Nie za często nadaję moją recenzjom ten sam tytuł, które nosiły opisywanie przeze mnie koncerty w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, lecz tym razem tajemniczo brzmiące brzmienie „Aheym” zachęciło mnie do tego. Jak się wkrótce dowiemy, jest to utwór na czasie, bardzo dziś aktualny.
Jednak, zanim przejdę do tytułowego Aheym, przedstawię program koncertu:
E. Elgar Serenada na orkiestrę smyczkową op. 20
J. Haydn Koncert skrzypcowy C-dur Hob. VIIa:1
***
I. Strawiński Concerto in D
B. Dessner Aheym
Wykonawcami byli:
Karolina Podorska – skrzypce, prowadzenie
Jacques Forestier – skrzypce (partia solowa w koncercie Haydna)
Aleksandra Rupocińska – klawesyn
NFM Orkiestra Leopoldinum
Edwarda Elgara napisał serenadę na trzecią rocznicę ślubu z Alice Elgar. Jest to wczesne dzieło brytyjskiego romantyka, pochodzące z 1892 roku. A więc dla mnie, wielkiego admiratora romantycznej muzyki brytyjskiej, utwór niezmiernie ciekawy. Jaki był Elgar w czasie wiosny swojej twórczości? To bardzo trudne pytanie. Ciągle mam wrażenie, że w każdym utworze mamy do czynienia z twórcą dojrzałym, który niewiele się zmieniał, choć świat wokół niego wirował w zawrotnym tempie. Kompozytor zmarł w lutym 1934 roku. Wtedy Imperium Brytyjskie było jeszcze większe niż w epoce wiktoriańskiej, a jednak widać już było oznaki jego rozpadu, które przyspieszyła w sposób lawinowy II Wojna światowa. Tymczasem muzyka Elgara była wyrazicielką samego jądra globalnej brytyjskości, podobnie jak twórczość literacka Kiplinga. I to mimo tego, że Elgar nie był zanadto orientalistą, czy nawet ezoterykiem innych kultur, jak choćby zapatrzony w Indie Gustav Holst (ale znajdziemy też japońskie impresje Holsta). Jednak być może dlatego właśnie świat muzyczny Elgara lepiej oddaje klimat serca Imperium niż muzyka Holsta, bowiem przesadą było by twierdzenie, że przeciętny londyńczyk czy oksfordczyk zaczytywał się w Sawitri, wedach czy arabskich poezjach. To wszystko było jednak na marginesie, zaś w centrum panował nastrój solidności, tak dobrze wyrażony przez bohaterów Conana Doyle’a w jego sławnych opowieściach detektywistycznych.
I taka właśnie jest, przynajmniej dla mnie, muzyka Elgara. Dostrzegająca złożoność świata, chętna dla jego bogactwa, a jednocześnie na swój sposób refleksyjna, wręcz medytacyjna. To jak spacer po parku krajobrazowym, z których to założeń tak słynie dawny Albion. Spacer może zbyt spokojny, ale czy spokój nie oznacza właśnie przestrzeni do rozmyślań? Myślę, że Karolina Podorska odpowiada w dużej mierze za świetną kondycję NFM Orkiestry Leopoldinum ostatnimi czasy. Tak też było tym razem. Mogłem więc w ogrodach Elgara medytować nad jego twórczą młodością. Czy był inny, niż w późnych dziełach? W jakimś sensie był nieco bardziej kontynentalny, ale nadal ciężko znaleźć w jego muzyce silne nawiązania do Brahmsa czy Wagnera. To sama esencja późnego romantyzmu, gęstego, nieco akademickiego, stanowiącego jedno z ciekawszych wyzwań dla muzycznej wyobraźni słuchacz, dodam, że wyzwanie wyjątkowo wdzięczne i rozwijające nas, jeśli zdołamy tylko dostosować nasz wewnętrzny czas do czasu kompozytora.

Józef Haydn też z pozoru nie był rewolucjonistą, choć jego cierpliwa praca poparta geniuszem doprowadziła do ostatecznego kształtu muzyki doby klasycyzmu. Mimo to również u Haydna muzyka buduje światy spokojne i dojrzałe, osadzone na mocnych fundamentach. Haydn nie chce, abyśmy nagle osuwali się po uskokach muzycznej pustki, po bezdennych otchłaniach tej czy innej tragedii. Choć lubi zaskakiwać, lubi mrugać do słuchacz, lubi go bawić w bardzo intelektualny sposób. Jednak Koncert skrzypcowy C-dur Hob. VIIa:1 nie jest „dziełem niespodzianką”. To solidny koncert skrzypcowy, gdzie nikt nie szuka mocnych wrażeń. Mamy piękne tematy i ich wysmakowane, kunsztowne przetworzenia. Jest też trochę barokowych duchów w tym wszystkich, co zarówno u Haydna jak i u Mozarta jest po prostu urocze. Ot, takie ukłony w stronę poprzedniej, równie wspaniałej muzycznie epoki.
Oczywiście do koncertu skrzypcowego potrzebny był skrzypek. Gdy w roku 2024 ogłoszono wyniki 12. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Josepha Joachima w Hanowerze, świat muzyczny odnotował nie lada sensację. Pierwszą nagrodę, w wysokości 30 000 euro, przyznano ex aequo — a jednym z dwóch triumfatorów okazał się zaledwie dziewiętnastoletni artysta z Kanady, Jacques Forestier. Za sobą miał niezwykle wymagający, siedemnastodniowy maraton pięciu konkursowych etapów, wypełniony wirtuozowskim repertuarem od Mozarta i Bacha, przez Bartóka, aż po Dvořáka. Dla młodego skrzypka był to moment, który sam nazwał „największym zaszczytem w życiu”. Wkrótce wydał swoją pierwszą płytę dla Warnera.
Jacques Forestier urodził się 11 października 2004 roku w Edmonton w rodzinie muzyków. Naukę gry na skrzypcach rozpoczął w wieku zaledwie dwóch lat pod okiem swojej matki, Marie Forestier, aby z czasem rozwinąć swój warsztat pod kierunkiem Billa Van der Sloota w Mount Royal Conservatory of Music w Calgary. Jego edukacja od początku miała jednak charakter eklektyczny i niezwykle starannie zaplanowany. Kształcił się w przesiąkniętym kameralną, letnią atmosferą obozie Fiddleworks na wyspie Saltspring, gdzie poznawał różne style muzyczne i doskonalił się w improwizacji. Latem intensywnie pracował w legendarnej szkole Meadowmount w Nowym Jorku, a później wielokrotnie powracał do prestiżowego Perlman Music Program, gdzie jego mistrzami byli sam Itzhak Perlman, Li Lin i Catherine Cho.
Od roku 2022 Jacques Forestier jest studentem Curtis Institute of Music w Filadelfii, jednej z najbardziej elitarnej uczelni muzycznych świata, gdzie podwójną opiekę nad jego talentem sprawują mistrzowie Shmuel Ashkenasi i Pamela Frank, a on sam uhonorowany został prestiżowym stypendium Thomasa D. Watkinsa. Niczym współczesny żak, który przemierza świat w poszukiwaniu wiedzy i inspiracji, Forestier wchłonął w swoją grę zarówno klasyczną doskonałość szkoły niemieckiej, jak i gorącą emocjonalność stylu rosyjskiego czy amerykańską swobodę kameralnego muzykowania. Forestier okazuje się prawdziwym, refleksyjnym intelektualistą dźwięku. W jednym z wywiadów, gdy zapytano go o wizję otwarcia I Koncertu skrzypcowego Sibeliusa, nie podał suchej analizy formalnej, lecz uchwycił głęboką, mistyczną poetykę utworu. Wyobraził je sobie jako „rozległy, lodowaty krajobraz”, a o wejściu skrzypiec mówił, że jest niczym „ciepła, oświetlona chata w oddali”.
Najbardziej jednak zagadkowym i fascynującym rysem jego artystycznej sylwetki jest sposób, w jaki postrzega on swoją rolę wobec wykonywanych dzieł. Zapytany o to, co czyni go unikalnym jako muzyka, Forestier nie odpowiedział banalnie o wirtuozerii czy charyzmie scenicznej, lecz nakreślił niemal etyczny kodeks: „Zawsze jak najlepiej potrafię, staram się oddawać cześć kompozytorowi, próbując całkowicie rozszyfrować to, co widzę w partyturze, i nadając każdemu elementowi muzyki jakiś cel, oparty na tych odkryciach”. Nie jest to więc popisowy wirtuoz, dla którego skrzypce są jedynie narzędziem do pokazania własnego ja.
Kiedy tylko Forestier „załatwi wszystko, co musi zrobić w tygodniu”, jego pasją staje się jedzenie. „Owoce morza, steki, sushi, kuchnia grecka, dobre włoskie jedzenie” — wylicza z pasją smakosza, podobną do tej, z jaką frazuje pasaże Paganiniego. Gdyby nie został muzykiem, bez wahania zostałby krytykiem kulinarnym. Haydn to nie Rossini, który zajął się na serio sztuką kulinarną, ale jednak radość codziennych rzeczy, takich jak choćby dobre jedzenie, niezwykle pasuje mi do wykonywania muzyki Haydna. Poza miłością do dobrego jedzenia kanadyjski skrzypek ma też bardziej muzyczny powód do radości, gdyż używa Guarneriego del Gesù wypożyczonego z Fritz Behrens Foundation.
Gdy usłyszałem partię skrzypcową Haydna w rękach Forestiera zdziwiłem się. Dźwięk skrzypiec był plastyczny i dość gęsty, a jednak niezwykle jasny. Zwykle takiej jasności sprzyja dźwięk graficzny, mocno zarysowany jak ostrze noża, tu jednak był charakterystyczny dla ciemnego grania plastycyzm. Tyle, że granie nie było ciemne. To w ogóle niesamowite, ile różnorodnych dźwiękowych kaligrafii jest możliwych za pomocą skrzypiec! To chyba najbardziej indywidualistyczny brzmieniowo instrument muzyczny na świecie. Poza tym miałem wrażenie, że gra wyrafinowany stylista, niechętny otwartej emocjonalności. W grze Forestiera było coś z zapału wykonań historycznie poinformowanych, choć wszystkie instrumenty na scenie (może poza klawesynem) były we współczesnym stroju i oparte na współczesnej technice wykonawczej. Zaskoczyło mnie to wykonanie i wciąż się nad nim zastanawiam. Nie mieści mi się w żadnej gotowej szufladce, z pewnością coś w nim jest, ale jeszcze nie wiem do końca co. Z pewnością będę śledził dalsze dokonania artysty.
Concerto in D Strawińskiego, przynajmniej w tym wykonaniu, zabrzmiało jak utwór na pograniczu czystego jak diament neoklasycyzmu i ekspresjonizmu z poprzedniego okresu twórczego Strawińskiego. Czyli było to połączenie dwóch sprzecznych żywiołów, a jednak ogólny zarys formy był spokojny i opanowany. Dopiero wnikając głębiej w narrację odkrywaliśmy ów wspomniany przed chwilą ekspresjonizm. Cieszę się, że Orkiestra Leopoldinum pokazała tę wieloznaczność Concerto, którą nie zawsze się zauważa. Było to ciekawe wykonanie.
Aheym, oryginalnie napisany dla Kronos Quartet przez Bryce’a Dessnera było świetną kulminacją koncertu. Wciąż mieliśmy tu formę prawie wyważoną i prawie domkniętą, która jednak rozpadła się na naszych oczach.
Bryce Dessner, amerykański kompozytor i gitarzysta rockowego zespołu The National, w swoim utworze Aheym stworzył muzyczną opowieść o podróży, ucieczce i tęsknocie za domem, która jest jednocześnie głęboko osobistym hołdem złożonym jego żydowskim korzeniom. Aheym (czyt. ahaem) to utwór o żydowskiej duszy – nie tylko przez tytuł zaczerpnięty wprost z języka jidysz, ale przede wszystkim przez emocjonalny i kulturowy bagaż, jaki ze sobą niesie.
Tytuł Aheym w języku jidysz oznacza „w kierunku domu” lub „do domu”. Sam Dessner określił go jako „muzyczną ewokację idei lotu i przeprawy”. Inspiracją do jego napisania były historie jego żydowskich dziadków, imigrantów z Polski i Rosji, którzy osiedlili się na Brooklynie, niedaleko parku Prospect Park, gdzie w 2009 roku utwór miał swoją premierę. Dziadkowie Dessnera uciekali przed trudną rzeczywistością w Europie Wschodniej, a ich historia stała się dla kompozytora kanwą do muzycznego przedstawienia tego, co symboliczne – podróży w nieznane, wykorzenienia i poszukiwania nowego domu.
Sam Dessner podkreślał, że Aheym jest dedykowany pamięci jego babci, Sary Dessner. Jako chłopiec spędzał godziny, wypytując ją o szczegóły jej podróży do Ameryki. Te wspomnienia i opowieści, choć często niepełne – „mogła dać nam tylko szczątkowe informacje” – na stałe wpisały się w rodzinną wyobraźnię i tożsamość. W komentarzu do utworu Dessner przywołuje także wiersz amerykańsko-jidysz poetki Ireny Klepfisz, Di rayze aheym (Podróż do domu), która w swoich słowach oddaje poczucie życia wśród obcych i wagę pamięci: „Wśród obcych jest jej dom. Tutaj, właśnie tutaj, musi żyć. Jej wspomnienia staną się pomnikami”.
Słuchacze i krytycy zgodnie podkreślają, że Aheym to dzieło niezwykle wizjonerskie i kinowe. Od pierwszych taktów słychać intensywność i niepokój: krótkie, staccato i gwałtowne akcenty (sforzanda), głębokie, złowieszcze tony wiolonczeli, a wszystko to utrzymane w „obsesyjnych, złowrogich tonacjach molowych”. Muzyka oddaje więc nie tylko fizyczną podróż (krytycy mówią o „kolejowym rytmie” i „motorycznym napędzie” sugerującym ruch pociągu czy statku), ale także strach, niepewność i determinację towarzyszące imigrantom. To właśnie w tej warstwie słychać żydowską duszę utworu – w tym przejmującym, niełatwym nastroju, gdzie liryzm i jasne frazy („przerywane lirycznymi i świetlistymi liniami”) są tylko chwilową odskocznią od wszechogarniającego napięcia.
Aheym jest więc czymś więcej niż tylko kompozycją. To manifest tożsamościowy Dessnera, który podobnie jak jego brat, często wyrażał fascynację żydowskimi melodiami religijnymi (liturgicznymi). Dla słuchacza, który nie zna wcześniej kontekstu, jego styl może wydać się po prostu energetycznym, powtarzalnym minimalizmem w rodzaju „turbo-minimalistycznym” – ale znajomość tej historii całkowicie zmienia odbiór. Nagle te powtarzane frazy nabierają znaczenia rytmicznego kołysania pociągu, a nieustanne napięcie staje się odzwierciedleniem lęku o przyszłość. Mam wrażenie, że utwór nie kończy się optymistycznie. Ruch zamiera, wpierw staje się szkieletem ruchu, później zaś stopniowo znika i kończy się utwór. Nie brzmi to jak hymn pochwalny dedykowany stacji docelowej, raczej wzbudza to niepokój, choć muzyki nie należy nigdy traktować zbyt dosłownie (nawet jeśli jest to programowy poemat symfoniczny).
W dzisiejszych czasach, kiedy zwłaszcza w Europie narasta antysemityzm, takie dzieło na koncercie cieszy podwójnie. Jeśli zaś chodzi o formę, to mam jednak pewną wątpliwość co do zakończenia. Wydawało mi się ono zbyt proste i stanowiło pewien dysonans do znakomitej, minimalistycznie rozwijającej się narracji. Orkiestra Leopoldinum nadała wszystkiemu żywiołowy ruch i tym bardziej poczułem się ogłuszony, gdy to cudowne muzyczne napięcie opadło. Ale może taki właśnie był manifest twórcy? Może chciał nas zostawić samotnie, wśród niczego, jak czuje się żydowski migrant, a często uchodźca, pozostawiony nagle samemu sobie. Na szczęście obecnie Żydzi mają swój bezpieczny port, jakim jest Izrael i należy o tym zawsze pamiętać, zanim z pewnością siebie zacznie się wyrokować o współczesnej globalnej polityce.




