Dawno już minęły czasy, gdy ludzie, dowiedziawszy się, że Louis Mareau Gottschalk jest kompozytorem z Północnej Ameryki krzyczeli ze zdumieniem: „An American composer, bon Dieu!”. Minął niecały wiek i centrum kultury Zachodu przesunęło się w dużym stopniu z Paryża i Londynu do Nowego Jorku. Jednak, to, co było ewidentne w przypadku  malarstwa, architektury i literatury, nadal nie jest tak oczywiste w odniesieniu do muzyki. Nadal trwa moda na znęcanie się nad amerykańskim minimalizmem muzycznym wśród europejskich krytyków, choć moim zdaniem twórczość Glassa czy Adamsa nie jest wcale gorsza od twórczości Pärta czy Johna Tavenera. Jednak ci sami krytycy nie cenią azjatyckich inspiracji Glassa i cenią neośredniowieczną duchowość Pärta.

 

Dlatego tym bardziej warto było pójść na koncert amerykański w NFM, jaki odbył się 12 kwietnia. Piękne wrażenia zapewniła nam Orkiestra Leopoldinum prowadzona przez jak zwykle znakomitego Josepha Swensena, znanego skrzypka, kompozytora i dyrygenta – szefa artystycznego Leopoldinum. Oprócz orkiestry i dyrygenta na scenie pojawili się liczni jak na jeden koncert soliści.

 

Najpierw grający na rożku angielskim Sebastian Aleksandrowicz i grający na trąbce Krzysztof Bednarczyk przedstawili nam arcydzieło Aarona Coplanda Quiet City. Kompozytor swoją muzykę napisał do sztuki Irwina Shawa,  obrazującej rozterki poety pochodzenia żydowskiego, który na rzecz atrakcyjnej pracy porzuca swoją sztukę i żydowskie korzenie. Jednak Copland ukazał w swoim arcydziele przede wszystkim człowieka zagubionego w przepastnym, amerykańskim pejzażu, w którym powoli budzi się odwaga i samoświadomość. Język muzyczny Coplanda jest w tym dziele wyjątkowo szlachetny. Poszczególne głosy i tematy są przejrzyste jak szkliste powietrze prerii, zaś piękne melodie wypełniają pustkę i przekształcają się jak wiatr unoszący piaski, powoli i majestatycznie. Z tła wyłania się co jakiś czas przepiękna solowa partia trąbki wspierana czasem i zwodzona na manowce przez cienisty głos rożku angielskiego. Trudno o utwór bardziej amerykański w swoim charakterze (przemysł filmowy czerpał z Coplanda całymi garściami) i bardziej udany w sugestywnym, ale i swobodnym rozwoju formy. Orkiestra Leopoldinum wraz z solistami przedstawiła nam świetną interpretację tego dzieła. Grali czysto, z mocą, pięknie kreując narastające łuki napięcia, konfliktu i zgody podmiotu lirycznego na świat.

 

Kolejne dzieło było równie piękne, choć w innym stylu. John Adams jest uznawany za jednego z czołowych amerykańskich minimalistów, jednakże jest też najmniej ortodoksyjny w swoim minimalizmie. Potrafi on wydobyć z prostej koncepcji całe neoromantyczne czy też neoekspresjonistyczne freski. Nie liczy się najwyraźniej z modami czy z nurtami, jako osobnik wyrastający z dość głębokiej jak na USA prowincji. Jego Shaker Loops to studium ciał unoszących się w wodzie i na wodzie, obraz przepływu, zyskiwania i zatracania granic obszarów zalewanych przez fale. Instrumentacja Adamsa jest w tym utworze wręcz magiczna. Słuchając tego utworu możemy się poczuć, jakbyśmy sami wpadli do wody. Ta muzyka jest niemal namacalnie mokra, do tego pojawiają się w niej elementy tajemnicze, niespotykane nigdzie indziej współbrzmienia, wysmakowane glissanda. Wiadomo, że każda muzyka traci stając się tylko nagraniem. Ale to dzieło Adamsa traci chyba szczególnie wiele, gdyż aura dźwiękowa jest tu naprawdę bardzo wysmakowana. To wielkie wyzwanie dla muzyków Orkiestra Leopoldinum podjęła ze swobodą i przedstawiła nam doskonałą interpretację.

 

 

Po przerwie nadszedł czas na Samuela Barbera. Twórcę, który stworzył swój własny muzyczny świat, długo uważany za skrajnie zacofany, gdyż w jakimś sensie czysto romantyczny a nawet nie neoromantyczny. Być może Barber to w jakimś sensie taki amerykański odpowiednik Sibeliusa. Jednak w Dover Beach op. 3  Barbera odnajdziemy też silny ekspresjonizm, rzadki w późniejszych dziełach kompozytora. Oryginalnie  pieśń Dover Beach przeznaczona była na baryton z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego. Jednak Barber często poszerzał swoje muzyczne idee, tworząc nowe ich wersje, kameralne, orkiestrowe, na chór etc. Pieśń wyraża wiersz autorstwa Matthew Arnolda przedstawiający krajobraz wybrzeża w Dover w sposób wysoce symboliczny i metaforyczny. Również w muzyce usłyszymy dalekie echa impresjonizmu francuskiego i angielskiego (niektóre dzieła Vaughana Williamsa czy Deliusa), który to impresjonizm nierozerwalnie wiązał się z pewnym rodzajem symbolizmu.

 

Tu zresztą możecie przeczytać fragment utworu po angielsku:

 

The Sea of Faith

Was once, too, at the full, and round earth`s shore

Lay like the folds of a bright girdle furl`d.

But now I only hear

Its melancholy, long, withdrawing roar,

Retreating, to the breath

Of the night-wind, down the vast edges drear

And naked shingles of the world.

 

Dover Beach zaśpiewał baryton Łukasz Klimczak, zachowując pełnię głosu w całej skali i z dużą wrażliwością interpretując śpiewany tekst. Okazał się dobrym partnerem dla świetnie grającego zespołu.

 

Na koniec mieliśmy w końcu Leonarda Bernsteina, którego rocznica jest powodem dla większego zainteresowania na całym świecie muzyką nie tylko jego autorstwa, ale i innych amerykańskich kompozytorów. Jego utwór Serenada został zainspirowany Ucztą Platona i ostatecznie stał się swego rodzaju koncertem skrzypcowym o nieregularnej strukturze (wiele części, epizodów nawiązujących do poszczególnych bohaterów uczty).

 

Choć wciąż mam pewne wątpliwości co do skrajnie eklektycznego języka kompozytorskiego Bernsteina, gdzie obok ortodoksyjnego neoklasycyzmu a la francaise odnajdujemy elementy muzyki popularnej i – oczywiście – inspiracje muzyką innych amerykańskich twórców, to to wykonanie sprawiło, że słuchało mi się Serenady naprawdę dobrze. Orkiestra Leopoldinum znakomicie poradziła sobie z bogatą w zwroty akcji i wszelkie orkiestrowe efekty partyturą, zaś młody izraelski skrzypek Itamar Zorman był po prostu rewelacyjny. Dawno nie słyszałem tak pięknego, pełnego skrzypcowego legato. Na bis Zorman zagrał w sposób magiczny melodię żydowską, zaś głęboka cisza na widowni pokazywała, że udało mu się oczarować nawet najbardziej gruboskórnych gruźlików.

 

Orkiestra Leopoldinum po raz kolejny zapewniła nam rewelacyjny muzyczny wieczór, który długo jeszcze będziemy wspominać i który z pewnością popchnął o kilka kroków do przodu naszą muzyczną wrażliwość.