• środa, 28 czerwca 2017 r.

Czy google zamyka nas w bańce własnych poglądów?

Oczywiście obawa jest słuszna i warto o tym rozmawiać, ale na dzień dzisiejszy wyszukiwarka google jest wciąż skutecznym i obiektywnym narzędziem. Jeżeli kiedyś przestanie być, szybko wyhoduje sobie konkurencję.

Odczarujmy trochę Google jako firmę, która dziś rzeczywiście przechodzi nieco na ciemną stronę mocy, jak każdy gigant i monopolista, ale to jednak wciąż łagodny olbrzym w porównaniu do wielu firm z tej branży. Słynne googlowskie „Don’t be evil” jest bardzo zakorzenione w kulturze firmy. Trudno sobie wyobrazić co z takim rządem dusz i monopolem jaki ma dziś Google zrobił np. Microsoft, albo Donald Trump.

Profilowanie użytkowników rzeczywiście jest problemem, ale nie zaburza wyników wyszkukiwania w sposób, który powinien nas martwić. To co martwi adwokatów prywatności, to monopolizacja usług internetowych przez Google i integracja profilowania. Algorytmy googla czytają dziś nasze maile, śledzą co oglądamy na Youtube, obserwują co lubimy i usiłują wrzucić nas do jednej z milionów szufladek, pokatalogować nas dla reklamodawców. Ale przy okazji niebezpiecznie integrują wszystkie źródła informacji o nas i udostępniają je w zasadzie wszystkim. O ile nie mam nic przeciwko mocno targetowanej reklamie (jest lepsza niż dwudziestominutowy blok reklam jakichś nikomu niepotrzebnych tabletek przed meczem), to skutki uboczne w postaci biblioteki katalogującej ludzi nie są dobre. Dla wielu komentatorów to właśnie jest końcem polityki „Don’t be evil”.

Dlaczego jednak nie musimy się obawiać o wyszukiwarki? Właśnie dlatego, że to wciąż największe źródło dochodu Google i dochody te są ściśle uzależnione od obietnicy, że usługa będzie działać tak jak wszyscy się spodziewają. Reklamodawcy inwestują mnóstwo czasu i pieniędzy w pozycjonowanie i gdyby nagle okazało się, że każdy użytkownik widzi coś dokumentnie innego, cała strategia reklamowa padłaby na pysk, firmy nie byłyby w stanie śledzić, co właściwie ludzie widzą, nie byłyby w stanie korygować swojego przekazu, miałyby bardzo ograniczoną informację zwrotną.

Oczywiście personalizacja istnieje i w pewnym sensie się pogłębia, ale jest mało prawdopodobne, by zamknęła nas w informacyjnej bańce w takim stopniu, jak robi to dziś Facebook czy Twitter (też poniekąd na naszą własną prośbę).

Celem google jest ułatwić nam znalezienie tego co szukamy. Samouczące się sieci neuronowe próbują odgadnąć nasze intencje, badając czego szukaliśmy wcześniej. Od jakiegoś czasu działa też wymiar społecznościowy personalizacji, czyli jeżeli nasz znajomy był np. w jakiejś restaturacji a my szukamy restauracji w tej samej okolicy, to jest szansa, że dana restauracja pojawi się wyżej w wynikach wyszukiwania. Wpływ personalizacji jest bardzo subtelny i ograniczony.

O wiele większym czynnikiem ‚zniekształcającym’ jednorodność wyników wyszukiwania jest dziś lokalizowanie wyników (czyli przystosowanie ich do miejsca, kraju, regionu wyszukiwania). Nie sposób się od niej uwolnić, chyba że zmienimy adres IP, ale wówczas będziemy jedynie udawać inną lokalizację. Lokalizacja stara się być wybiórcza i inteligentna. Nie można jednak wykluczyć jakichś zniekształcających efektów ubocznych i siła ich oddziaływania może być większa, bo lokalizacja mocno ‚koloruje’ wyniki. Zapytania o kwestie polityczne czy społeczne mogą dawać wyniki odzwierciedlające opinie dominujące w danym kraju czy regionie, nawet jeżeli nie są zbyt obiektywne. Jest to jednak jedynie podkreślenie bańki, która i tak istnieje w naturze i jest trudna do przebicia.

Największa bańka jednak to nasza głowa. Eli Pariser, aktywista internetowy, który napisał książkę „Fliter Bubble” (filtrująca bańka) i uruchomił cały medialny szum wokół profilowania, wydaje się nie brać tego pod uwagę. Podaje przykład konserwatysty i liberała, z których każdy po wpisaniu hasła ‚BP’ otrzymuje inne wyniki – pierwszy informacje dla inwestorów, drugi informację o wycieku ropy. Z pozoru przykład ten jest bardzo przekonujący, ale ‚BP’ to bardzo generyczna fraza, której ‚szukanie’ dla każdego użytkownika google nie ma zbytniego sensu. Szukamy rzeczy bardziej konkretnych i właśnie tu zaczyna się problem bańki. Przyglądając się sugestiom googla można zauważyć jak wiele typowo wyszkukiwanych fraz jest w istocie poszukiwaniem potwierdzenia opinii, której i tak nie chcemy zmienić. Niewiele ludzi próbuje rozbić tę bańkę i poszukać źródeł sprzecznych z naszym ustalonym z góry zdaniem. Inna sprawa, że ludzie dziś coraz mniej bazują na google jako źródle opiniotwórczym – zamiast tego wchodzą po prostu na serwisy medialne, których profil zwykle nie kłóci się z ich poglądami.

climate_search

Z drugiej strony tacy ludzie jak Eli Pariser są potrzebni, bo nawet jeżeli dziś są alarmistami, algorytm googla zmienia się niemal każdego miesiąca i tego rodzaju demokratyczny nadzór nad czymś co ma tak wielki wpływ na nasze opinie jest ważny. Zresztą przeciwwaga dla Google jest silniejsza niż nam się wydaje. Środowiska przedsiębiorców technologicznych z dolinych krzemowej i aktywistów internetowych są z sobą powiązane i rosną jako coraz poważniejsza siła opiniotwórcza i polityczna na świecie. Te środowiska tylko czekają na to, by Google zbytnio zapuścił się w ścieżkę informacyjnej dystopii i pojawiła się nisza dla konkurencyjnej, bardziej obiektywnej wyszukiwarki.

Google jest świadomy tych procesów i stąpa bardzo ostrożnie. Dowodem tego, że Google troszczy się o jakoś i obiektywność informacji są ostanie inowacje w zakresie kontroli faktów. Google dostrzega, że demokratyczne wyniki wyszukiwania bazujące na rankingu zaufania użytkowników internetu to często informacyjny śmietnik, że coś co miało być obiektywne wypluwa antyszczepionkowe i klimatosceptyczne bzdury jako pierwsze wyniki. Można powiedzieć, że dostrzegli niedoskonałość informacyjnej demokracji. Ostatnie eksperymenty z algorytmami sprawdzającymi fakty i rankingowania stron w oparciu o obiektywność a nie tylko reputację to bardzo dobry kierunek. Kontrola obiektywności bazuje na gigantycznej bazie danych faktów. Można to porównać do sfery eksperckiej, która ma wpływ i moderuje sferę demokratyczną. Rozwiązanie, które działa w naturze i odróżnia zdrową demokrację od tyranii większości.

Google niekoniecznie robi to dlatego, że jest łagodnym olbrzymem. Po prostu pojawił się rynek na kontrolę faktów, co potwierdza istnienie takich serwisów jak FaktCheck, Politifact, Snopes, platforma Hypothesis do nanoszenia poprawek w doniesieniach prasowych, serwis ekspercki Quora itp i jak zwykle Google będzie starał się go zmonopolizować.

Podsumowując – nie taki diabeł straszny, lepiej walczmy o coś bardziej podstawowego, bo neutralność internetu jest dziś zagrożona, a próby przejęcia kontroli na internetem przez globalne sieci kablowe i tradycyjne media to o wiele groźniejszy trend.

Podobne materiały

5 komentarzy

  1. Benbenek
    5 sierpnia 2016 at 10:58 - odpowiedz

    Bardzo ciekawy artykuł o bardzo interesującym zjawisku. Szkoda, że nie ma komentarzy.
    Nie jest to tylko google. Internet spowodował, że dobieramy sobie informacje wg własnych upodobań. Tym gorzej przyjmujemy informacje, które zmuszają nas do konfrontowania własnych przekonań.

  2. Tomex
    8 sierpnia 2016 at 21:01 - odpowiedz

    Na początku chciałem podziękować za ciekawy artykuł i podkreślić, że zgadzam się z jednym z głównych wniosków, że największa bańka jest w naszych głowach.
    Chciałbym jednak rzucić inne światło na kwestie Google jako obiektywnego narzędzia i hasła „Don’t be evil”. Przypomnę choćby zniknięcie czołowych polskich porównywarek cen: Ceneo.pl, Nokaut.pl i Skapiec.pl oraz serwisów Radar.pl, Świstak.pl i Euro.com.pl w styczniu 2012 roku.
    Oficjalnie za niezgodność w wytycznymi Google (ustalenia wewnątrz-firmowe), a nieoficjalnie zbiegło się to z czasem wprowadzenia przez G. usługi Product Search (dziś Google Merchant Center).
    Takie i podobne działania G. podejmował na wielu rynkach, dzięki czemu sprawie przyjrzała się Komisja Europejska, która dopatrzyła się w działaniach firmy znamion praktyk monopolistycznych. Niestety dzięki profesjonalnym prawnikom sprawy takie ciągną się długo. Spraw o manipulację wynikami wyszukiwania z celu preferowania własnych lub powiązanych marek lub usług jest/było kilka, a to nie jedyny typ spraw które się toczą. Czy to czepialstwo europejskich biurokratów czy dbanie o dobro konsumentów ? – sami rozsadźcie.
    W świetle choćby powyższego twierdzę, że „Don’t be evil” to płytkie hasło z początków istnienia firmy, które można jeszcze co mniej zorientowanym sprzedać. Wyszukiwarkę, która manipuluje wynikami wyszukiwania przez nie pokazywanie wszystkiego co zgodnie z ideą obiektywnego wyszukiwania powinno tam być, trudno określić „obiektywnym narzędziem”.
    Dalej, jak widać, czasowy, ograniczony do branż brak obiektywizmu nie powoduje „szybkiego wyhodowanie konkurencji”. Założyłbym się nawet, że 2 razy dłuższe „wyłączenia z wyników wyszukiwania” 2 razy większej liczby firm tylko rozproszonych w różnych branżach zostałyby niezauważone przez przeciętnych konsumentów, a dla tych firm powodowałyby poważne problemy (fikcja ? a może fakty?).
    Ostatni wątek dot. zdania ” Reklamodawcy inwestują mnóstwo czasu i pieniędzy w pozycjonowanie i gdyby nagle okazało się, że każdy użytkownik widzi coś dokumentnie innego, cała strategia reklamowa padłaby na pysk …”. Myślę, że to nieporozumienie w kwestii rozumienia interesu biznesowego firmy G. Pozycjonowanie (zwane też nie do końca poprawnie SEO) to rodzaj reklamy z którego pieniądze nie trafiają do G. Zgodnie z zasadami ekonomii kapitalistycznej (szczególnie Chicagoskiej szkoły) monopolista nie jest zainteresowany popularyzacją tej metody, chociaż informuje o „dopuszczalnych” metodach. Zainteresowany jest i promuję metodę alternatywną reklamy w wyszukiwarce, jaką są linki sponsorowane (w wydaniu G. pod nazwą adWords). W tej usłudze udostępnia „śledzenie, co właściwie ludzie widzą”, czyli właśnie informację zwrotną.
    … a w praktyce – znacząco utrudnia pozycjonowanie, aby podmioty zainteresowały się adWords.

    • Jarek Dobrzański
      9 sierpnia 2016 at 01:57 - odpowiedz

      Dzięki za ciekawy głos. Google jest dla mnie też coraz bardziej dyskusyjny jako monopolista i moloch, ale z tymi przykładami akurat się nie zgodzę. Wg mnie to google chroni konsumentów przed nieuczciwymi praktykami banując porównywarki (bo to jest niestety gangsterka internetu, spamerskie serwisy, słabe technologicznie, wolne, skupiające się wyłącznie na technologiach optymalizacyjnych, generujące sztuczną treść itp – to po prostu unowocześniona wersja wcześniejszej plagi – fabryk linków). Koszty prowizji i tak są przenoszone na konsumentów, więc niby fajnie bo mamy porównanie cen, a tak naprawdę płacimy drożej bo wiele prawdziwych producentów musi opierać się na porównywarkach, które wykopały ich z pierwszych miejsc zajmując się wyłączenie technologią i seo. To wszystko jest zgodne ze strategią preferowania doświadczenia użytkownika nad korzyści dla płacących klientów – google wie że w długim okresie to im się bardziej opłaca. Koncentratory porównujące są dziś wciąż plagę w turystyce i paru innych branżach i wg mnie trzeba je wykosić. Co do adwords – informacji zwrotnej jest wiele typów i jedyną rzeczą którą google ‚wyjął’ narzędziom analizującym ruch organiczny jest znajomość frazy jaka była wyszukiwana ‚search term’ szyfrując ja, co z kolei z punktu widzenia prywatności i bezpieczeństwa jest słuszne. Więc to akurat nie ma nic wspólnego z personalizacją. Google rzeczywiście podejmuje wiele działań by zachęcić firmy do korzystania z adwords i wiele jest na krawędzi uczciwości. Pamiętajmy jednak że uczciwość nie jest tożsama z dążeniem do obiektywności, która koniec końców jest wciąż sednem ‚produktu’ googla. O wiele gorsze rzeczy robią np żeby naciągać ludzi na wydawanie na adwords więcej niż powinni. Ale z kolei Facebook jest w tej dziedzinie o wiele wiele gorszy.

    • Jarek Dobrzański
      9 sierpnia 2016 at 02:04 - odpowiedz

      Ujmując to bardziej ogólnie – google wziął na siebie rolę ‚regulatora internetu’ i jednak ‚obrońcy ostatecznego konsumenta’. Działa niedemokratycznie i technocentrycznie dlatego jest na wojennej ścieżce z komisją europejską. Merchant Centre jest np wycięciem pośrednika – korzyść dla producenta i konsumenta, strata dla pośrednika. Wg mnie jednak to google wyrównuje pole gry i koryguje rynki lepiej niż biurokraci i politycy

  3. Tomex
    8 sierpnia 2016 at 21:05 - odpowiedz

    Piszę komentarz – tylko takie długi, że nie chce się zmieścić 😉

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *