W piątkowy wieczór (23.01.2026) Andrzej Kosendiak i Wrocław Baroque Ensemble uraczyli nas monograficznym koncertem Handlowskim. Bardzo się ucieszyłem. Wydaje mi się, że szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy playlisty generowane automatycznie na streamingach takich jak Tidal czy Spotify potrafią zrobić z każdej muzyki jakiś plastikowy „flow” koncerty monograficzne tym bardziej nabierają sensu. Do tego dodajmy jeszcze, że wielu młodych kupuje archaiczne i w sumie gorzej brzmiące płyty analogowe tylko po to, aby wysłuchać danego albumu od A do Z, a nie tylko jednego utworu.
Dlatego też i w koncertach Wrocławskich Filharmoników przydałoby się więcej wieczorów poświęconych tylko Mozartowi, Beethovenowi czy na przykład Brucknerowi. Koncerty złożone z twórczości różnych kompozytorów, czasami prawie (lub wcale) nie powiązanej ze sobą epoką czy stylistyką, w dobie playlist na streamach tracą swój sens.
Ale piszę tu tylko o podstawowej formie koncertu, tym czasem jego bohaterem był Georg Friedrich Händel i jego twórczość. Koncert poprzedzał wykład Zbigniewa Pilcha „Muzyka i kolacja na cztery ręce”. Było to zapewne nawiązanie do słynnej sztuki autorstwa niemieckiego pisarza i muzykologa Paula Barza, w której dochodzi do fikcyjnego spotkania Handla z Janem Sebastianem Bachem i ich długiej, wciągającej i błyskotliwej rozmowy. Pojawia się ty kontrast między rozrywanym przez różnie niemuzyczne czynniki światowcem a zepchniętym na margines prowincjuszem, który jednak zyskuje w ten sposób spokój twórczy i odnosi muzyczne zwycięstwo. To już dość stara debata na temat tego kto lepszy, Handel czy Bach? Oczywiście w sztuce Barza mamy wiele uproszczeń. Bach nie był wcale prowincjuszem, stanowisko kantora lipskiego było niezwykle prestiżowe, zaś Jan Sebastian stał się przecież kompozytorem nadwornym zarówno króla Polski i Saksonii, jak i króla Prus. Po prostu nie pisał oper, które wtedy były najbardziej głośne i popularne, choć jak zauważa choćby Gardiner w swojej znakomitej „Muzyce w Zamku Niebios” uniknąwszy sztampy późnobarokowych oper Bach osiągnął zupełnie ponadczasowy dramatyzm w swojej muzyce oratoryjnej.
Kto zatem był lepszy? Handel czy Bach? Publiczność NFM zdecydowanie opowiedziała się za tym pierwszym. O ile koncerty monograficzne Kosendiaka odbywają się przy odwróconej widowni, gdzie większość miejsc na Sali Głównej NFM pozostaje pusta i widzowie siedzą po prostu niedaleko muzyków na scenie i na miejscach chóru, o tyle Handlowski koncert odbył się przy normalnym układzie Sali Głównej, która była wypełniona w jakichś 80%, tak na oko. Monograficzny Handel przyciągnął ze trzy razy więcej melomanów i przypadkowych uczestników (to ci co gadają i klaszczą bez sensu) niż monograficzny Bach. To ciekawe, bo ja chyba nigdy nie spotkałem melomana, który stwierdziłby jednoznacznie, iż Handel jest lepszy. Już samo zrównywanie obu twórców bywa dla osób zakochanych w wielkości Jana Sebastiana szokujące.
Ja też od dawna występowałem w obozie „Bachowców”. Jednak muszę zauważyć, że nowatorstwo Handla często nie jest zauważane. Tymczasem o ile Bach był uniwersalny, ale też stanowczo późnobarokowy, o tyle Handel śmiało wkraczał w nowe epoki sztuki i kultury. Dostrzegamy u niego na przykład śmiałość w używaniu pustych płaszczyzn, niemal minimalistyczny konstruktywizm powleczony barokową dekoracją, która traci sens konstrukcyjny, tak istotny u Bacha. To samo dzieje się w XVIII stuleciu ze sztukami plastycznymi i architekturą i tak powstaje w sztuce klasycyzm. Nic zatem dziwnego, że zarówno Beethoven jak i Mozart przejęli się na serio oratoriami Handla. Musieli dostrzec w nich zrąb swojego muzycznego świata. Co ciekawe, pod tym kontem najbardziej pokrewny Handlowi nie jest żaden Włoch (choć Handel miał przecież silny związek z Italią) ani żaden Niemiec, ale wielki francuski kompozytor Jean – Phillipe Rameau. On również wykuwał epokę klasycyzmu poprzez konstrukcyjną śmiałość i puste, konstruktywistyczne płaszczyzny. Ten prerewolucyjny, quasi – francuski element muzyki Handla stał się mocny w jego dziełach głównie po przyjeździe do Anglii, gdzie Handel przestudiował uważnie dzieła swoich wyspiarskich poprzedników. Sądzę, że to właśnie u nich, a nie bezpośrednio we Francji, odnalazł tę francuskość.
Na koncercie we Wrocławiu Andrzej Kosendiak i Wrocław Baroque Ensemble przedstawili następujący program:
Sinfonia z oratorium Mesjasz HWV 56
Nisi Dominus HWV 238
Uwertura do opery Rodelinda HWV 19
Zadok the Priest HWV 258 *
***
Suita D-dur na trąbkę, smyczki i b.c. HWV 341
Dixit Dominus HWV 232
W Zadoku zespół wsparli członkowie Chóru NFM, zaś trzecim bohaterem koncertu był trębacz Justin Bland, który już od jakiegoś czasu zachwyca nas w koncertach Wrocław Baroque Ensemble. Tym razem miał szczególną okazję, aby się popisać, gdyż instrumentalną częścią koncertu była Suita D-dur. Usłyszeliśmy wspaniałą, niezachwianą emisję, subtelny, starannie cyzelowany dźwięk, bogate barokowe zdobnictwo, wirtuozerię i swobodę. Trąbka u Handla jak i u Bacha bywa ogromnie ważna, czasem nawet najbardziej legendarne grupy barokowców mają problem z włączeniem do siebie naprawdę wybitnych trębaczy. Miło wiedzieć, że Wrocław Baroque Ensemble ma pod swoimi skrzydłami tak znakomitego wirtuoza dbającego o to, aby barok lśnił i był złoty, a nie gdakał jak ubabrany w błocie kogut.

Muszę się w pełni zgodzić z recenzją z The Boston Globe, którą przytacza na swojej własnej stronie utalentowany trębacz:
„Rzadko można usłyszeć idealne „The Trumpet Shall Sound” na trąbce barokowej. Justin Bland dał radę.”
„…Ale asem w rękawie tego występu był trębacz Justin Bland, Amerykanin mieszkający w Kopenhadze, który szybko zyskał reputację wykonawcy trudnego repertuaru instrumentów dętych blaszanych na słynnej, kapryśnej trąbce barokowej. W przypadku każdego instrumentu z epoki, jakim jest „Mesjasz”, niemal przesądzone jest, że waltornia w „The Trumpet Shall Sound” przekręci nutę lub pięć, ale jej głównym zadaniem jest wsparcie śpiewaka, a wszelkie drobne błędy można przymknąć oko.
W niedzielę tak nie było. Bland był niemal niemożliwie perfekcyjny, a brzmienie trąbki barokowej lśniło jak białe złoto. Zachowywał doskonałą kontrolę nad dynamiką i frazowaniem, wspinając się na wyżyny solówki, a śpiew Blumberga brzmiał jak wsparcie dla instrumentu, a nie odwrotnie. Kiedy pod koniec arii rozległy się brawa, Blumberg łaskawie obrócił się w stronę Blanda, odwracając się plecami do publiczności, aby trębacz mógł odebrać te zasłużone pochwały.”
Z tego, co mogłem zrozumieć z biografii artysty, jest on Afroamerykaninem żyjącym obecnie w Danii, choć nadal często występującym w USA. Śpiewa też kontratenorem, zaś grą na trąbce zachwycił jeszcze przed formalnymi studiami. To słychać, Bland jest urodzonym talentem, jego podejście do trąbki jest swobodne, pozbawione barier jakie stawia większości muzyków ten trudny instrument. Jednocześnie jego gra jest stylowa, wręcz pogłębiająca świat barokowego zdobnictwa muzycznego. Nie ma tu ech jazzu jak u Marsalisa i całe szczęście.
Ale nie tylko Bland mnie zachwycił. Oboiści w wielu utworach pełnili całkiem ważną rolę i grali jak natchnieni. To nie było tylko bezbłędne granie, ale porywające interpretacje. Sekcja smyczków z Pilchem na czele była miękka, świetlista, cudownie koncertująca. Samo jej brzmienie przenosiło nas do prawdziwej Arkadii. Basso continuo zawsze jest we Wrocław Baroque Ensemble wyśmienite, ale i tak dalej się rozwija. Tak dobrego b.c. dawno już nie słyszałem, ani na koncercie, ani na płytach. To prawdziwe mistrzostwo!

Śpiewacy byli znakomici, jak i koncepcje Maestro Kosendiaka. Momentami było bardzo kameralnie, zaś z chóru wydobyte były raczej głosy solowe, na podobieństwo jakichś późnych madrygałów. Było to szczególnie słyszalne w chórze otwierającym Nisi Dominus HWV 238. Tu niektórym osobom mogło zabraknąć pewnego monumentalizmu, ale cóż, taka koncepcja… W słynnym, koronacyjnym Zadoku chór złożony z solistów WBE, którzy wydali znakomicie w solowych ariach, uzupełnili członkowie Chóru NFM, aby utwór zyskał znacznie potężniejsze brzmienie. Tym niemniej Andrzej Kosendiak spojrzał na Handla ze swojej perspektywy, tak mocno zanurzonej w muzyce polskiej XVII wieku czy w utworach Bacha. I było to fascynujące, choć nie zawsze oczywiste spojrzenie, przygotowane w doskonały, perfekcyjny sposób.
Chciałbym usłyszeć tego nowego, nieco innego Handla na licznych płytach. Byłby to niezwykle ciekawy, piękny głos w krainie Il Caro Sassone, dla jednych będący źródłem natychmiastowego zachwytu i innych wzbudzający stylistyczny szok i materiał do pewnych sprzeciwów. Myślę, że włoskie dzieła Handla w tym bardziej kameralnym, zwłaszcza wokalnie stylu, byłyby szczególnie ciekawe…




