo wcześnie pojawiali się na estradach. Yehudi Menuhin nagrywał i wykonywał go jako cudowne dziecko, a w tym repertuarze można było usłyszeć to, co w jego młodzieńczej grze najcenniejsze: naturalność linii, czystość śpiewu, pewien rodzaj niewinnej powagi. Także Jascha Heifetz, Nathan Milstein, Joseph Szigeti, David Oistrach czy później Itzhak Perlman i Anne-Sophie Mutter traktowali ten koncert jako jedno z centralnych dzieł repertuaru. Mendelssohn jest dla skrzypka próbą szczególną: nie wystarczy być błyskotliwym, nie wolno też być ciężkim. Trzeba umieć połączyć elegancję, lekkość, śpiew i żar. Baumgartnerowi to połączenie udało się bardzo dobrze.
Mniej przekonał mnie Sébastien Rouland. Nie było to prowadzenie zupełnie nieudane, ale brakowało mi większej precyzji i mocniejszego różnicowania dynamiki. Rouland jest dyrygentem doświadczonym, bardzo mocno związanym z teatrem operowym, z repertuarem francuskim i z muzyką sceniczną. Być może dlatego najciekawsza była u niego ogólna narracja, poczucie opowieści, szeroki łuk dramaturgiczny. Gorzej wypadały szczegóły: wyostrzenie kontrastów, dokładność wejść, subtelniejsze cieniowanie napięcia.
W Mendelssohnie orkiestra była przede wszystkim partnerem dla solisty, ale nie zawsze wystarczająco elastycznym. Baumgartner niósł muzykę tak sugestywnie, że chciałoby się czasem jeszcze bardziej delikatnej odpowiedzi ze strony zespołu. Mimo to całość miała sens, a koncepcja nie rozpadała się. Rouland nie stworzył wykonania porywającego precyzją, lecz potrafił utrzymać spójność romantycznej opowieści.
Po przerwie zabrzmiała II Symfonia e-moll Rachmaninowa — dzieło, które wciąż prowokuje do sporów. Są melomani i muzycy uważający Rachmaninowa za jednego z największych kompozytorów wszechczasów. Są też tacy, którzy widzą w jego muzyce sentymentalizm, efektowność, a czasem wręcz płytki kicz. Ten spór nie jest nowy. Rachmaninow długo bywał podejrzany dla zwolenników modernizmu, bo nie chciał porzucić romantycznego języka w epoce, która coraz mocniej żądała zerwania z przeszłością. Sam zresztą czuł się w nowoczesnym świecie trochę jak duch: nie potrafił wyrzucić z siebie dawnego sposobu pisania, ale nie umiał też przyjąć języka awangardy.
Igor Strawiński, złośliwy wobec wielu muzycznych rywali, opisał Rachmaninowa jako „sześć i pół stopy grymasu”. Pierre Boulez miał z kolei słyszeć w jego muzyce głównie imitację Skriabina. Po drugiej stronie stoją jednak artyści, dla których Rachmaninow był twórcą ogromnym: Horowitz, dla którego jego koncerty fortepianowe stały się jednym z fundamentów repertuaru; Ashkenazy, który całe życie wracał do jego muzyki; wielu dyrygentów i pianistów, którzy w Rachmaninowie widzą nie cukierkowego epigona, lecz ostatniego wielkiego romantyka, twórcę o niezwykłej kontroli długiej linii i ekspresji.

Moje stanowisko jest pośrodku, choć zdecydowanie życzliwe. Nie uważam Rachmaninowa za kompozytora tej miary co Bach, Beethoven, Monteverdi czy Chopin. Tamci zmieniali fundamenty muzycznego świata. Rachmaninow raczej doprowadził pewien świat do późnego, przejrzałego blasku. Ale to wcale nie znaczy, że był kompozytorem płytkim. Przeciwnie: był twórcą znaczącym, bardzo osobnym, obdarzonym genialnym instynktem melodycznym, znakomitym wyczuciem orkiestry i niezwykłą zdolnością budowania emocji przez długi oddech.
II Symfonia e-moll bardzo dobrze pokazuje jego siłę. To dzieło obszerne, gęste, ozdobne, chwilami niemal niebezpiecznie bogate. Rachmaninow nie boi się nadmiaru: szerokich melodii, gęstych akompaniamentów, ciemnych barw, powrotów tematów, falowania orkiestry. Ale najlepsze momenty tej symfonii nie polegają na samym rozlewaniu emocji. Polegają na tym, jak tematy się wyłaniają. Często są wprowadzane subtelnie, jakby z oddali, jakby spod powierzchni faktury. Najpierw pojawia się cień melodii, potem jej kontur, później dopiero pełny śpiew.
To właśnie szczególnie podobało mi się w tym wykonaniu: przepięknie i subtelnie wprowadzane tematy. NFM Filharmonia Wrocławska potrafiła wydobyć z tej muzyki miękkość, gęstość i ciemny połysk. Faktura Rachmaninowa jest ozdobna, ale nie powinna zmieniać się w ciężki dywan. W najlepszych momentach orkiestra brzmiała tak, jakby kolejne warstwy melodii i akompaniamentu przesuwały się względem siebie, tworząc bogaty, mieniący się organizm.
W pierwszej części Rouland prowadził całość jako spójną opowieść, choć znów brakowało mi bardziej wyrazistego różnicowania dynamiki. Rachmaninow bardzo potrzebuje oddechu, ale potrzebuje też kontrastu. Jeśli wszystko staje się równie intensywne, traci się część dramatycznej architektury. Mimo to zasadnicza narracja była czytelna. Druga część miała energię, choć mogłaby być ostrzejsza rytmicznie. Najpiękniej zabrzmiały chyba te miejsca, w których orkiestra mogła śpiewać szeroką frazą, bez pośpiechu, z pełnym zaufaniem do linii.
Adagio, jak zawsze w tej symfonii, stało się centrum emocjonalnym. To tutaj Rachmaninow najłatwiej może osunąć się w kicz, ale też tutaj najpełniej pokazuje swoją wielkość. Granica między wzruszeniem a sentymentalizmem jest bardzo cienka. W tym wykonaniu nie zawsze była idealnie kontrolowana, ale wiele momentów miało autentyczny urok. Tematy pojawiały się miękko, z właściwą melancholią, a gęsta faktura nie tłumiła całkiem przejrzystości linii. Finale miało rozmach i blask, choć znów chciałoby się jeszcze większej precyzji w budowaniu kulminacji.
Wyszedłem z koncertu z poczuciem lekkiej nierówności, ale także z wdzięcznością. Baumgartner w Mendelssohnie był wydarzeniem. Przypomniał, że młodość nie musi oznaczać chłodnego obiektywizmu ani technicznej neutralności. Może oznaczać odwagę romantycznego tonu, śpiewność, ciepło i ryzyko ekspresji. Rouland nie zawsze wydobywał z orkiestry tyle, ile można było z tych partytur wydobyć, ale prowadził oba dzieła jako spójne opowieści, nie jako zestaw efektownych numerów. NFM Filharmonia Wrocławska w Rachmaninowie pokazała zaś, że potrafi wejść w gęstą, późnoromantyczną fakturę bez utraty barwy.
Najważniejsze pozostanie jednak dla mnie spotkanie z Baumgartnerem. W jego grze było coś, czego dziś często brakuje: przekonanie, że piękny, ciepły, wręcz czuły dźwięk nie jest staromodnym grzechem. Że romantyzm nie musi być muzealny. Że Mendelssohn, choć tak elegancki, może nadal mówić głosem rozgrzanym i osobistym.
A Rachmaninow? Spór o niego będzie trwał. Jedni dalej będą słyszeć w nim nadmiar, łzy i kicz. Inni — wielkość późnego romantyzmu, której XX wiek nie zdołał całkiem unieważnić. Ja po tym koncercie pozostaję przy swoim: Rachmaninow nie jest jednym z kilku najwyższych szczytów historii muzyki, ale jest potężną górą w osobnym paśmie. Może nie zmienił biegu muzyki tak jak Bach, Beethoven, Monteverdi czy Chopin, lecz stworzył świat, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. A to już bardzo dużo.



