Niedzielny wieczór 24 maja 2026 roku przyniósł we wrocławskiej katedrze wykonanie Mesjasza Georga Friedricha Händla przez Wrocław Baroque Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka. Już samo miejsce narzucało szczególną perspektywę słuchania. Katedra nie jest neutralną salą koncertową. Dźwięk ma tu swoje opóźnienie, swój kamienny oddech, swoją pionowość. Każda fraza wchodzi w dialog z przestrzenią, a chóralne kulminacje mogą urosnąć do rozmiarów architektonicznych. Program NFM potwierdzał pełne wykonanie oratorium Messiah HWV 56 właśnie w katedrze św. Jana Chrzciciela, z Andrzejem Kosendiakiem i Wrocław Baroque Ensemble.
Dla Kosendiaka i Wrocław Baroque Ensemble był to zarazem repertuar trochę inny niż ten, z którym najczęściej kojarzę ich działalność. Zespół od lat specjalizuje się w wykonawstwie historycznym, szczególnie w odkrywaniu mało znanego repertuaru Europy Środkowej, a przede wszystkim muzyki polskiego renesansu i baroku — od kompozycji kameralnych po dzieła oratoryjne i kantatowe. Wrocław Baroque Ensemble ma za sobą bogatą serię nagrań poświęconych m.in. Gorczyckiemu, Pękielowi, Mielczewskiemu, Szarzyńskiemu, Zieleńskiemu i Różyckiemu. Sam Kosendiak mówił przy okazji płyty z muzyką Mikołaja Zieleńskiego, że uważa go za najwybitniejszego polskiego twórcę swoich czasów — co dobrze pokazuje, jak mocno jego działalność artystyczna związana jest z przywracaniem świetności dawnej muzyce Rzeczypospolitej.

A jednak Händel nie pojawił się tu jako ciało obce. Przeciwnie: w interpretacji Kosendiaka zabrzmiał nie jak monumentalny angielski pomnik, ale jak żywa, plastyczna, barwna muzyka baroku europejskiego, w której monumentalność nie zabija ruchu, a ruch nie rozprasza duchowej powagi.
Już od pierwszych numerów było jasne, że chór złożony z solistów Wrocław Baroque Ensemble będzie tego wieczoru jedną z największych wartości wykonania. Brzmiał znakomicie. Szczególne wrażenie robiły biegniki w chórach — czyste, lotne, a jednocześnie niesprowadzone do mechanicznej sprawności. Było w nich coś z żywego ruchu światła: przebiegały przez fakturę, ale jej nie rozrywały. Jeszcze ważniejsze było jednak budowanie masy brzmieniowej mimo skromnej liczby śpiewaków. WBE nie próbował udawać wielkiego chóru symfonicznego. Nie chodziło o ilościowe powiększenie dźwięku, lecz o jego zagęszczenie, o umiejętność takiego prowadzenia frazy, aby kilka głosów dawało wrażenie szerokiej, jasnej, niosącej się powierzchni.
Zachwyciła mnie otwierająca aria tenora Macieja Gocmana. Miała w sobie to, co w Händlu bywa najtrudniejsze: prostotę, która nie jest ubóstwem, i ekspresję, która nie potrzebuje nadmiernego nacisku. Gocman potrafił podać frazę z naturalnością, ale bez jej spłaszczenia. Świetna była również Aldona Bartnik, której śpiew wnosił blask, giętkość i szlachetną barwę. W jej partiach szczególnie dobrze słychać było tę cechę całego wykonania, którą nazwałbym plastycyzmem: dźwięk nie był tylko nośnikiem tekstu i rytmu, lecz miał kształt, światło, fakturę.
Osobno trzeba wspomnieć o trąbce. W Mesjaszu trąbka jest czymś więcej niż instrumentem obligato. To znak, symbol, głos eschatologiczny, blask przekraczający zwykłą orkiestrową kolorystykę. W tym wykonaniu była wyśmienita: nośna, świetlista, a jednak nie agresywna. Nie przykrywała całości, tylko otwierała nad nią przestrzeń. Warto przypomnieć, że Kosendiak i WBE mają już za sobą händlowski program z udziałem trębacza Justina Blanda, obejmujący m.in. fragmenty Mesjasza, Zadok the Priest, muzykę z Rodelindy, Nisi Dominus i Dixit Dominus; zapowiedź tego koncertu podkreślała szerokość händlowskiego dorobku i jego barwność, nieograniczoną do garstki najpopularniejszych dzieł. To doświadczenie myślenia o Händlu nie tylko jako autorze jednego oratorium, ale jako twórcy oper, anthemów, muzyki włoskiej i angielskiej, było chyba w tej interpretacji słyszalne.

Gdybym miał jednym słowem opisać smak tego wykonania, powiedziałbym: plastycyzm. Drugim słowem byłaby barwność. Ale bardzo ważne, że ta plastyczność i barwność nie zabijały händlowskiej energii. Händel bywa czasem wykonywany albo zbyt pomnikowo, albo zbyt lekko. W pierwszym wariancie traci nerw teatralny, w drugim — wagę duchową. Kosendiak znalazł równowagę: muzyka miała gest, kolor i oddech, lecz zarazem zachowała retoryczną siłę.
Słuchając chórów, wróciłem myślą do starego sporu melomanów: Händel czy Bach? Kto był większym geniuszem? W takich sporach najczęściej wygrywa Bach. Wygrywa także w moim sercu. Jego myśl polifoniczna, głębia duchowa, metafizyczna dyscyplina i zdolność budowania muzyki jako świata prawie nie mają sobie równych. A jednak tego wieczoru uświadomiłem sobie bardzo mocno, że chóry Händla są całkowicie odrębne. Są światem samym dla siebie.
Ich epicka malarskość, pewna „filmowość”, szeroki gest, dramatyczna oczywistość i blask sprawiają, że słyszę w nich coś, czego nie da się łatwo sprowadzić do tradycji niemieckiej, włoskiej czy angielskiej. Przypominają mi wielkie freski Giovanniego Battisty Tiepola: jasne, ruchliwe, teatralne, pełne obłoków, postaci, światła i gestów. Nie chodzi o powierzchowny efekt. U Tiepola ogromna skala nie wyklucza lekkości, a dekoracyjność nie oznacza braku dramaturgii. Podobnie u Händla: chóry są monumentalne, ale nie ciężkie; obrazowe, ale nie płaskie; teatralne, ale nie puste.
I tu pojawia się ciekawa różnica wobec Bacha. Mimo geniuszu, który nadal stawiam na pierwszym miejscu, chóry Bacha mają wyraźnych krewnych. Oczywiście nikt nie jest Bachem, ale jego język wyrasta z rozległej, niemieckiej kultury chóralnej, chorałowej, kantatowej i motetowej. Można szukać analogii u Johanna Christopha Bacha, Johanna Michaela Bacha, Johanna Ludwiga Bacha, u Kuhnaua, Telemanna, Graupnera, później także u Homiliusa czy w osobny sposób u Zelenki. U tych twórców znajdziemy bliskość retoryki, polifonicznego myślenia, chorałowej konstrukcji, niemieckiej powagi tekstu i duchowego napięcia. Bach przekracza ich wszystkich, ale nie spada z nieba. Jest szczytem górskiego pasma.

Händel ze swoimi chórami sprawia inne wrażenie. Oczywiście również ma swoich poprzedników i konteksty. Nie powstał z niczego. Jego chóralna wyobraźnia wyrasta z angielskiej tradycji anthemów — Purcella, Blowa, Crofta, później także Greene’a — z włoskiego oratorium i kantaty, z rzymskiej świetności Carissimiego i Stradelli, z niemieckiego kontrapunktu, z francuskiej uwertury, z operowej retoryki, z ceremonialności angielskiego dworu. Można wskazać fragmenty Purcella, które mają coś z publicznej świetności Händla; można pokazać antyfony koronacyjne, które przygotowują grunt pod Zadok the Priest; można szukać teatralnej energii w oratoriach włoskich i dramatach muzycznych późnego XVII wieku.
Ale mimo tych krewnych, kiedy brzmią chóry Händla, mam poczucie, że wchodzimy w osobną przestrzeń. Nie jest to tylko angielski anthem powiększony do rozmiarów oratorium. Nie jest to włoska opera przebrana za religijną narrację. Nie jest to niemiecka polifonia uproszczona dla publiczności. Händel łączy te światy w taki sposób, że powstaje coś jedynego: chór jako zbiorowy bohater dramatu, chór jako tłum, Kościół, naród, ludzkość, aniołowie, świadkowie, komentatorzy i uczestnicy zarazem.
Bachowski chór bardzo często modli się, rozważa, komentuje, przechodzi przez teologiczny labirynt. Händlowski chór staje przed nami jak wielka scena. Nie jest mniej duchowy, ale jego duchowość ma inny rodzaj światła. Jest bardziej publiczna, bardziej epicka, bardziej otwarta na gest i obraz. Dlatego w Mesjaszu tak łatwo uwierzyć w ogromny ruch historii zbawienia, nawet jeśli libretto nie prowadzi akcji w operowym sensie. To nie jest dramat postaci, lecz dramat obietnicy, cierpienia, triumfu i przemiany świata.
Kosendiak bardzo dobrze wydobył tę odrębność. Nie próbował „zbachaizować” Händla, nie zagęszczał go nadmierną polifoniczną powagą, nie czynił z niego niemieckiego moralisty. Zarazem nie oddał go pustej efektowności. Chóry miały dyscyplinę, ale też rozmach. Miały precyzję, ale też malarską przestrzeń. Miały lekkość biegników i ciężar kulminacji.
To szczególnie ważne w Hallelujah, które jest tak znane, że łatwo przestaje być słuchane. Stało się kulturowym znakiem radości, prawie cytatem samym z siebie. Tymczasem w dobrym wykonaniu odzyskuje swoją niesamowitość. Nie jest tylko efektownym finałem drugiej części, ale aktem publicznego objawienia. W katedrze wrocławskiej, w interpretacji WBE, nie brzmiało jak obowiązkowy przebój. Brzmiało jak wielka architektura światła.
Warto też podkreślić, że Mesjasz jest dziełem szczególnym w historii recepcji muzyki. NFM w jednej z wcześniejszych zapowiedzi zwracało uwagę na jego ostrą rytmikę, inspiracje muzyką taneczną, sąsiedztwo efektownych fragmentów z kunsztowną polifonią oraz komunikatywny, pełen życia charakter, który do dziś decyduje o popularności utworu. To właśnie słychać było u Kosendiaka: taneczność nie została wygładzona, polifonia nie stała się akademicka, a komunikatywność nie została pomylona z banałem.
Jeśli miałbym szukać zastrzeżeń, byłyby one raczej pytaniami niż zarzutami. Katedra potrafi nagrodzić muzykę aurą, ale potrafi też zmiękczyć szczegół. W niektórych miejscach chciałoby się może jeszcze większej ostrości konturu, jeszcze bardziej kameralnego zbliżenia, jakiego dostarcza sala koncertowa. Ale zarazem to właśnie katedra dała chórom dodatkowy wymiar. W przypadku Händla, kompozytora tak bardzo związanego z publicznym gestem, z monumentalną retoryką i z architekturą brzmienia, ta przestrzeń nie była przypadkowa.
Ten wieczór przypomniał mi również, jak cenny jest Wrocław Baroque Ensemble jako narzędzie Kosendiaka. Zespół powstał w 2012 roku z jego inicjatywy i od początku działa pod jego artystycznym kierownictwem. Przez lata nauczył się języka polskiego baroku, Bacha, muzyki oratoryjnej, liturgicznej i kantatowej. Teraz w Händlu pokazał, że potrafi wejść w zupełnie inną świetlistość: bardziej angielską, bardziej teatralną, bardziej epicką, ale nadal historycznie świadomą i wykonawczo czujną.
Wyszedłem z katedry z poczuciem, że usłyszałem nie tyle kolejnego Mesjasza, ile ważną odpowiedź na pytanie o miejsce Händla w naszym słuchaniu. Bach może pozostać najwyższym szczytem muzycznej metafizyki, ale Händel w chórach jest czymś osobnym: malarzem wielkich duchowych fresków, kompozytorem zbiorowego gestu, mistrzem epickiego światła. Jego chóry nie potrzebują usprawiedliwienia przez porównanie z Bachem. Nie są „mniej głębokie”, bo są bardziej teatralne. Nie są „prostsze”, bo są bardziej komunikatywne. Ich siła leży gdzie indziej: w zdolności tworzenia przestrzeni, w której człowiek słyszy nie tylko głosy, ale całe niebo w ruchu.
A Andrzej Kosendiak ze swoim Wrocław Baroque Ensemble pokazał, że to niebo można zbudować skromnymi środkami — jeśli ma się smak, dyscyplinę, barwę i zaufanie do Händlowskiej energii.




