Jan Krzeszowiec i Tymoteusz Bies w albumie French
Płyta French, nagrana przez flecistę Jana Krzeszowca i pianistę Tymoteusza Biesa, jest albumem pozornie oczywistym, a w rzeczywistości bardzo starannie pomyślanym. Oczywistym, bo francuska muzyka fletowa od dawna stanowi jeden z najważniejszych obszarów repertuaru każdego flecisty. Starannie pomyślanym, bo wykonawcy nie poprzestają na efektownej prezentacji „ładnej francuszczyzny”. Budują opowieść o barwie, stylu, oddechu, elegancji, modalnym półcieniu i o tym, jak ważne miejsce flet zajmuje w wyobraźni muzycznej Francji.

Album jest solowym debiutem fonograficznym Jana Krzeszowca, zarejestrowanym w Sali Głównej ORLEN Narodowego Forum Muzyki. Wydawnictwo NFM i CD Accord zawiera utwory Gabriela Faurégo, Philippe’a Gauberta, Dariusa Milhauda i Pierre’a Sancana; przy fortepianie Krzeszowcowi towarzyszy Tymoteusz Bies. Premiera płyty odbyła się 27 marca 2026 roku, a sam opis wydawcy podkreśla znaczenie francuskiej szkoły fletowej przełomu XIX i XX wieku dla współczesnej sztuki gry na tym instrumencie.
Jan Krzeszowiec od dawna jest dla mnie jednym z ważnych artystów związanych z NFM. Podczas koncertów symfonicznych, gdy nie ma go w sekcji fletów NFM Filharmonii Wrocławskiej, niemal natychmiast to zauważam. Przyzwyczaiłem się do jego perfekcyjnych, a zarazem nastrojowych solówek, do tego szczególnego momentu, kiedy z faktury orkiestry wyłania się flet i nagle nadaje całemu brzmieniu inny odcień. Przyzwyczaiłem się także do znakomitego zazwyczaj brzmienia drewna Wrocławskich Filharmoników, którego główny flecista bywa niemal nieformalnym liderem. Aż trudno uwierzyć, jak wielkie znaczenie dla ogólnej barwy orkiestry może mieć jeden instrument — i jak bardzo flet potrafi zmienić charakter orkiestrowego powietrza.
Krzeszowiec jest też doświadczonym kameralistą. Widać to szczególnie w koncertach LutosAir Quintet, zespołu, który wciąż poszerza swój repertuar, wykonuje muzykę najnowszą, dokonuje polskich premier rzadziej wykonywanych dzieł i bierze udział w prawykonaniach utworów wielu polskich kompozytorów. W tym zespole Krzeszowiec działa wśród równorzędnych partnerów dętych, gdzie każdy instrument ma własną osobowość, ale zarazem musi nieustannie negocjować barwę, oddech, balans i fakturę. Na płycie French kameralistyka jest bardziej intymna: flet ma tylko jednego partnera, fortepian. Ale właśnie dlatego słychać jeszcze mocniej, że Krzeszowiec nie gra „na tle” akompaniamentu. Buduje rozmowę.
To rozmowa bardzo wyrafinowana, bo francuska muzyka od co najmniej dojrzałego baroku wyróżnia się na tle tradycji niemieckiej czy włoskiej szczególnym zmysłem koloru. Francuskość w muzyce nie zawsze polega na samej lekkości, jak czasem się powierzchownie uważa. Częściej polega na kolorystycznym myśleniu o formie: na subtelnych zmianach światła, na delikatnym balansie między linią i tłem, na elegancji gestu, na upodobaniu do odcienia, który bywa ważniejszy niż dramatyczny kontrast. Stąd zapewne tak silne francuskie zamiłowanie do fletu. Flet jest instrumentem powietrza, półcienia, konturu, blasku i oddalenia. Potrafi być pastoralny, zmysłowy, szlachetny, figlarny, melancholijny, a przy tym nie tracić swojej naturalnej elegancji.
Jan Krzeszowiec gra na tej płycie pełnym, ciepłym, bursztynowym dźwiękiem. To bardzo istotne: jego brzmienie ma w sobie więcej barw niż tajemniczości. Nie jest mgłą, która zasłania kontur. Jest raczej dobrze oświetlonym kawałkiem bursztynu, w którym widać drobne wewnętrzne załamania światła. Ten ton jest szlachetny, nośny i ciepły, ale nie ciężki. Krzeszowiec nie próbuje robić z fletu instrumentu dramatycznego w sensie skrzypiec czy wiolonczeli. Pozwala mu pozostać fletem, lecz wydobywa z niego bogactwo wewnętrznych odcieni.
Partnerem idealnym okazuje się Tymoteusz Bies. To pianista, kameralista, producent muzyczny i kompozytor, laureat I nagrody w Międzynarodowym Konkursie Muzycznym im. Karola Szymanowskiego w Katowicach; jego działalność obejmuje zarówno repertuar pianistyczny, jak i muzykę filmową oraz współpracę z kinem. Ta ostatnia informacja nie jest bez znaczenia. W grze Biesa czuć dużą wyobraźnię narracyjną i kolorystyczną. Fortepian nie jest tu jedynie instrumentem harmonicznego wsparcia. Bywa światłem pod fletem, bywa ruchomym tłem, bywa sceną, na której flet może wyjść bliżej albo oddalić się w pejzaż.

W albumie szczególnie ważna jest obecność Gabriela Faurégo. Fauré należy do tych kompozytorów, których twórczość rozwija się jak długi proces oczyszczania języka. Z jednej strony jest zakorzeniony w romantyzmie, w śpiewności i salonowej elegancji XIX wieku; z drugiej strony jego harmonia prowadzi ku modernistycznym rozluźnieniom tonalności, ku modalnym odchyleniom, ku płynności, która stała się jednym z fundamentów późniejszej francuskiej wrażliwości. Był także bardzo ważny dla francuskiej muzyki kameralnej. Należał do grona założycieli Société Nationale de Musique, instytucji szczególnie wspierającej kameralistykę, a jego I Sonata skrzypcowa była jednym z dzieł, które pomogły mu zdobyć szersze uznanie.
W utworze Faurégo obecnym na tej płycie bardzo dobrze słychać, jak flet potrafi wydobyć z tej muzyki modalność i koloryzm. Zastąpienie oryginalnie pomyślanych skrzypiec fletem przesuwa punkt ciężkości. Linia staje się bardziej pastoralna, bardziej elegijna, bardziej powietrzna. U Faurégo liryzm nigdy nie jest prostym wylewem uczucia. To raczej sztuka delikatnego zawieszenia: fraza nie tyle mówi, ile oddycha. Flet Krzeszowca znakomicie to rozumie. Jego dźwięk nie dociska melodii, nie „wyznaje” jej z nadmierną egzaltacją, lecz pozwala jej świecić łagodnie od środka.
Fauré jest także przykładem kompozytora, u którego muzyka kameralna nie jest dodatkiem do większych form. Oczywiście publiczność najczęściej pamięta Requiem, Pavanę czy Sicilienne, ale jego sonaty, kwartety, kwintety i późne dzieła kameralne należą do najważniejszych świadectw jego stylu. To właśnie w kameralistyce Fauré najpełniej pokazał, jak można połączyć romantyczną śpiewność z harmonicznym wymykaniem się oczywistości. Dlatego obecność Faurégo na płycie fletowej ma głębszy sens: flet odsłania nie tylko urodę melodii, ale też jej niejednoznaczne, modalne tło.
Drugim kluczowym nazwiskiem jest Philippe Gaubert. Tu wchodzimy już w sam środek francuskiej szkoły fletowej. Gaubert był flecistą, dyrygentem i kompozytorem; jako twórca pozostawił wiele utworów, sonat i transkrypcji na flet, a także muzykę symfoniczną i balety. Ważne jest też jego miejsce jako następcy i kontynuatora tradycji Paula Taffanela, jednej z najważniejszych postaci nowoczesnej francuskiej gry fletowej. Taffanel i Gaubert byli w pierwszej połowie XX wieku dwiema czołowymi postaciami tej tradycji: obaj byli wybitnymi flecistami i pedagogami, a zarazem autorami istotnego repertuaru dla instrumentu.
Gaubert jest więc na tej płycie nie tylko kompozytorem jednego czy drugiego pięknego utworu. Jest reprezentantem całej kultury brzmienia. U niego flet nie jest instrumentem specjalnym, który przypadkiem dostaje chwilę na pierwszy plan. Flet jest naturalnym bohaterem muzyki. Fraza bywa długa, wysmakowana, błyszcząca, ale jej wirtuozeria polega bardziej na giętkości tonu i elegancji oddechu niż na popisowym gwałcie. Krzeszowiec gra Gauberta bez cukru i bez akademickiego chłodu. Jego bursztynowy dźwięk dobrze pasuje do tej muzyki, bo pozwala zachować elegancję, a jednocześnie nie zamienia jej w porcelanową figurkę.
Darius Milhaud wnosi na album inny rodzaj francuskości. To kompozytor z kręgu Les Six, twórca niezwykle płodny, otwarty, polistylistyczny, niechętny podporządkowywaniu się modom i doktrynom. Pozostawił on aż 443 opusowane dzieła obejmujące orkiestrę, kameralistykę, fortepian solo i duet, operę, pieśń, chóry, balet, teatr i film, a jego twórczość cechowała potrzeba eksperymentowania i niechęć do ograniczania się tradycją czy modą. Z Les Six, z którą mam problemy, jako, że nie jestem zapalonym miłośnikiem neoklasycyzmu, właśnie Milhaud potrafi często bardzo pozytywnie mnie zaskoczyć.
W kameralistyce Milhaud jest szczególnie interesujący, bo jego język często łączy prostotę gestu z harmoniczną przewrotnością. Słynna politonalność nie musi u niego brzmieć jak suchy eksperyment. Może mieć w sobie słońce południa, lekkość tańca, uliczną energię, jazzowy cień albo prowansalską przejrzystość. Utwory na mniejsze składy pozwalają tę cechę usłyszeć bardzo wyraźnie: nic nie ginie pod ciężarem orkiestry, każda zmiana akordu, rytmu i koloru staje się widoczna. W takim repertuarze Bies jest partnerem bardzo czułym. Nie wygładza Milhauda, ale też nie robi z niego ekscentryka. Pozwala mu oddychać naturalnie.
Na końcu tego francuskiego pejzażu stoi Pierre Sancan, kompozytor, pianista, pedagog i dyrygent. Jego Sonatina na flet i fortepian z 1946 roku jest dziś jednym z najbardziej znanych i najczęściej grywanych utworów fletowych XX wieku; właśnie ta kompozycja stała się jego najsłynniejszym dziełem i trwałym elementem repertuaru flecistów. Sancan reprezentuje już powojenną kontynuację francuskiej tradycji: bardziej nowoczesną, nieco ostrzejszą, ale wciąż pełną elegancji, barwy i przywiązania do klarownego gestu.
W takim kontekście płyta French układa się w opowieść nie tylko o czterech kompozytorach, ale o długim trwaniu francuskiej fletowości. Fauré pokazuje stronę modalno-romantyczną, liryczną, pełną półcieni. Gaubert reprezentuje bezpośredni rozkwit francuskiej szkoły fletowej. Milhaud wnosi śródziemnomorską otwartość, rytmiczną i harmoniczną niezależność. Sancan dopowiada powojenną wirtuozerię, już nowocześniejszą, ale nadal zakorzenioną w tym samym kulcie barwy i oddechu.
Największą zaletą albumu jest to, że Krzeszowiec i Bies nie próbują wszystkich tych światów ujednolicić. Nie tworzą jednej pięknej, francuskiej mgiełki. Każdy kompozytor ma tu własny profil. Fauré jest bardziej pastoralno-elegijny, Gaubert bardziej idiomatycznie fletowy, Milhaud bardziej przewrotny i ruchliwy, Sancan bardziej błyskotliwy i nowoczesny. A jednak całość nie rozpada się na antologię. Spaja ją brzmienie fletu Krzeszowca oraz kultura dialogu z fortepianem Biesa.

Krzeszowiec gra z ogromną klasą. Technika jest tu oczywista, ale nie wysunięta na pokaz. Najważniejsze są odcienie: miękkość ataku, długość oddechu, umiejętność podania frazy tak, aby miała własne światło, nie tylko poprawny kontur. Jego flet nie jest srebrzystym punktem ponad fortepianem, lecz barwnym głosem w przestrzeni kameralnej. Kiedy potrzeba, potrafi być liryczny i bardzo ciepły; kiedy indziej zyskuje większą sprężystość, ale nigdy nie traci elegancji. To gra muzyka, który doskonale zna orkiestrę, lecz w kameralistyce nie myśli orkiestrową masą. Myśli oddechem i kolorem.
Bies odpowiada mu grą uważną, giętką i inteligentną. Fortepian we francuskiej kameralistyce fletowej łatwo może stać się zbyt ciężki. Wtedy flet musi szybować nad nim jak ptak nad ciemnym lasem. Tutaj fortepian jest raczej krajobrazem powietrznym: ma swoje pulsacje, cienie, refleksy i kontury, ale pozostaje przepuszczalny. Bies umie grać bogato, a zarazem nie przytłaczać. Jego partia jest partnerska nie dlatego, że domaga się równych praw siłą, lecz dlatego, że cały czas współtworzy odcień. Co ciekawe, frazy zmierzające do kulminacji u Faurego pokazują, że obaj muzycy potrafią też grać masywnie, z dużą ekspresją. Również u w dziele Sancana flet potrafi być niemal drapieżny, nie jako wyłaniając się z ogólnej tkanki albumu jeszcze inną barwą.
Bardzo wysoko oceniam także dobór repertuaru. To nie jest płyta skompilowana przypadkowo z „francuskich przebojów na flet”. Ma wewnętrzną dramaturgię i sens. Pokazuje francuską muzykę fletową jako tradycję barwy, ale nie zamyka jej w jednym stereotypie. Pozwala usłyszeć, że koloryzm może być romantyczny, szkolny w najlepszym sensie, modernistyczny, pastoralny, elegijny, neoklasyczny, figlarny i wirtuozowski. A wszystko to pozostaje francuskie nie przez powierzchowny “uprzejmy obiektywizm”, ale przez sposób myślenia o dźwięku.
Płyta bardzo mi się podobała. Jest świetnie wykonana, starannie ułożona i pięknie nagrana. Jakość realizacji — zgodnie ze standardem wydań związanych z NFM — pozwala słuchać szczegółu bez klinicznej suchości. Flet brzmi blisko, ale nie agresywnie; fortepian ma przestrzeń i naturalny ciężar, ale nie zasłania oddechu. W muzyce opartej na barwie to niezwykle ważne. Źle nagrany flet potrafi stać się ostry albo papierowy; tutaj zachowuje ciepło, ciało i bursztynowy połysk.
French jest więc czymś więcej niż wizytówką znakomitego flecisty. To płyta o francuskim sposobie słyszenia fletu, o ciągłości szkoły, o modalnych półcieniach romantyzmu i modernizmu, o kameralnej rozmowie dwóch bardzo świadomych muzyków. Jan Krzeszowiec, którego od lat słucham w orkiestrze jako jednego z gwarantów pięknego brzmienia drewna NFM Filharmonii Wrocławskiej, pokazuje tu swoją bardziej intymną, skupioną twarz. Tymoteusz Bies okazuje się partnerem nie tylko sprawnym, ale bardzo wrażliwym na kolor i oddech.
To album elegancki, ale nie chłodny; wysmakowany, ale nie martwy; pełen tradycji, lecz żywy. Francuska muzyka fletowa bywa czasem traktowana jak repertuar „ładny”. Krzeszowiec i Bies przypominają, że za tą urodą stoi cała kultura brzmienia: sztuka odcienia, światła, gestu, powietrza i frazy.




