Bóg a nowoczesność, cz. 2. Powrót Boga

Dwóch, znanych amerykańskich Autorów – John Micklethwaith i Adrian Wooldridge – opowiada jak religia i wierzenia quasi-religijne od ćwierćwiecza w tempie ekspresowym, a od blisko kilku dekad w sposób powolny acz systematyczny, rozkwitają poszerzając swe pole społecznego oddziaływania na różne sfery życia zarówno na ulicach, wśród elit jak i na salonach władzy. Od Rosji po USA, od Europy Środkowej po Indie i Indonezję, od Korei pd. po Amerykę Łacińską jest to widomy znak współczesnych czasów, II dekady XXI wieku. Dawniejsze społeczno-polityczne konflikty – jak np. spór o Palestynę (między Żydami a Arabami) czy między Indiami a Pakistanem (o Kaszmir) stają się konfliktami gdzie  używa się języka i retoryki zaczerpniętych z arsenałów religijnego fundamentalizmu. Bo czym różnią się północno-amerykańscy tele-ewangeliści (jacy zapełniają w olbrzymiej ilości amerykańską przestrzeń publiczną i medialną) od irańskich mułłów i imamów ? Argumentacją, retoryką (choć nie do końca), większymi możliwościami finansowymi i technologicznymi (z racji pozycji Stanów Zjednoczonych na światowym orbisterrarum) ? Przesłanie jest jednakie – Innego trzeba  zniszczyć (nawrócenie też jest zniszczeniem, wdeptaniem w ziemię jednostki, jej dotychczasowych przekonań i ego, wyznawanych do tej pory przez niego wartości i światopoglądu), wchłonąć i zmienić, absorbować i inkulturować (jak to zgrabnie i elegancko ujmował papież Jan Paweł II). Wszystkie religie (i ich funkcjonariusze, ich kler, ich reprezentanci) zachowują się tak samo.

Szacuje się, że królestwo saudyjskie
wydaje trzy do czterech razy tyle
na globalny eksport swojej religii (ze środków
pochodzących ze sprzedaży ropy naftowej) ile
Związek Radziecki wydawał na zagraniczną
propagandę u szczytu zimnej wojny
Alex ALEKSIEV (Center for Security Policy)

     POWRÓT BOGA (CZYLI JAK GLOBALNE OŻYWIENIE WIARY ZMIENIA ŚWIAT) – bo taki tytuł nosi książka o której tu mówimy – jest pozycją wielce znamienną na firmamencie prezentowania tego z czym mamy doczynienia w dzisiejszym świecie; odwrót od sekularyzacji, zaprzepaszczanie dorobku laicyzacji, deprecjacja zdobyczy Oświecenia (czyli oddzielenia sacrum od profanum, eliminacji religii z życia publicznego w imię dobra wspólnego, a sprowadzenia jej do indywidualnych wyborów i introwertyczności co sprzyja transparentności życia zbiorowego), agresja i ataki fundamentalizmów religijnych (wszelakiej maści) itd. Jak racjonalnie i empirycznie można ten fakt sobie wytłumaczyć ? Czyżby nawrót do Średniowiecza był zagadnieniem realnym i namacalnym, a tak postawiona teza spotyka się często ze zdziwieniem i zastrzeżeniami z wielu stron (tym problemem w ramach dyskusji we wrocławskim oddziale PSR-u zajmujemy się od dawna) ?          

     Komercjalizacja i totalne utowarowienie wszystkiego co otacza człowieka dotyczy też religii, wierzeń religijnych, sfery duchowej i mentalnej. Tak się wydaje sprytnym – a tych zawsze nie brakowało w dziejach człowieka – przedsiębiorczym prestidigitatorom indywidualnego biznesu (tu – biznesu religijnego, żerującym na wierze naiwnych jednostek). Poszczególne religie i ich instytucjonalne fantomy doskonale na tym globalnym rynku – idei, pomysłów, koncepcji człowieka,  esencji post-modernizmu (jak nazywa się współczesność) – funkcjonują, powiększając swe konta i zasoby finansowe. To doskonały – w czasach kryzysu ekonomiczno-gospodarczego – sposób na funkcjonowanie i zarabianie pieniędzy. Książka dwóch Amerykanów pokazuje ten wymiar w kapitalny sposób.

     Wg Mickelthwaitha i Wooldridge’a w dzisiejszej rzeczywistości świata XXI wieku można wyróżnić dwa centra – jakże różne formalnie ale w istocie niewiele odbiegające od siebie (w zakresie zadań, istoty czy przedmiotu komercyjnej działalności) – religijnego biznesu, religijnej ofensywy (często w wersjach pospolitego religianctwa i fundamentalizmu). Oczywiście Autorzy tak sprawy nie stawiają, ale uważny i zorientowany Czytelnik łatwo wychwyci sens oraz analogie prezentowanej tematyki. Chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki Północnej i Arabię Saudyjską.

    Ameryka jest zdaniem Autorów przykładem gdzie nowoczesność (a przede wszystkim sposób gospodarowania)  – czyli zasady neo-liberalizmu (związane historycznie z reaganomiką i thacheryzmem) – łączą się jasno z manifestacyjną, purytańską i dawno przebrzmiałą (wg Europejczyków) pobożnością. Religijność obecna manifestacyjnie w przestrzeni publicznej jest na Zachodzie Europy czymś przebrzmiałym, nienowoczesnym,  symbolizującym minione odległe czasy – z różnych względów,  przede wszystkim historyczno-społecznych, bowiem w dziejach Europy starć, krwawych wojen, pogromów i ludobójstwa z tytułu różnic religijnych było co niemiara. Popłynęło z tych względów wiele krwi, nastąpiło wiele dramatów i traumatycznych (rzutujących na dekady) wydarzeń. To USA są największym sponsorem chrześcijańskiego – różnej maści i denominacji – misjonarstwa. To USA są centrum i sponsorem misji kierowanych na cały świat (zwłaszcza chodzi tu o denominacje protestanckie lub zbliżone do protestantyzmu: zielonoświątkowcy, mormoni czy Świadkowie Jehowy). To w USA religijna agitacja i handel gadżetami związanymi z wierzeniami religijnymi osiągnęły gigantyczne rozmiary i są kolosalnym sposobem do pomnażania pieniędzy. To USA w związku z rozwojem technologii i nowych środków komunikacji są głównym eksporterem i propagatorem tego typu religijności: telewizja, Internet, iPhony i iPody, tablety, portale społecznościowe czy tematyczne (religijne), gigantyczne parki rozrywki o tematyce biblijnej, masowy druk Biblii (w różnych językach i o różnych formach przeznaczonych dla różnorodnego odbiorcy – czyli normalny, jak nazywają ten rodzaj handlu Autorzy książki – religijny bussines).

    Poboczną egzemplifikacją takiego stanu rzeczy, niesłychanie agresywnego i ofensywnego w swym wymiarze, jest poczucie (zwłaszcza w społecznościach tradycjonalistycznych, konserwatywnych, postkolonialnych – czyli uczulonych na kulturowy imperializm cywilizacji białego człowieka) westernizacji utożsamionej z amerykanizacją.  Budzi to gniew, poczucie wynarodowienia i opresyjności ze strony Ameryki, co z kolei w ortodoksyjnych środowiskach islamistycznych (czy prawosławnych) jest jednym z motorów napędzających anty-zachodnie, anty-modernistyczne i  anty-nowoczesne tendencje (w skrajnych przypadkach prowadzi to do terroryzmu i zamachów na symbole – bo to walka przede wszystkim w  przestrzeni symboliczno-mitycznej).  

    Arabia Saudyjska jest w tym wypadku podobna do USA. Petrodolary dały królestwu Saudów, wyznającemu i preferującemu najjaskrawiej fundamentalistyczną wersję sunnizmu (tzw. wahhabityzm) niesłychaną broń do ręki. Saudowie są głównym sponsorem islamu na świecie  – właśnie o profilu fundamentalistyczno-purytańskim, w  wersji politycznej zwanej islamizmem. To tu, w Mekce i Medynie oraz Dżiddzie i Rijadzie znajdują się największe drukarnie produkujące i eksportujące w świat Koran, święta księgę islamu. Jednak w przeciwieństwie do Ameryki szerzenie islamu (a w zasadzie – islamizmu, w  wersji wahhabickiej, bo do tego ten proceder się sprowadza) jest non-profi. To prawdziwy sponsoring, na który idzie spora część dochodów z ropy naftowej uzyskiwanych przez Rijad. Sponsorowana jest nie tylko dystrybucja Koranu, ale dofinansowuje się wszelkiego rodzaju fundacje islamistyczne (o określonym profilu), wspomaga medresy i szkoły religijne, eksportuje do wszystkich krajów gdzie znajdują się mniejszości muzułmańskie odpowiednio przygotowanych duchownych itd.    

     W tym właśnie Autorzy upatrują podobieństwo Arabii Saudyjskiej do USA, w przedmiocie powrotu boga (obojętnie o jakim obliczu i jakiej nazwie) do światowej narracji publicznej.

     Lwią część książki zajmują – ze zrozumiałych względów – rozważania nad rywalizacją (przyjmująca formę wojny, zwanej niesłusznie często wojną z terroryzmem) miedzy islamem  a chrześcijaństwem. W brawurowy sposób Wooldridge i Micklethwait pokazują finansową stronę tej rywalizacji, formy oraz polityczne zyski, jakie pozwalają obu stronom konfliktu/rywalizacji kontynuować te zapasy. Z jednej strony chodzi o zyski finansowe, czyli zysk będący naczelną ideą gospodarki rynkowej (w neoliberalnym porządku jest to zasadniczy cel wszelkiej działalności człowieka), z drugiej – o idee, religijność (czy – religianctwo), tradycjonalizm i obronę konserwatywnie pojmowanych tzw. wartości. Religia jest przecież nośnikiem określonych idei, różniących się tylko (w zależności od tzw. ducha epoki) interpretacjami, objaśnieniami, egzegezą. Na to warto zwracać uwagę zgłębiając materię tekstu Wooldridge’a / Micklethwaita. To uniwersalne potwierdzenie społecznej genezy każdej religii, jak również ewolucyjności wszelkich idei immanentnych człowiekowi.

     Kontrowersyjnym fragmentem jest aksjologiczny – częsty jest bowiem styl mentorski i imperialny zawarty w większości amerykańskich opracowań porównawczych odniesionych do Stanów Zjednoczone wobec reszty świata – charakter zestawiający plusy i minusy Biblii i Koranu (zwłaszcza w kontekście przystosowania do nowoczesności, nowoczesności kojarzonej oczywiście bez względnie z Ameryką, amerykańskim stylem życia i tzw. amerykanizacją). Tu widać – może niezamierzoną ale jawną i noszącą znamiona pychy czy megalomanii – wyraźnie te elementy powodujące starcie islamu z amerykańska wersją chrześcijaństwa (religii ofensywnej, niosącej sobą cywilizację i wartości białegoczłowieka czyli nowy, w XXI-wiecznych warunkach zaprowadzany, kolonializm, imperializm kulturowy czyli – formy zniewolenia innych niźli euro-atlantyckie społeczności).

     Autorzy wzbogacają swój materiał sporą ilością danych liczbowych, nazewnictwem różnego rodzaju fundacji zajmujących się krzewieniem wierzeń religijnych zarówno w ramach chrześcijaństwa jak i islamu. Podają też niezliczoną liczbę nazwisk agresywnych fundamentalistów, tele-ewangelistów (to w USA) czy mułłów (to w światowym islamie, a w zasadzie – hołdującym islamizmowi duchownym muzułmańskim)  –  bo głównie oni dają wyraz temu powrotowi Boga do przestrzeni publicznej po obu stronach barykad wiary i tradycji religijnej. Tradycji niebezpiecznej, opresyjnej, nietolerancyjnej i agresywnej w swoim wymiarze.     

     Dlatego właśnie zachęcać wypada solennie do sięgnięcia po tę pozycję. W kraju takim jak Polska jest to ABC racjonalnego podejścia do współczesnego zachwytu religią i tzw. przemysłem religijnym (jaki święci niebywałe sukcesy w dzisiejszym świecie).Tu nad Wisłą, Odrą i Bugiem – także. Co wyraźnie widać, słychać i czuć.       

John Micklethwait, Adrian Wooldridge, POWRÓT BOGA (jak globalne ożywienie wiary zmienia świat),Wydawnictwo ZYSK I S-KA, Poznań 2011, ss. 464, z języka angielskiego tłumaczyła Justyna Grzegorczyk

Radosław Czarnecki
O autorze wpisu:

Doktor religioznawstwa. Publikował m.in. w "Przeglądzie Religioznawczym", "Res Humanie", "Dziś", "Racjonalista.pl". Na na koncie ponad 300 publikacji. Wykształcenie - przyroda/geografia, filozofia/religioznawstwo, studium podyplomowe z etyki i religioznawstwa. Wieloletni członek Polskiego Towarzystwa Religioznawczego i Towarzystwa Kultury Świeckiej. Sympatyk i stały współpracownik Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. Mieszka we Wrocławiu.

One Reply to “Bóg a nowoczesność, cz. 2. Powrót Boga”

  1. USA są bardzo postępowym krajem: Seattle, NY LA są ateistyczne, a to ze w kraju jest czarna dziura od arizony do Tennessee to inna sprawa. Na pozycję USA pracują wybrzeża, oraz Chicago, reszta to ultrareligijny balast, ale ten kraj może sobie na to pozwolić. Myślę, że nie ma tak naprawdę rozwitu religijności lecz polaryzacja; połowa idzie za cąłkowitą sekularyzacja, połowa za wzmozonym ciemnogrodem od kołyski po grób.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *