A jednak warto żyć!

I. Wstęp

            „A jednak” – rozpoczynam spójnikiem, partykułą co świadczy o tym, że zdanie – będące jednocześnie tytułem i tezą tego eseju: „A jednak warto żyć!” – poprzedzały inne. W dodatku takie, które były niezgodne z moimi przewidywaniami. Wyrazu „jednak” używam, kiedy np. odkrywam coś co nie było pewne, czy też było wątpliwe, a co właśnie – „jednak”(!) – okazuje się istnieć, być m.in. fragmentem mojego wewnętrznego świata. Informacją zapisaną w strukturach mózgu w sposób mi nieznany. Prawdopodobnie zgodnie, z opisem jakieś teorii dotyczącej przyswajania i zapamiętywania informacji przez obwody pamięciowe.  To właśnie ta krótka informacja, która zmieniła subtelnie, niezauważalnie strukturę w moim mózgu  – „A jednak warto żyć!” – stanowi tezę, której w tym tekście będę bronił. Czy raczej rekonstruował jej obronę. Obronę na tyle skuteczną – że jej efekty pozwoliły mi na napisanie tego tekstu – bo przecież wciąż żyję.  W swojej pracy poruszać się będę głównie po odcinku, na umownej osi czasoprzestrzennej („osi mojego życia”), który wyznaczają dwa punkty: umowny początek mojego życia (data narodzin) i jego koniec – powszechnie nazywany: śmiercią lub zgonem (data śmierci: nie jest mi znana). W tezie zawarte są jeszcze dwa istotne słowa: „warto” i „żyć”, zajmę się nimi w dalszej części eseju. Podobnie jak krokami, które doprowadziły mnie od zdania – „nie warto żyć”, czy też od pytania – „czy warto żyć?”, do odpowiedzi, zdania twierdzącego, stanowiącego tezę tego eseju.      

Z uwagi na poruszaną tu tematykę m.in. śmierci (w tym śmierci samobójczej), będącej tematem społecznego tabu. A jednocześnie fragmenty odnoszące się do samego autora, konieczne jest napisanie kilku słów, których celem jest uspokojenie czytelniczki/czytelnika co do kondycji psychicznej autora – ta, zapewniam, jest dobra oraz myśli samobójczych – te, zaręczam, nie występują.  Takie posunięcie może wydawać się nieco ekscentryczne i narażać mnie na np. śmieszność, uznaję je tu jednak za konieczne. Ważniejszy jest dla mnie komfort czytelniczki/czytelnika oraz jej/jego możliwość skupienia się na analizie tekstu i zawartych w nim myśli. Zamiast zastanawiania się, czy autorowi jest potrzebna pomoc psychiatryczna, psychologiczna. Uspokajam, taka pomoc nie jest potrzebna. A piszę to z perspektywy osoby, która w swoim życiu korzystała zarówno z jednej, jak i z drugiej. Nie odczuwającej oporów by po nie sięgnąć, jeśli by ich wymagała. Przy okazji dając tą wypowiedzią przykład, że temat powinien przestać być społecznym tabu i taką fobią.  

II. Teza

      Jedną z cech dobrego eseju jest próba przekonania czytelniczki/czytelnika do stawianej przez siebie tezy. Nie zastosuję tu tego mechanizmu, lecz nie w celu silenia się na oryginalność. Tak jak wspominałem, będę odtwarzał własny dialog wewnętrzny – obronę tezy. Dlatego mogę jedynie zaprosić czytelniczkę/czytelnika do towarzyszenia mi w tej „podróży” – „mojej podróży”. Bliska jest mi myśl przypisywana Sokratesowi – „bezmyślnym życiem żyć człowiekowi nie warto”[1]. Staram się stosować ją w swoim(!) życiu, być jej wierny. Ponieważ uznaję tę myśl za wartościową, ponieważ nie poznałem argumentów, które by ją obaliły. Stąd też nie mam ambicji by kogoś do czegoś przekonywać. Sądzę, że tę drogę trzeba przejść samodzielnie. Nie sądzę, że zrozumienie czegoś za kogoś jest w ogóle możliwe, przy założeniu autonomii umysłów. Stąd zapraszam do towarzyszenia mi w wędrówce, ku „a jednak warto żyć!”. Dodatkowo szanując cudzą autonomię i to, że można mieć zdanie odmienne od mojego.

III. Tło

We wstępie obiecałem zająć się dwoma terminami: „wartością” i „życiem”. Sądzę, że to ważne, choćby z jednego powodu – ustalenia ich znaczeń, jakimi będę się posługiwał. Użyłem ich łącznie – „(…) warto żyć”. To wyjaśnienie jest dodatkowo ważne, ponieważ żyjemy w społeczeństwie (coraz bardziej globalnym), w którym poszczególne jednostki ludzkie (w tym eseju tylko nimi będę się zajmował) żyją wg różnych i wzajemnie przenikających się np.: systemów światopoglądowych, czy filozoficznych.

Stąd słowa „warto żyć” mogą być rozumiane, jako mówiące m.in. o: znaczeniu, celu życia; jego sensie; uzasadnieniu; wystarczającej motywacji do jego kontynuowania;

  • Platon, Obrona Sokratesa, ANTYK, Kęty 1999, Wydawca: Fundacja Nowoczesna Polska  221 (…)A jeżeli powiem, że to właśnie jest też i największe dobro dla człowieka: każdego dnia tak rozprawiać o dzielności i o innych rzeczach, o których słyszycie, że i ja sam rozmawiam, i własne, i cudze zdania roztrząsam, a bezmyślnym życiem żyć człowiekowi nie warto, jeśli to powiem, to tym mniej mi będziecie wierzyli. Ale to tak jest, jak mówię, obywatele: tylko przekonać kogoś o tym nie jest łatwo. (…)

wypełnianiu przeznaczenia, zadania, misji, służby; odgrywaniu roli;  uczestniczeniu w predestynacji, przeznaczeniu, fatum; doświadczaniu: „uśmiechu losu”,  fortuny, zbiegu okoliczności.

Wspomniana wcześniej możliwość różnego odczytywania tych terminów może spowodować brak zrozumienia z różnymi tego konsekwencjami. Można zobrazować to na przykładzie: osób, z których np. jedna wierzy, że wartość jej życiu, ale i innych ludzi nadaje byt nadprzyrodzony np. bóg, który zaplanował jej życie od narodzin do śmierci, a nawet po niej. Osoba taka może mieć zupełnie inne rozumienie – „a jednak warto żyć”, od osoby, która sceptycznie podchodzi do pomysłu istnienia bytu, czy bytów nadprzyrodzonych, upatrując wartości życia np. w konstrukcie stworzonym jedynie przez samych ludzi. Biorąc pod uwagę możliwość wzajemnego nakładania się na siebie różnych systemów określających wartość życia, jak też wielkość populacji ludzkiej, otrzymujemy miliony możliwości i zindywidualizowanych znaczeń. Dzieje się tak z uwagi na (choćby) liczbę religii na świecie (wg skromnych szacunków jest ich ponad 4200[2]), szkół psychoterapeutycznych (na świecie uznanych jest kilkaset), programów edukacyjnych (weźmy choćby liczbę państw na świecie jest ich ponad 200), wreszcie mniej lub bardziej spójnych systemów filozoficznych wypracowanych w uniwersytetach i poza nimi, na kartach tysięcy powieści itd.  Dalej możliwości ich wzajemnego przenikania się w umysłach poszczególnych jednostek ludzkich, co więcej w czasie ich życia możliwości np.: zmian, odrzucenia, ewolucji. Otrzymujemy w ten sposób miliony spojrzeń, zamysłów na życie – eklektycznych, dynamicznych konstruktów zapisanych w poszczególnych ludzkich umysłach.  

Jakie to rodzi konsekwencje dla mnie i tego eseju? Otóż, nie widzę możliwości przeprowadzenia dyskusji między tymi wszystkimi „zbiorami informacji” – zapisanymi na kartach książek, nośnikach informatycznych, wreszcie w ludzkich umysłach. Świadomość tego ogromu możliwości z jednej strony budzi mój zachwyt – niczym „kwitnący step, ciągnący się po horyzont”. Z drugiej jest to informacyjnie przytłaczające – ilość „pojedynczych roślin”, „organizmów”, z których każdy jest kosmosem, jeśli wystarczająco uważnie się nad nim pochylić. Bo posiadającym często dużą złożoność, swoją historię i szereg zbiegów okoliczności jakie przed tym zaistniały, by pojawił się dokładnie w tym miejscu, w tym czasie i w tym stanie.

2. termin: religia, Encyklopedia PWN on-line, https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/religia;3966983.html

Czyni mnie to bezradnym, bo nie jestem w stanie przeprowadzić takiej dyskusji pomiędzy wymienionymi wcześniej „zbiorami informacji”. Między różnymi koncepcjami, zestawieniami jednych zindywidualizowanych systemów z innymi. Tu przychodzi mi do głowy inne rozwiązanie, o nim za chwilę. Oczywiście mógłbym z tego zbioru wybrać kilkanaście, czy choćby dwa. Nie zrobię jednak tego, choćby z jednego podstawowego powodu – nie da to satysfakcjonującego (mnie z pewnością) obrazu całości, pozostając jednie pozorem, obrazem świata, czy symbolicznego „stepu” widzianego przez przysłowiową „dziurkę od klucza”. Dodatkowo niewiele to wniesie do mojego odbioru, ale i praktyki życia, wobec istniejącego już przecież (w moim umyśle) systemu wartości, który konstytuuje mój byt i powoduje, że trwam – żyję (uznając, że warto), zamiast to życie zakończyć. Tym bardziej, że wiem jak to zrobić i to w wielu wariantach i jest to w zasięgu moich fizycznych możliwości realizacji. Właśnie pochylenie się nad swoim światem wewnętrznym, jest tym sposobem, nie łudzę się, że realizowalnym w całości. Nie jestem siebie, aż tak świadomy. Z całą pewnością jednak, jest to świat dużo bardziej mi dostępny niż inne, które skrywają ludzkie czaszki, zawierające mózgi, z zapisanymi na nich informacjami. Świat na który mam wpływ, a jednocześnie który wpływa na mnie. Mam nadzieję, że dostatecznie jasno zarysowałem tło swoich rozważań. Rozważań jednostki na tle „oceanu różnych koncepcji”, systemów mówiących między innymi o tym: jak ich zdaniem i dlaczego ta jednostka pojawiła się na świecie; czy ma żyć i dlaczego; jak powinny wyglądać jej interakcje ze światem, z innymi jednostkami; wreszcie jak powinien wyglądać kres jej życia.

Przyjętym zwyczajem jest, że pisząc esej filozoficzny powinienem określić dziedzinę jaką w nim będę się zajmował – swego rodzaju tło, scenerię. Dalej przedstawić problem do którego odnosić się będą rozważania, zarysowując historię radzenia sobie z nim, Historię rozwoju popularnych poglądów w tym względzie, czy praktykę radzenia sobie z nimi, w tym filozoficznej refleksji na ten temat. Tu pragnąłbym uczynić nieznaczny wyłom w tej tradycji eseistycznej i zamiast teoretyzowania, które na marginesie bardzo cenię, przeniosę je na omówienie tych zagadnień w życiu jednostki, swoim własnym – kilka akapitów dalej.

Mam nadzieję, że zarysowałem już dziedzinę jaką będę się tu zajmował. By jednak zwiększyć prawdopodobieństwo zrozumienia tego przez czytelniczkę/czytelnika ubiorę to w termin, który choć upraszcza i redukuje, pozwoli jednak, jak sądzę, lepiej to zrozumieć. Tym terminem jest „moje życie”. Co on (dla mnie) oznacza? Rozumiem go jako zbiór procesów biochemicznych, w tym neuronalnych zachodzących w autonomicznym zbiorze ustrukturalizowanej materii. Jeśli posłużyć się tu metaforą komputera, były by to wszelkie procesy dotyczące trwania i działania białkowego hardware’u (mojego ciała) jak i możliwe dzięki temu procesy dotyczące zaawansowanego software’u  (zatem mojego umysłu). By ten obraz nieco zhumanizować, umieśćmy ten komputer w ciele androida – (wówczas) chłopca, umożliwiając mu tym samym, większą sprawczość co do siebie i świata zewnętrznego. Zaś proces przyswajania przez niego idei zobrazuję dość plastycznym wierszem, który tego dotyczy:

KIM JEST M Odsłona III „Planeta”(szkic)[3]

mały chłopiec

w za dużych dziedzicznych butach

koziołkując bezładnie

w próżni

łapie przelatujące

dywany idei

zwijając je w kulę

z upływem lat

coraz większą

grawitacja

idee na niej

mówią do niego

z czasem dyskutują

te które

go uwiodą

pomogą

których nie złapie

na kłamstwie

nazywa swoimi

i jest im wierny

oddziela je od pozostałych

naprędce skleconym płotkiem

broni je przed światem

karmi swoją uwagą

ogród

ciągle doskonalony

pielęgnacją starego

odmładzany świeżością

nowych nabytków –

– bo staje z siecią

na brzegu kosmosu

machając palcami

z za małych

dziedzicznych

butów

łowi

z upływem czasu

roztropniej

Poniżej rozłożę na, wspomnianej wcześniej, osi czasu znaczące (wg mnie) poglądy związane z tezą tego eseju, jakie nabywałem świadomie mniej lub bardziej.

___________________________________________________________________________

3.  KIM JEST M Odsłona III „Planeta”(szkic), G. Andrzejczyk, http://wiersze.kobieta.pl/wiersze/kim-jest-iii-planeta-78501

Są to poglądy, które bądź uznaję za swoje, czyli takie, do których doszedłem samodzielnie, nie wiedząc, że ktoś przede mną już do nich doszedł, bądź takie, z którymi się utożsamiam – czyli wymyślone przez innych ludzi, a które uznając za trafne i wartościowe, włączyłem do „własnej biblioteczki idei”, która zapisana jest w moim mózgu, w jego funkcjonalności nazywanej umysłem.

Jednocześnie pragnę już teraz zaznaczyć, że nie widzę konieczności spojrzenia na sprawę (tezę) przez innych, w mój sposób. Nie widzę również obiektywnej wyższości moich wniosków nad alternatywnymi.

Stosuję tu zasadę szacunku dla wyboru przez człowieka, tego co uważa dla siebie, innych, czy świata za ważne. Zastrzegając sobie przy tym prawo do obrony i walki o realizację swoich przekonań, jeśli np. inne narzucane były by mi siłą (z zachowaniem autonomii innych).

Lista poglądów z opisem ich tła i okoliczności w jakich się pojawiły,

związanych z tezą eseju „A jednak warto żyć!”:

Urodziłem się w roku 1972 – nie miałem wpływu, ani na sam proces powstania mojego organizmu (poczęcie); ani na wybór: rodziców, miejsca w jakim się to stało; ani na miejsce moich narodzin tj. szpital miejski w powiatowym mieście, na wschodzie Polski. Świadomość braku wpływu, na te zdarzenia stała się moim udziałem dopiero po latach i okazała się bardzo istotna. Pierwsze wspomnienia mam z okresu, gdy miałem 2 lata, jeśli ktoś postawiłby mi wówczas pytanie „czy warto żyć?”, odpowiedziałbym twierdząco. Świat wydawał mi się szalenie intrygujący, a podstawową motywacją do życia była ciekawość[4]. Nie dostrzegałem jeszcze wówczas innych, a z całą pewnością tego, że miałem zaspokojone potrzeby podstawowe[5]. Co jest wg Teorii Maslowa warunkiem do zaspokajania innych, kolejnych a związanych z możliwością zaistnienia i utrzymywania się odpowiedzi twierdzącej na pytanie – „czy warto żyć?”. Teoria Maslowa, odegrała 25 lat temu ważną rolę w moim życiu. Stała się narzędziem do porządkowania, organizacji i planowania. Obecnie straciła na znaczeniu, okazując się (dla mnie) nazbyt schematyczną. Jako dziecko słyszałem, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Pamiętam, że odpowiadałem, że „raczej do nieba”.

___________________________________________________________________________

4. Co nas napędza? Gdy ciekawość jest emocją, Anna Cwojdzińska, Strefa Psyche Uniwersytet SWPS; https://swps.pl/strefa-psyche/blog/posty/15894-co-nas-napedza-gdy-ciekawosc-jest-emocja?dt=1622388173427

5. The 5 Levels of Maslow’s Hierarchy of Needs and How they Affect Your Life, Oxford Royale Summer Schools; https://www.oxford-royale.com/articles/5-levels-maslows-hierarchy-needs-affect-life-2/

Już wtedy łączyłem ją z radością, wynalazkami, odkryciami i wiedzą, które sprzyjają pozytywnemu odbiorowi i chęci życia.

W wieku 8 lat napotkałem na swojej drodze duży system religijno-filozoficzny: Kościół Rzymsko-katolicki. Przekonałem rodziców i z pełnym zaangażowaniem zacząłem go poznawać, rozważając nawet wstąpienie do Zakonu Jezuitów i widząc w tym głęboki sens. Mój entuzjazm po uzyskaniu pełnoletności stygł szybko, w miarę odkrywania zasad funkcjonowania tej organizacji. Braki w jego filozofii dostrzegałem już jako dziecko – będąc utrapieniem katechetów. Po 40 latach formalnie go opuściłem (w listopadzie 2020 roku) odczuwając szczęście i ulgę, by następnie przeczytać w maju br. w trzech pozycjach, które niedawno się ukazały:

  1. Tomasz Polak, System kościelny, czyli przewagi pana K.; WNSiH, 2020,
  2. Jacek Leonciak, Wieczne strapienie. O kłamstwie, historii i Kościele; Czarne, 2020,
  3. Adam Cioch (Marek Krak); Tytuł: Epidemia manipulacji; Letraprint, 2021,

i o własnych powodach jednoczesnej: apostazji, herezji i schizmy; bowiem tak właśnie skonstruowałem swoje oświadczenie woli, o którym mowa w umożliwiającym to dekrecie[6]. Jeden z wniosków jaki wyciągnąłem z tej lekcji jest taki, że kłamstwo, iluzja, manipulacja mogą sprawić, że na pytanie o to „czy warto żyć?” ludzie odpowiadać mogą w znakomitej części twierdząco. Czego sam przez lata byłem przykładem – „szczęśliwy frajer” – tak sam siebie dziś nazywam. Mój czas spędzony w Kościele Rzymsko-katolickim uznaję (z dzisiejszej perspektywy) jako w dużej mierze stracony. Jednak z perspektywy tezy eseju był to czas pożyteczny. Kościół tłumaczył mi skąd przyszedłem, jak mam żyć, czy i z powodu czego oraz jak mam być szczęśliwy, wreszcie dokąd zmierzam – redukując lęk przed śmiercią. W opartej na strachu i poczuciu winy filozofii zadbał również o potępienie możliwości samobójstwa. Nie mniej, jeśli ktoś postawiłby mi wówczas pytanie „czy warto żyć?”, odpowiedziałbym twierdząco. Jednak warto zauważyć, że i prawda, choć początkowo bolesna, może przysparzać szczęścia. Czyż to nie paradoks? Zarówno prawda, jak i jej iluzja mogą przysparzać mi szczęścia.  

Miłość, w tym jeden z jej rodzajów przyjaźń, nie mam tu wątpliwości, były w ciągu

___________________________________________________________________________

6. Dekret Ogólny Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła (przyjętego uchwałą nr 20/370/2015, z dnia 7 października 2015 r., podjętą podczas 370 Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski) http://pliki.diecezja.lublin.pl/prawo-KEP/Dekret_w_%20sprawie_wystapien.pdf

całego, mojego życia niezwykle ważne. I kiedyś i obecnie czynią moje życie na tyle (w moim odbiorze) wartościowym, że je kontynuuję. Dlaczego? Poza chwilami, kiedy kochałem nieszczęśliwie i życie było tym przytłoczone. Były i są to zbiory chwil: pięknych, naznaczonych wzruszeniem, euforią, troską o innych, wsparciem, możliwością poznania wnętrza innych ludzi, redukcją samotności; częściami wspólnymi odbioru: świata, idei i ludzi, akceptacji, i innych zjawisk i odczuć, tych z gatunku pozytywnych, jakie przydarzają się ludziom.  Relacje te spowodowały rewolucyjne zmiany w moim życiu. Odkryłem m.in. swoją poliamoryczność, zdobyłem się na odwagę by wyautować się przed światem. Dzisiaj, po latach jestem szczęśliwym anarchistą relacyjnym, prowadząc życie zgodne z moimi poglądami i relacyjną orientacją. Co jeszcze 15 lat temu wydawało mi się „możliwym, jedynie w kolejnym wcieleniu”.  Wcielenia, okazały się niepotwierdzone, natomiast anarchia relacyjna, jak najbardziej realna.

Wychowywany byłem przez szkołę, w domu, na studiach, w Kościele, w zgodnym duchu, że: w życiu trzeba mieć cel, a życie ma sens. Dzisiaj uważam, że życie ma co najwyżej taki sens, jaki sam mu nadam lub też zrobią to za mnie inni ludzie, podobnie sprawa przedstawia się co do jego celów i moich w nim. Pojawiły się w związku z tym cztery elementy, rozumiane na nowo: wolność, wybór, decyzja i odpowiedzialność. Okazało się, że można znakomicie funkcjonować w sytuacji, gdy moje życie nie posiada ani tzw. „obiektywnego sensu”, ani takiego celu. Co więcej znakomicie funkcjonuje też bez idei boga i bytów nadprzyrodzonych.

Niebagatelną rolę odegrała (u mnie) akademicka filozofia, począwszy od szkoły średniej:

– dzięki Platonowi i Arystotelesowi na nowo odczytałem przyjaźń,

– dzięki stoikom, przestałem się przejmować tym co jest niezależne ode mnie i cieszyć się z tego co robię najlepiej jak potrafię, okazało się to również nieocenione w pracy terapeuty,

– dzięki de Saint-Exupéry’mu nauczyłem się brać odpowiedzialność za to co oswajam, za to co kocham,

– dzięki Nietsche’mu , Sartre’owi i Camus spojrzałem na nowo na człowieka w świecie i jego odpowiedzialność za własne wybory i działania. Odpowiedzialność przestała mi ciążyć, a stała się dumą wolnego, sprawczego i odpowiedzialnego za własne życie człowieka,

– dzięki Kazantzakis’owi do mojego życia wróciła autentyczność i odwaga, by kroczyć przez życie własną drogą, za sprawą Greka Zorby, którego postać i filozofię zarysował na kartach swojej powieści,

– dzięki Jaspersowi zmierzyłem się z winą, w obliczu ludobójstwa,

– dzięki Agacie Łukomskiej dowiedziałem się, że filozofia nie musi być nadęta i nudna, a może być „uśmiechniętą przygodą” i mieć wymiar praktyczny,

– dzięki Mateuszowi Salwie na powrót zwróciłem się ku sztuce i zobaczyłem ją w zupełnie nowych dla siebie ujęciach,

– dzięki Comte-Sponville’owi zrozumiałem sens istnienia cnót oraz to czym są. Ustrukturalizowałem je (dla siebie) w działający „wewnętrzny kodeks etyczny”. Jako agnostyk/ateista na nowo spojrzałem na duchowość, mistycyzm, które jak zauważył są rzeczami zbyt ważnymi, by zostawiać je duchownym. Wreszcie w połączeniu z Platonem na nowo odkryłem wielowymiarową miłość,

– dzięki św. Janowi Pawłowi II uwolniłem się od Kościoła Rzymsko-katolickiego, dostrzegając wyraźnie m.in.: jego manipulacje, fałsz, pustość figury autorytetu i brak możliwości oddolnego zreformowania tej instytucji. Faktycznie, prawda okazała się wyzwalająca – tak jak głosił.

– nie sposób wymienić tu wszystkie akademiczki i akademików którzy poświęcili mi swój czas (coś bezcennego) przez ostatnie lata i sprawili, że filozofia na powrót stała się dla mnie przygodą i to ekscytującą przygodą. Korzystając z okazji, bardzo i z całego serca im za to dziękuję. Mówiąc jednocześnie „do zobaczenia” (kończę właśnie studia bioetyczne), bo za niespełna 5 lat, zamierzam znowu swoje kroki skierować ku akademickiej filozofii.

IV. Krytyka

Podstawowym argumentem przemawiającym za tym, że przedstawione przeze mnie argumenty są błędne jest argument siły – nie jestem w stanie ich fizycznie obronić (o czym dalej). Kolejnym jest brak ambicji, by system wartości jaki jest moim udziałem, był powszechny. Stąd też nie będę uzasadniał wyższości mojego konceptu nad alternatywnymi. Niestety te dwa argumenty są wystarczającymi, by w praktyce wykazać mi „błędność argumentacji”, np. doprowadzając do złożenia publicznej samokrytyki, czy stwierdzenia, że opętała mnie siła nieczysta.

Postaram się poniżej przedstawić, wcześniej zasygnalizowaną argumentację, która sprawiła, że postawioną tezę – „A jednak warto żyć?” oraz związane z nią poglądy uważam za słuszne. Rozpocznę od ciekawości, pierwotnej motywacji, bardzo silnej, konstruktywnej i sprzyjającej wynalazczości, odkryciom, zmianom, wiedzy i płynącej z niej radości, w wielu jej odmianach, która jest udziałem ludzi (choć nie tylko ludzi), którzy jej doświadczają. Uważam ją za niezwykle cenną, godną pielęgnowania zarówno u siebie, jak i u innych. To część dziecięcości, którą sławią poeci, pisarze, filozofowie, a którą dostrzegają u ludzi, którzy doświadczają ciekawości. Odnoszę wrażenie, że nieco jej zazdroszcząc. Sądzę, że zamiast zazdrościć, warto poszukać spraw, rzeczy, które ją w nas wyzwolą i sprawią, że będzie to jeden z rodzajów paliwa do „maszynerii” „A jednak warto żyć!”. Jeden z…? Tak, bo rozsądnie mieć takich składowych, źródeł (zasilania) więcej – to zwiększa prawdopodobieństwo jej funkcjonowania, mimo problemów z dostawą „paliwa”, z któregoś ze źródeł.

            Nie bez znaczenia dla sprawnego funkcjonowania wspomnianej wcześniej „maszynerii”, jest kwestia zaspokojenia potrzeb podstawowych wg Maslowa. Można oczywiście zakwestionować, czy jest to warunek konieczny do możliwości realizacji potrzeb wyższych w życiu. Sądzę jednak, że może być pomocny. To oczywiste, bo istotnie brak zaspokojenia tych potrzeb, może przeszkadzać, choćby w codziennym i podstawowym funkcjonowaniu.

Wychowanie jakie było moim udziałem, pozostawiło na długo we mnie pewien schemat działania, a mianowicie konieczność istnienia celu. Cel bywa pomocny, jednak należy zwrócić tu uwagę, że cel, w tym cel życia można określić sobie w większym lub mniejszym stopniu samodzielnie. Tak by był zgodny z faktycznymi (osobistymi, spersonalizowanymi) aspiracjami jednostki. Analogicznie sprawa przedstawia się z sensem, jaki można określać samodzielnie, lub wybierać, zamiast przyjmować bezkrytycznie narzucony nam przez innych.  

            Kolejnym źródłem zasilania może być potrzeba przynależności, którą można realizować „również”, „lub”, „zamiast”, czy „oprócz” poza grupą ludzi w jakiej umieścił nas ślepy los. Myślę tu o miłościach, w tym przyjaźniach oraz osobach bliskich nam z zarysowanym już tego wyborem. Człowiek jako istota stadna, zazwyczaj potrzebuje kontaktu z innymi ludźmi, dla wielu osób jest to warunek konieczny, by „maszyneria” sprawnie funkcjonowała.

            Warto tu wspomnieć o figurze odpowiedzialności, która nierzadko wzbudza w ludziach lęk, stąd zdarza się, że jej unikają. Sądzę, że można próbować to zmienić, przez uświadomienie sobie, że jest składową wolności. A tej pożąda już większość ludzi, na tyle stanowczo, że jest o nią w stanie walczyć, zatem realizować coś co zmusza do opanowania, redukcji, transformacji lęku, by walka była w ogóle możliwa.

            Myślę też, że choć w budowaniu ludzkiej motywacji wykorzystuje się m.in. lęk i wstyd, można szukać też i jej innych źródeł stąd wspomniałem o „uśmiechniętej przygodzie”. To wydaje mi się równie skuteczne, a w każdym razie w odczuciach (tu już z całą pewnością) przyjemniejszym sposobem wprawiania i utrzymywania naszej „machiny” w ruchu, działaniu.

            Nie bez znaczenia jest też autentyczność w tym co robimy, jak działamy, to czasem wymaga odwagi, zatem pokonywania strachu, lęku bez tego nie ma odwagi. To z kolei wpływa na samoocenę, która pozwala spokojniej działać. Bo z całą pewnością inne jakościowo są (dla osoby działającej) czynności wykonywane z motywacji: niskiego poczucia własnej wartości, poczucia winy, wreszcie kompleksów; niż te wykonywane w komforcie: dobrego zdania o sobie i takiej samooceny.

            Żyjemy w kulturze nacechowanej poczuciem winy, często wyimaginowanej, choćby konstruktem „grzechu pierworodnego” i zbiorowej za niego odpowiedzialności wszystkich ludzi, choć nie było ich nawet na świecie, kiedy ten hipotetyczny czyn został popełniony. Na skrajnym przykładzie poczucie winy, zdekonstruował w ciekawy sposób Jaspers. Godząc ze sobą dwie sprawy przyjęcie na siebie zasłużonej odpowiedzialności, a uniknięcie tej, która jest nam niesłusznie przypisywana. Poczucie winy, jest w stanie unieruchomić „machinę”, stąd o tym tutaj wspominam.

            Czas na sztukę, jakże potrzebną, niezbędny dla mnie konstrukt, szczęśliwego ludzkiego życia. Niesie w sobie ogromny potencjał tłumaczenia świata, pobudza wyobraźnię, pozwala na bezpieczną realizację najbardziej szalonych pomysłów, i przeżywanie spraw, często w codziennym życiu niedostępnych. Nie mam co do tego wątpliwości, że sztuka jest w życiu wielu ludzi, czymś co podtrzymuje „maszynerię” w działaniu.

            Skoro zostały omówione samo działanie, jego cel, sens, kierunek, przyszedł czas na istotny szczegół – tj. jak działać, i to jak działać etycznie. Jak wspominałem są sposoby by taki kodeks (etyczny) tworzyć sobie samej/samemu lub przyjąć za swój, któryś z bardzo bogatej oferty „targowiska idei”. Sądzę, że bez wątpienia warto jest go wybrać świadomie, ale i mieć odwagę, do zakwestionowania go. Rozumowo, czy wreszcie czynem, jeśli okaże się być tylko etycznym z nazwy. To z całą pewnością może ułatwić poruszanie się po „labiryntach życia”. Choć nie mam złudzeń co do tego, że (w minimalnym stopniu) nawet najlepsze „kodeksy” wymagają „aktualizacji”, czy „nowych, poszerzonych wydań”.

V. Przedstawienie własnego stanowiska

      Życie w przypadku człowieka co do zasady oznacza sprawczość, czas przed narodzinami, jak i po śmierci jest biernością (brakiem sprawczości). Koncepcje, które mówią inaczej np. reinkarnacji, życia duszy po śmierci ciała, są kwestią wiary. Nie znalazłem na ich poparcie wiarygodnych argumentów, dowodów. Człowiek jest w stanie przerwać własne życie (z uwagi na własną sprawczość) i utracić przez to swoją nad nim (życiem) sprawczość. Ma również ograniczony, ale jednak wpływ na uczynienie swojego życia na tyle atrakcyjnym dla siebie, by to życie kontynuować – co stanowić może świadomy wybór. Można mieć wpływ na poprawę atrakcyjności własnego życia: albo przez zmianę rzeczywistości, albo przez zmianę swojego odbioru tej rzeczywistości. Oba te sposoby nastręczają czasem problemów, ich skuteczność można stopniować. Jednak zazwyczaj są możliwe, choćby w minimalnym stopniu. To minimum, może być właśnie tym przysłowiowym „języczkiem u wagi” pomiędzy kontynuowaniem życia, a jego zakończeniem.

Daleki jestem od sądu, że czytelniczka/czytelnik powinna/powinien się ze mną zgodzić. Dlaczego? Sądzę, że większą wartość w przypadku części spraw przedstawia sobą doświadczenie, czy raczej doświadczanie. Do tych spraw zaliczyłbym właśnie życie, ale również np. miłość (dla mnie jest nią przyjaźń), czy sztuka. Sądzę, że te trzy, wymienione kwestie są ściśle związane z działaniem i realizowane przez działanie. Bez ich przeżycia, bez osobistego doświadczenia są bez większego znaczenia. Na przykład miłość, na cóż nam ona kiedy nie kochamy, kiedy nie jesteśmy kochani? Sztuka bez działania, nie doczeka się ani procesu tworzenia, ani dzieła, ani jego doświadczania. Życie bez jego realizacji, przestaje być życiem, a co najwyżej czymś w rodzaju snu. Dodatkowo brak ich realizacji odbiera nam możliwość doświadczania szczęścia i innych odczuć. Wybrałem te trzy kwestie ważne dla mnie. Pominąłem, obłożony społecznym tabu, seks. Nie z uwagi na pruderię, jestem od niej daleki. Seks stracił na tym etapie mojego życia wpływ na pozytywną odpowiedź na pytanie – „czy warto żyć?”. Jednak okazuje się, być ważnym dla innych ludzi (podobnie jak kiedyś dla mnie), w każdym razie tak podpowiadają statystyki Google – w nawiasie ilość wyników na dzień 30.05.2021 roku:

życie (295 000 000), seks (225 000 000), sztuka (168 000 0000), miłość (136 000 000).

VI. Obrona własnego stanowiska

Świadom jestem, że mojej tezie można postawić zarzuty i  w określonych sytuacjach będą one uzasadnione. Co więcej jestem przekonany, że sam w ich obliczu zmienię zdanie (z dużym prawdopodobieństwem). Jednocześnie nie sądzę by była tu wśród wszystkich ludzi jednomyślność.

Teza „A jednak warto żyć!” nie będzie dla mnie prawdziwa, jeśli np.:

– znacznemu ograniczeniu ulegnie moja sprawczość,

– będę poddany silnemu cierpieniu np. spowodowanemu chorobą,

– czy skrajnej psychicznej udręce.

Co więcej, możliwa jest teza wręcz przeciwna – „A jednak warto umrzeć!”. Jako możliwą przyczynę, widzę tu ratowanie jakiegoś większego (dla mnie) dobra np.:

– poświęcenia własnego życia w celu ratowania, życia innej istoty np. innego człowieka,

– zapobieżenie katastrofie znacznych rozmiarów,

– walce o wolność, czy np. równość.

Zdaję sobie sprawę z faktu, że są na świecie ludzie, którzy uważają, że nie warto żyć, czy też tego „warto” odmawiać będą mojemu życiu. Jednym z takich przypadków będzie fundamentalista religijny, który z uwagi na to, że opisuję się jako ateista pozbawi mnie życia. Nie jest to problem wyimaginowany, bo od zaledwie kilkuset lat w krajach kultury chrześcijańskiej ateizmu nie karze się śmiercią, a w dalszym ciągu takie wyroki wykonuje się w części krajów islamskich. Tych powodów może być oczywiście więcej: orientacja seksualna, narodowość, czy zwykła nuda – „ot zabicie kogoś dla zabicia czasu”. Smutkiem napawa mnie tu jeszcze jedna kwestia, że jestem gotów wykazać siłą argumentów, wartość swojego życia. Jednak siła argumentów, polegnie pod wpływem argumentu siły (o czym wcześniej już wspominałem). Dla mnie samego, (moja) teza się broni, na obecnym etapie życia, moje trwanie jest już wyborem. Swoje argumenty wypisałem wcześniej, są na tyle silne, że zdecydowałem się kontynuować swoje życie – wybrałem życie, zamiast śmierci. Innego dowodu, argumentu i uzasadnienia nie potrzebuję.

VII. Podsumowanie

            „A jednak warto żyć!” – dla dość rzadkich chwil szerokorozumianego piękna, mimo całej ohydy tego świata. Bo o ile nie miałem wpływu na to, że znalazłem się na nim – świecie jakże odległym od moich marzeń, i nie będę miał wpływu na to, że z niego odejdę (umrę). Mogąc jedynie przyśpieszyć to co i tak jest nieuchronne – własną śmierć. O tyle mam wpływ na ten odcinek czasu osadzony w przestrzeni – na własne życie, które się w nim rozgrywa. Zawieszone niczym lina między dwoma punktami: narodzin i śmierci. Po której idzie wolno i ostrożnie, z zasady, „linoskoczek” (to ja sam) posiadający sprawczość. Ten wpływ czasem jest mniejszy, czasem większy, przeplatany moimi złudzeniami co do własnej sprawczości, czy niemocy. Jednak to całkiem sporo, a w każdym razie znacząco więcej niż „nic”, które charakteryzuje moją sprawczość przed urodzinami i po śmierci.

Kiedyś od oficera Wojska Polskiego, mojego kolegi z okresu (pierwszych) studiów, usłyszałem bardzo zgrabną argumentację, która jest kontrargumentem dla tych, którzy poddają się – w walce z przeciwnościami losu, czy wrogimi im ludźmi – popełniając samobójstwo. Powiedział on, że nielogiczne jest pomaganie wrogowi w eliminacji przeciwnika, jakim dla niego jesteśmy, przez samoeliminację – samobójstwo. Jeśli nawet przegramy (to czasem się zdarza), to osłabimy jego siły przez walkę, jaką będzie musiał z nami stoczyć. Jeśli weźmie nas do niewoli, zaangażujemy jego siły, bo będzie zmuszony nas pilnować i żywić. Mamy też szansę uciec z niewoli, wygrać kolejną bitwę, wzniecić powstanie, czy (co czasem się zdarza) zawrzeć pokój. Dlatego warto walczyć do końca, bo nawet jeśli sami na tym nie skorzystamy – zginiemy (co czasem się zdarza), to skorzystają na tym nasi towarzysze/towarzyszki broni – zatem ludzie nam podobni, przynajmniej co do niektórych wartości, przynajmniej tych, o które wspólnie walczyliśmy. A o niektóre wartości warto jest walczyć, choćby o wolność, za którą stoi możliwość wyborów i zaszczyt (człowieka wolnego i dobrych obyczajów) odpowiedzialności za nie. To również cecha zarówno życia jak i sprawczości, bo nie dostępna „nam” ani przed urodzinami, ani po śmierci. Dlatego warto żyć, być wolną/wolnym, dalej sprawczą/sprawczym na ile to tylko dla nas możliwe. Kiedyś byłem pacyfistą, to trudne w tym świecie. Byłem, bo przekonałem się, że sens ma to o tyle, o ile świat pełen byłby pacyfistek/pacyfistów. A taki nie był i nie jest, ze smutkiem i złością dla ludzkiej głupoty. Nieraz trzeba walczyć o wolność, nieraz o np. równość. Wracając jednak do samej śmierci, ona „nadjedzie” w swoim czasie, niczym „pociąg kolei japońskiej” punktualnie i z pewnością. Zatrzyma się na stacji i czekać będzie na nas. Bez nas nie odjedzie, to pewne. Stąd moim zdaniem nie warto przesiadywać na pustej stacji w oczekiwaniu „pociągu”, a żyć: zwiedzać okolicę, kochać, tworzyć, doświadczać sztuki, piękna i robić to wszystko co sprawia, że warto żyć. Nie można spóźnić się na ten pociąg – uspokajam osoby ceniące punktualność.

Pociąg oznajmi nam swój przyjazd „długim, głośnym gwizdem”, który obudzi nawet śpiącego. A potem już tylko…

Śmierć[7]

ślepiec zastygły nad strumieniem czasu

w szum zapatrzony okiem wyobraźni…

wirujące wskazówki na życia zegarze

zimnem podmuchu gaszą płomień świecy

i jęk zawodu przez tłum się przetacza

gdy koń pod jeźdźcem zamiera bezruchem

bezdechem ciała w konwulsji zastygłym…

bezwolny dezerter z pardubickiej życia

połamany palcat, jeździec z siodła wstaje

patrzący z wyrzutem w martwe oczy konia

i z wolna odchodzi za spuszczoną głową

opuszcza arenę, ale co jest za nią?

Wiersz ten napisałem, w czasie mojej pracy w hospicjum, po tym jak towarzyszyłem nieznanemu mi człowiekowi w umieraniu. Byłem wtedy krótko po wypadku motocyklowym, w którym sam otarłem się o śmierć. Wówczas jej się nie bałem, straciłem przed nią lęk (z czasem powrócił). To wszystko wywołało we mnie refleksję, zapisałem ją w pamiętniku – „trudniej jest żyć niż umierać”. I tu przyznam, że choć naturę mam (wbrew pozorom) tchórzliwą, to czasem podejmuję wyzwania, szczególnie jeśli czuję się za coś lub kogoś odpowiedzialnym. Czy też coś lub kogoś kocham.

__________________________________________________________________________

7. Śmierć, G.Andrzejczyk; http://wiersze.kobieta.pl/wiersze/smierc-co-dalej-318506

Myślę, że jeśli kiedyś, w pełni pokocham własne życie, to dużo łatwiej przychodzić mi będzie, pozytywna odpowiedź na pytanie – „czy warto żyć?” Boję się tu chyba jednak braku wzajemności, ale i tego, że będę za nim tęsknił, bo rozstanie jest pewne. Mam nadzieję, że pożegnanie „na peronie” nie będzie łzawe. A zamiast – „do zobaczenia!”, usłyszę „kocham cię!”.

Kusząca była i jest dla mnie wizja pięknego życia. To udaje mi się w dużym stopniu realizować (to prawda – subiektywnie). Jednocześnie kusząca jest dla mnie wizja pięknej śmierci. Choć nie będzie ona przecież niczym innym, jak pięknym końcem życia. Obecna kultura, cywilizacja zepchnęły koniec życia do szpitali, hospicjów, „domów spokojnej starości”. Myślę, że za jakiś czas, się to znów zmieni, co więcej powstanie swego rodzaju moda na „piękną śmierć” – piękne ostatnie godziny życia. Oby nie było to kompensacją niezbyt pięknego życia. Stąd sądzę, że warto starać się czynić swoje życie pięknym, każdą z jego tysięcy godzin (1 rok = 365 dni x 24 godz. = 8760 godzin). To mimo wszystko więcej piękna, niż te „wyluksusowane” kilka godzin przy ograniczonej słabością i chorobą sprawczości. A jednak warto żyć!

Dodatek (05.08.2021)

Co do miłości-przyjaźni dodam tu jeszcze jeden element. Bywa, że trudny do realizacji, jednak możliwy, (również) z autopsji. Mam tu na myśli bycie dla siebie samej/samego przyjacielem/przyjaciółką. Ta czasem wymaga również samotności, a szalenie trudno o nią współcześnie (tak jak o ciszę). Obie stały się dla mnie luksusem. Co brzmi paradoksalnie w czasach, gdy dla tak wielu ludzi samotność jest przekleństwem, torturą, czy  „przedsionkiem śmierci”. Dla mnie samotność to ważna „przyprawa” życia, jednak „przyprawa” a nie „danie główne”, tak czuję, pisząc te słowa, ale to już zupełnie inna opowieść.

Autor: Grzegorz Andrzejczyk-Bruno

Warszawa, dnia 31 maja 2021 roku

GrzegorzR
O autorze wpisu:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *