• czwartek, 12 grudnia 2019 r.

Rozdział 19. Podróż przez lodowe obszary niczyje była ogromnie fascynująca

Rozdział 19.

 

 

   Podróż przez lodowe obszary niczyje była ogromnie fascynująca. Choć nie było tam już życia, od czasu do czasu natykali się na formy przetrwalnikowe, inne niż te na powierzchni, gdyż mimo śmiertelnej zimy tych okolic, ciśnienie atmosfery było dużo wyższe niż na powierzchni. Uśpione zarodniki organizmów, oraz dojrzałe, małe osobniki, były dużo bardziej martwe od wszelkich zagrzebujących się w błocie, piasku i śniegu stworzeń, które znali z Ziemi. O ile na powierzchni Kubery pogoda zmieniała się dynamicznie, o tyle w tym podziemnym świecie do kolejnego wylewu lawy w odpowiednim miejscu mogły minąć nawet dziesiątki tysięcy lat. I takie też były organizmy, które cierpliwe i z wielu stron oglądali. Podobne do skał, oparte bardziej na wiązaniach krzemu, niż węgla, czekały na rzekę lawy, która jako jedyna mogła rozproszyć ich śmiertelny sen.

   W niektórych miejscach zahibernowane życie piętrzyło się w podobnych do wydm kopcach, w innych jednakże przez wiele godzin marszu nie objawiały się zmysłom żadne przejawy życia. Całkowity brak wiatru, z którego dopiero teraz zdali sobie sprawę, dopełniał niepokojącego nastroju osamotnienia. Wedle ich przypuszczeń ów spokój tutejszej atmosfery wynikał z aktywności samych Kuberian, dla których nagłe otwarcie się szczelin w grotach było kataklizmem dużo surowszym niż najbardziej nawet dynamiczne erupcje lawy i trzęsienia ziemi. Jako organizmy czerpiące energię nie ze słońca, lecz z chemii wulkanicznego księżyca, mieli z pewnością Kuberianie bogatszy zestaw substancji, którymi mogli oddychać. Nie był to bynajmniej częsty na Ziemi dualizm – tlen lub ditlenek węgla. Z owym dualizmem w bezwietrznych jaskiniach Kubery nie mogłoby zapewne toczyć się życie.

   Na prośbę Ludwika Wadż wzbogaciła percepcję Spojrzeń o ziemskie zmysły. Mogli zatem włączyć latarkę o dużej mocy i spojrzeć na przepastny ogrom rozpościerający się nad nimi. Monumentalne skały, podobne do odwróconych masywów górskich, schodziły nad nimi w dół, wywołując przerażające, klaustrofobiczne uczucie. Spowite mgłami zęby podziemi wdzierały się następnie w unoszące się w górę szczyty wyrastające z doliny, po której kroczyli. Gdzieś tam, na lewo od nich, posadzka bezkresnej groty łączyła się z jej sklepieniem. Latarka której używali mogła oświetlać przedmioty odległe nawet o kilkanaście kilometrów, jednak mimo to nie jej światło nie sięgało rozpadlin przecinających odwrócone góry sklepienia.

 

 

   W pewnym momencie snop światła oświetlił podobne do średniowiecznego zamku zabudowania na jednym z odwróconych szczytów. Odruchowo wyłączyli światło, lecz po chwili rozświetlili grotę ponownie, ufając słowom Wadż, która zapewniła ich, że pasmo fal elektromagnetycznych emitowanych przez ich lampę nie jest wykrywalne dla zmysłów Kuberianina. Dzięki obserwacjom zorientowali się, że nie są jeszcze w miejscu, gdzie temperatura schodzi poniżej zera. Nigdzie nie było widać śniegu, otaczająca ich pustka przypominała bardziej pustynię niż lodowiec. Gdzieś dalej, blisko ściany zamykającej jaskinię widzieli plamy bieli, stanowiącej tutejszą wieczną zmarzlinę. Niekiedy stosunkowo płaskie podłoże, po którym kroczyli, przecinały też koryta wyschniętych rzek. Były płytkie, niemalże niewidoczne, stanowić musiały pamiątki po przejściowych ociepleniach tutejszego klimatu mających miejsce setki, a może tysiące lat temu. Niekiedy spod pyłu płaskowyżu wystawały modernistyczne spirale bazaltowych skał, stanowiące pamiątkę po odległych w czasie erupcjach lawy.

   Wędrówka zajęła im już kilka dni. Na szczęście Wadż mogła emitować ich spojrzenia w dowolnym miejscu tych pustkowi i wykorzystywała miejsca wskazane światłem latarki. Wszyscy  zgodnie przypuszczali, że minęli już dawno granicę i kraj do którego zmierzali jest po ich prawej stronie. Niestety, niebotyczny masyw górski zagradzał im możliwość pójścia w tamtą stronę. Był on niemal idealnie prostopadłą do płaszczyzny równiny ścianą, której górne partie znajdowały się poza zasięgiem latarki. Całkiem możliwe, że ta ściana była wynikiem działalności Kuberian, ale Wadż nie znalazła w niej żadnych czynnych, bądź opuszczonych przejść. Erozja w jaskiniach Kubery przebiegała znacznie wolniej niż na powierzchni Ziemi, mogli mieć zatem mimo wszystko do czynienia z zupełnie naturalnym masywem. Być może weszli też w jakiś ślepy zaułek podziemnego świata, który wił się bezludnym rękawem na podobieństwo macki Kuberianina.

   Po kolejnych dwóch dniach Wadż zaczęła się zastanawiać nad wyposażeniem swoich podopiecznych w jakiś pojazd. Do tej pory nie chciała się na to zdecydować z uwagi na wzbudzenie ewentualnej sensacji u Kuberian, gdyby ci ujrzeli zupełnie obcą sobie technologię. Mogła wprawdzie sporządzić samochód naśladujący pojazdy poruszające się po kuberiańskich drogach magnetycznych, ale, jak przypuszczali, ujrzenie takiego urządzenia w zupełnej dziczy wzbudziłoby tym większą sensację. Sądząc z historii Wysoskacza, niektóre kuberiańskie samochody mogły jeździć poza wyznaczonymi drogami, ale z pewnością nie tak daleko od nich. Do tego ostatniego zadania służyły zapewne pojazdy wojskowe, ale nie widzieli nigdy żadnego tego typu, pomijając już fakt ewentualnych podejrzeń.

   Na szczęście, po wielu godzinach marszu, gdy zamierzali już opuścić Spojrzenia, światło latarki ukazało im potężną kotlinę w litej ścianie piętrzącej się po ich prawej stronie. Gdy następnego dnia szykowali się w Pawilonie Laboratorium do uformowania Spojrzeń na powierzchni Kubery, panowało wśród nich podniecenie wywołane nadzieją ujrzenia nowego kraju, zamieszkałego być może przez mniej fanatycznych mieszkańców.

Tym razem nie powinnam was zaopatrzyć w latarkę i ziemskie zmysły – rzekła Wadż, – musicie się nadal uczyć innej percepcji.

Masz rację – rzekła Gauri, rozgarniając coraz bardziej niesforne włosy. Od dłuższego czasu miała dziwne wrażenie, że może obserwować ogród mogolski w sercu stacji kosmicznej Wadż kuberiańskimi zmysłami. Prócz tego, że czuła, widziała, słuchała, wąchała i słyszała, miała uczucie, że wciąż napływają do niej dźwiękokształty i rzeczy w najbliższym otoczeniu ogląda z wielu stron naraz, niczym urodzona kubistka. Znaczyło to zapewne, że robi postępy i była bardzo zadowolona, choć nie umiała w pełni wytłumaczyć, dlaczego kuberiańskie wrażenia zmysłowe są aż tak silne poza Kuberą. Nie było przecież możliwe, żeby jej ziemski mózg zaadoptował nowe postrzeganie zmysłowe. Poprawiła włosy skonsternowana i na moment zakręciło się jej w głowie. Być może miała ich już za dużo, ale jak każda porządna Hinduska czuła niechęć przed ich obcinaniem. Opuściła rękę na kształtne, szerokie biodra i rzekła znowu. – Masz rację, ale byłoby nam miło, gdybyś dała nam tylko rzucić okiem z przełęczy. Chciałabym zobaczyć na sposób ziemski, jak wyglądają tereny zamieszkane.

To doskonały pomysł – poparł ją Ludwik, unosząc głowę znad papieru nutowego, w którym zagłębiał się w każdej chwili przerwy.

Znakomity – dodał Czandra, który powrócił do pisania pamiętników i podobnie jak kompozytor stale coś notował. Pewna monotonia podróży przez kuberiańską pustynię skłoniła go do pracy twórczej.

Ale tylko raz – zastrzegła Wadż. – Słoneczny byłby zły, gdyby się dowiedział, że naciągamy jego wytyczne.

Gdyby mu tak zależało na pełnym posłuszeństwie, siedziałby tu z nami cały czas – zauważył młodzieniec, – w końcu i tak przebywał z nami w postaci Spojrzenia, a ma przecież podzielną uwagę.

Też tak sądzę i tylko dlatego się zgadzam – odparła Wadż.

A myśleliśmy, że planujesz bunt – uśmiechnął się Czandra.

Oczywiście – zgodziła się Wadż, – ale doświadczenie z wami, oparte na ciekawości Gauri, ma zupełnie obiektywny charakter. Ciężko się buntować przeciwko temu, że kula jest okrągła. Albo się to zaakceptuje, ale się weźmie sześcian. Tak samo jest z wami, mogę pracować z wami jeszcze jakiś czas, albo nie. Natomiast sam charakter tej pracy nie wymaga ani akceptacji, ani negacji. – Wadż namyślała się przez chwilę, po czym kontynuowała. – Przygotowałam wam coś lepszego niż latarkę. Będziecie mieć flarę, którą wbijecie na przełęczy i która rozświetli duży obszar, niczym małe Słońce.

   Gdy znaleźli się już w swoich Spojrzeniach, pobiegli raźno do przodu zachęceni obietnicą Wadż, o ile oczywiście pospiesznie ruchy dolnych macek złączone z podskokami można było nazwać biegiem. Po kilku korzeniach wyrosło przed nimi urwisko wiodące na przełęcz. Wspinaczka okazała się dla nich nad wyraz trudna. Zmuszenie obcych sobie ciał do alpinizmu było niemal koszmarem. Gdyby nie samoistnie zaczepiające się haki i liny, przygotowane przez Wadż, nie zdołaliby nigdy przebyć nawet drobnej części piętrzącej się nad nimi ściany. I tak co jakiś czas omal nie zrzucały ich kamienie odrywane przez niezręcznych współtowarzyszy. Gdyby nie niższa grawitacja księżyca, dawno by już legli na dole zdruzgotani licznymi głazami. Tak mogli zaś śledzić swoimi kuberiańskimi zmysłami płynące w powietrzu skalne odłamki i próbować je odbić macką, nim osiągną jakiś wrażliwy punkt kuberiańskiego ciała.

   Gdy pięli się w górę, coraz częściej natrafiali na żywe organizmy. Czasem coś małego wypełzało ze skalnego załomu, innym razem na skalnej półce rozciągał się maleńki ogród porostów. Organizmy zwierzęce nie lękały się ich, lecz częstokroć wskakiwały na nich, zadziwione tak dziwnym sposobem transportu. Był to znak, że nie zapuszczają się w te strony Kuberianie, z natury rzeczy niebezpieczni dla mniej rozwiniętych technologicznie gatunków fauny. W pewnym momencie uderzył w nich ciepły podmuch wiatru, który tłumaczył swoją obecnością kwitnące w tym miejscu życie. Ten rzadki w podziemiach Kubery żywioł miał zatem swój przyczółek w postaci rysy przerywającej potężny skalny dział. Jego obecność wskazywała też Ziemianom i Ludwikowi, że za kotliną znajdują się cieplejsze, zaludnione krainy.

   Po dłużącej się w nieskończoność wspinaczce, której nie chcieli przerywać, dotarli wreszcie do celu. W egipskich ciemnościach otaczającej ich kuberiańskiej natury poczuli, że nieubłagana skalna ściana łagodnieje, staje się płaska, po czym z równie szaleńczym pośpiechem biegnie w dół. To wszystko mogli poznać jedynie dzięki temu, czego zdołali dotknąć. Wiatr płynący z dalekich dolin nie był na tyle ciepły, by rozjaśnić powietrze wokół nich i ich kuberiańskie zmysły były niemal całkowicie bezużyteczne. Gdyby byli prawdziwymi Kuberianami, nie mogliby przetrwać w takich warunkach, chyba, że użyliby kosmicznego skafandra, podobnego do tych, jakich używał Wysoskacz wychodząc na powierzchnię księżyca.

Jest w tym coś niesamowitego – rzekł w ich myślach Czandra, – jesteśmy na zupełnie obcej planecie, chciałem powiedzieć księżycu i otacza nas noc, która uczyniłaby dla nas obcą nawet Ziemię. W takich chwilach bezksiężycowej samotności (mam na myśli nasz, ziemski księżyc), czułem zawsze jak znikają granice mojego ciała, jak moje myśli rozpływają się w wietrze. Stawałem się częścią niewidocznego pejzażu.

To dość słuszne wrażenie, mój Heathcliffie – zaśmiała się Gauri, – prawdziwe niezależnie od ilości fotonów wokół nas.

Niektórzy odbierają taką pustkę odwrotnie – zauważył Ludwik, – mam na myśli ohydnych mistyków. Mają wtedy wrażenie, że są tylko oni. Ta impresja ma dla nich coś boskiego.

Tak, wiem – dodał młodzieniec, – wtedy wsłuchują się w swój oddech, bicie serca, pulsowanie krwi etc. Tu byłoby im trudniej, gdyż hałas metabolizmu kuberiańskiego, imitowany przez głośniczki Spojrzeń, nie miałby w sobie inspirującej wartości dla ich egotycznych wizji. Ale dajmy temu spokój. Ta chwila jest prawdziwie romantyczna, nie muszę ci chyba o tym mówić Ludwiku? Jesteśmy na wysokiej górskiej przełęczy, zawieszeni między dwoma tajemniczymi krainami, o których dzień nie przyniósł nam żadnych wieści. Ta cała symbolika, tak urocza na starej poczciwej Ziemi, tu staje się małym dwuwierszem wyrytym na powierzchni czegoś bezgranicznego. Tu nie ma po prostu dnia, to nie są wcale góry, a krainę przed nami oglądają po raz pierwszy przybysze z innego świata. Jesteśmy nimi my sami, choć nie znamy jeszcze w pełni swojej roli.

To rzeczywiście niesamowite – stwierdziła dziewczyna, oczarowana słowami swojego przyjaciela. Cały czas używali wewnętrznej komunikacji, gdyż w takiej ciemności komunikacja z pomocą dźwiękokształtów nie działała. – Wbijmy flarę i oddalmy się na bezpieczną odległość.

    Na te słowa Ludwik, który najlepiej sobie radził z motoryką kuberiańskiego ciała, zdjął z pleców podobny do kija od miotły przedmiot i wbił go na środku przełęczy. Następnie pospiesznie oddalili się w bok, trawersując jakiś niewidoczny dla nich szczyt. Miękka od porostów półka skalna na szczęście pozwoliła im poruszać się w miarę bezpiecznie. Po ułamku korzenia za ich plecami wybuchła potężna jutrzenka. Ocean słonecznego światła zalał leżącą przed nimi krainę, oni zaś mogli jedynie się dziwić, że ten potężny blask nie zostanie zauważony przez żadnego z mieszkańców Kubery. To pasmo fal elektromagnetycznych było dla Kuberian jedynie szumem w urządzeniach, zakłóceniem, które na Ziemi przeszkadza niekiedy w słuchaniu audycji radiowej.

   Ziemianie i Ludwik spojrzeli na równinę ludzkimi oczami, skrytymi gdzieś w zagłębieniach kuberiańskiej skóry spojrzeń. Hojna Wadż nie omieszkała rzecz jasna wyposażyć ich w więcej, niż jedną parę tych zmysłów i wyglądali przez to jeszcze upiorniej niż wcześniej. Dziwne ukwiały, pełne macek, niepokojące w kształtach, do tego przyozdobione ludzkimi oczami różnej wielkości, kształtu i koloru. Widząc siebie wrzasnęliby z pewnością z przerażenia, ale widok kuberiańskich równin pochłonął ich bez reszty.

   Wpierw dostrzegli znane im z badań za pomocą latarki góry nad górami. Dwie równiny, z pasmami szczytów i wzgórz, odwrócone względem siebie, rozciągały się przed nimi w monumentalnym dialogu. Ta rozmowa była nasycona ogromną ilością osad, miast, farm i miasteczek. Przerażające były plantacje, niekiedy w formie jednego wielkiego porostu rozciągającego się między sklepieniem cyklopowej groty, a jej podłożem. Te wegetatywne organizmy miały niekiedy wiele kilometrów długości i setki metrów obwodu, mieszcząc w sobie liczne wsie, pola, chaty i zapewne jakieś kurorty wypoczynkowe. Wokół nich, nad nimi i pod nimi wiły się chaotycznie wstęgi autostrad i torów kolejowych, nie dbając o to, co jest w nich górą, a co dołem. Tworzyły serpentyny podobne do schematycznych przedstawień nici DNA.

    Pobliskie osady i jakieś większe miasto rozpościerały się u stóp masywu, którego przełęcz zdobyli. Mleczno – żółte mgły z domieszką fioletu zasłaniały część chaotycznych zabudowań metropolii. Domy przypominały popękane kamienie, żadna ze ścian i żadne z dachów nie były chyba równoległe wobec siebie nawzajem. Nie było żadnych okien, mieli wrażenie że widzą z góry jakieś odległe skalne rumowiska przecięte niekiedy rzekami krwistej lawy i cienistej wody. Miejskie gołoborza wrzały od niewidocznego z tej odległości ruchu milionów pojazdów i mieszkańców. Lampy żarowe nie były widoczne w świetle widzialnym dla ludzkich oczu. Może niekiedy coś czerwonego płynęło niemal niezauważalnie na brzegach co większych budowli i szerszych alej. Z wyjątkowo ludnych części rozpościerającej się przed nimi doliny strzelały w górę wysokie budynki i docierały aż do sklepienia jaskini, tworząc gigantyczne filary podziemnego świata. Ze stosunkowo bliskiej perspektywy oglądali trzy z nich, lecz dalej, w miejscach gdzie gęsta i pełna oparów atmosfera stawała się prawie nieprzejrzysta, majaczyły liczne sylwetki kolejnych wieżowców. Zauważyli, że owe „drapacze skał sklepienia” przecięte są niekiedy nadwieszonymi półkami, na których rozciągały się zatopione wśród porostów i pulsujących ukwiałów rezydencje bogatych mieszkańców tych stron.

   Sklepienia były niemal równie gęsto zabudowane, jak podstawa jaskini. Najbliższe miasto odbijało się niemal w tym wszystkim, co zbudowano nad nim, tworząc niezwykłą, zupełnie niespotykaną na Ziemi symetrię. Drogi i linie kolei wiły się tam gęsto nadwieszone niczym kable elektryczności w jakiejś niedbale zbudowanej piwnicy. Przyczepione do sufitu tego podziemnego świata tarasy wylewały z siebie kłęby wind, przybudówek i biurowców.

   Monumentalność zlewających się ze sobą brył zacierała z początku interesujące detale pejzażu. Dopiero po chwili udało się z niego wydobyć przybyszom wielkie, kipiące dymami zakłady przemysłowe, umieszczone bliżej ścian podziemi. Podobne do ukrywających się w rogu pomieszczenia karaluchów, zdawały się istnieć jakimś swoim odrębnym, niezależnym bytem. Były metabolizmem tych krain. Zupełnie w innych miejscach wzrastała twórcza pamięć miast i osad, w postaci arcydzieł architektury, z których największe mogli podziwiać nawet z tak dużego dystansu. Co ciekawe, pomimo, że zmysły Kuberian nie były w stanie objąć dużych obiektów, większa część zabytkowych gmachów miała logiczne i spójne proporcje. Po raz kolejny mieli okazję się przekonać, że sztuka płynie przez żywiel niczym nurt rzeki przez piaski. To co jest w niej najważniejsze, powstaje poza wysłowionym planem rzeźbiarza, czy też architekta.

   Wyjątkiem od tej reguły były niektóre rezydencje z dawnych czasów, warowne, lub też na poły warowne. Ich palisady pięły się w kompletnie irracjonalny sposób, choć być może ta pozorna chaotyczność miała wytłumaczenie w sposobie, w jaki pozbawieni postrzegania na dalszy dystans Kuberianie zdobywali tego typu budynki, oraz, co nie mniej ważne, jak ich bronili.

   Niezwykle ciekawe były stare budowle nadwieszone na plecionych z metali linach spływających ze sklepienia jaskini. Niektóre z nich kołysały się lekko, co było zapewne pozostałością niedawnego trzęsienia ziemi. Niektóre z owych wahadeł były świątyniami, przywodzącymi nieco na myśl kształtem sosnowe szyszki. Inne były pałacami, o bardziej prostopadłościennej strukturze, z której wyrastały niczym niekształtne skrzydła potężne  tryby, służące zapewne do regulacji wysokości owych konstrukcji. Spójność stylistyczna wiszących budowli kazała przypuszczać, iż były dziećmi jednej epoki. Niektóre z nich zostały zdobyte przez zabudowę na dole, która wyrosła ku nim niczym niekształtna ręka ziemi i chwyciła je swoją chropowatą strukturą, na której jeżyły się włosy dróg. Wiek tych późniejszych podpór był różny, niekiedy jednak widać było w nim elementy, które Ziemianie i Ludwik nauczyli się datować dość zamierzchły okres, sięgający przeszłości palcami pięciu wieków. Pięćset lat był to bardzo długi okres czasu dla Kuberianina, będący w jego percepcji odpowiednikiem ziemskich siedmiu, lub dziesięciu tysięcy lat, zważywszy na szybszy niemal dwudziestokrotnie metabolizm. Dużo słabsza niż na Ziemi erozja pozwalała tutaj trwać budowlom jeszcze starszym, o ile nie zniszczyły ich wojny, lub stała aktywność tutejszej licznej społeczności.

   Dramatyczne przeludnienie widać było zwłaszcza na terenach wiejskich. Brzydkie i martwe sześciany piętrowych plantacji otoczone były rozdrobnioną magmą mikroskopijnych poletek i nietrwałych chatek nędzarzy, spiętych niekiedy w podobne do pszczelich plastry. Niektóre strefy otoczone były wysokimi murami, broniąc zapewne ich mieszkańcom prawa do wyjścia na zewnątrz. Mozaikę małych pól i zabudowań rozbijały wielkie i nowoczesne farmy, gdzie nie brakowało przestrzeni i skąd błyskały metalowe korpusy maszyn i robotów. Niekiedy strefy rolne nakładały się na siebie warstwami platform, ziejąc zapierającymi dech w piersiach czeluściami wielopiętrowych pejzaży. Światło flary z ledwością tam sięgało i ziemscy podróżnicy mogli jedynie przypuszczać, jak niekiedy głęboko mogło się znajdować oryginalne dno jaskini.

   Obok pól i farm z wiejskich okolic wznosiły się na wielkich cokołach potężne rezydencje i świątynie, z których niektóre sięgały swoją genezą zamierzchłej przeszłości. Wynoszące je platformy wyglądały na dużo nowszy dodatek i podobnie jak nadwieszone zamki, oklejone były sporą ilością trybów pochodzących zapewne sprzed pięciuset lat.

   Za polami i paroma najbliższymi miastami, pejzaż powoli rozmywał się w mgle. Ziemianie i Ludwik byli obecnie na  dużej wysokości, lecz gęsta i rozgrzana atmosfera podziemi musiała być nieco mniej przejrzysta dla „światła widzialnego” niż na Ziemi. Jaskinia mogła się ciągnąć dalej w głąb jeszcze przez setki kilometrów. Nasyciwszy oczy widokiem, Gauri, Czandra i Ludwik opuścili swoje spojrzenia.

   Gdy wrócili swoją percepcją na stację, Wadż miała dla nich dwie dobre informacje. Po pierwsze, w trakcie swojego marszu przez mroźne pustkowia obeszli wąski pas neutralnego kraju (obraz) i znaleźli się na terenie określanym przez znanych im do tej pory Kuberian mianem „państwa wrogiego i heretyckiego”. Dawało to nadzieję na poznanie innych kuberiańskich światopoglądów, wśród nich być może nawet takich, które wykroczą poza mechaniczny zestaw pojęć żywieli. Po drugie, dzięki spojrzeniu na krainę (obraz) z dużego dystansu mogła Wadż korzystać z powiększeń rozległej panoramy, którą niedawno się delektowali i przenieść ich na cmentarz w pobliskim, dużym mieście.

    Niebawem znaleźli się wśród grobowców miasta (obraz) kraju (obraz). Bez trudu zauważyli zupełnie inny styl dźwiękokształtów opasujących sarkofagi, choć jak przypuszczali odniesienia religijne były podobne do tych, które poznali uprzednio. Pozbierali szybko monety, które zapewne wymagały wymiany w jakimś kantorze i mijając bramy tej doliny śmierci znaleźli się w ruchliwym centrum miasta (obraz). Dźwiękokształtna pieśń wysokich, piętrzących się budowli uderzyła natychmiast potężnym łoskotem ich kuberiańskie zmysły. Sfera percepcji pulsowała wokół nich delikatnie, a zza jej granic dochodziły niekiedy żarowe komunikaty. Przechodnie zatrzymywali się przy nich z zainteresowaniem, co oznaczało, że zabiegi Wadż dotyczące poprawienia ich atrakcyjności zostały zwieńczone sukcesem.

Chcielibyśmy się dowiedzieć, gdzie znajduje się miejsce, w którym wyraża się poglądy dotyczące naszego miejsca w świecie i społeczności, gdzie uczy się ich i dyskutuje o nich? – zapytała Gauri jednego z nich.

Piękny panie/pani! – ucieszył się napotkany. – Piękny osobniku! Mógłbym oglądać przez wieczność twoje dźwiękokształty, lecz mimo ich urody, nie pojmuję co znaczą…

Wadż, mówiłaś, że różnice językowe między krajem (obraz) a (obraz0 nie powinny mieć znaczenia przy komunikacji – zasępił się Czandra.

I nie mają – stwierdziła pewna siebie Wadż, – różnice pomiędzy poszczególnymi językami Kubery są minimalne wobec różnic, jakie dzielą je od waszego języka, którym teraz mówimy. Przecież każde słowo w nim wynika z waszych ziemskich doświadczeń, a raczej z ewolucji, której wasza żywiel podlega na Ziemi. Tu zaś wszystko wynika z tego, co jest Kuberą. Słowo „język” odnosi się do mięśnia, którym mówicie. Kuberianin nie ma ust, ani języka w nich, a mimo to porozumiewa się z innymi. O ile zatem Ziemianie, niezależnie od swej mowy ojczystej, częstokroć widzą zależność „język – słowo – mowa”, o tyle dla Kuberian to kompletnie nic nie znaczy, mają za to zależność (obraz – obraz) i tak to tłumaczę. Zależność (obraz – obraz) jest zrozumiała we wszystkich kuberiańskich językach, choć określana zawsze troszkę inaczej. Niekiedy słowa pochodzą, tak jak u was, ze starszych, martwych już języków, tak jak u was z sanskrytu, a w Europie z łaciny i greki. Macie na przykład słowa „ewolucja”, „religia”, „kompletnie” etc. Oddanie zmieniających się sensów podróżujących przez różne żywielowe cywilizacje słów jest trudne, gdyż użytkownicy zazwyczaj nie wiedzą, skąd się wzięło na przykład słowo „kompletnie”, co znaczyło w łacinie i dlaczego zyskało inne znaczenie w ich mowie, dlaczego też w ogóle w niej zaistniało. Słowa, pojęcia płyną bowiem przez bezwładną żywiel bez jakiegokolwiek jej udziału. Po prostu „mówi się”, jak sądzi większość fragmentów żywieli.

Ach. Piękni przybysze! – zakrzyknął i wyobraził tymczasem inny przechodzień, któremu Gauri zadała podobne pytanie. – Jak niezwykle, ekscentrycznie pytacie o Mahavidyalayę/Uniwersytet/Madrasę/Darshanę…

Jak chcecie, żeby to tłumaczyć? – spytała szybko Wadż.

Mahavidyalaya – zaśmiał się Ludwik, – to pewnie po indyjsku…

Z sanskrytu –  poinformowała go dziewczyna, – „vidya” znaczy wiedza, tak jak „avidya” znaczy „niewiedza”, „laya” znaczy „mejsce” zaś „maha” to „wielkie”. Istnieje związek między „vidya” czyli wiedzą, a „videre” czyli „widzieć” po łacinie. Jesteśmy kuzynami drogi Ludwiku, choć bliżej nam do Greków i Słowian, niż do Rzymian i Gotów. Z kolei słowa „madrasa” i „darshana”  mają podobną genezę i też są używane w naszym kraju. Wywodzą się od semickiego rdzenia „drs”, z którego biorą się słowa „darsun”, „darasa” etc., związane z nauką, lekcjami i miejscami do nauki. Jest to ślad wpływu muzułmańskich władców na Północne Indie, klasyczny język arabski był zaś u nich odpowiednikiem naszego sanskrytu i waszej łaciny. Istnieje też przypuszczenie, że słowo „darshan” jest pochodzenia czystko sanskryckiego, co świadczyłoby o udowodnionym na wielu innych przykładach dalekim pokrewieństwie języków indoeuropejskich i semickich.

Czemu pogrążyliście się w milczeniu? – spytał i narysował przechodzień. – Mam nadzieję, iż nie uraziłem was w żaden sposób, urocze istoty. Moim zdaniem pewien ekscentryzm jest wyróżnikiem inteligentnych i wartościowych osobników.

Nie, nasz miły towarzyszu – odparła i ukazała Gauri, – milczeliśmy ekscentrycznie, aby sprawić ci przyjemność…

To bardzo wspaniałomyślnie z waszej strony – zachwycił się przechodzień, – tak się składa, że wiem, gdzie jest Mahavidyalaya, o ile to o nią pytaliście…

Ależ oczywiście – przytaknął Czandra.

Mam jednak nadzieję zaprosić was na świeże porosty do restauracji (obraz) jest koło Mahavidyalayi – dodał ich nowy przewodnik.

Chętnie przyjmujemy zaproszenie – odparła i wyrzeźbiła Gauri, – lecz za jakieś kilka korzeni, bo wpierw musimy się rozejrzeć trochę po Mahavidyalayi, może weźmiemy udział w jakichś wykładach.

Ach, cóż za świetna metafora „wykłady” – roześmiał się przechodzień, – z wielką przyjemnością zaprowadzę was do Mahavidyalayi. To tylko kilka stacji kolejki, też wybierałem się w tamtą stronę.

Wolimy się przejść – wtrącił szybko Czandra, który nie mógł być pewien, że ściany tutejszych wagonów metra są wolne od mediów.

Tym milej – ucieszył się ich nowy przewodnik, który odczuwał ogromną przyjemność w towarzystwie tak atrakcyjnych Kuberian. Miał już tak zwany limit rodzinny, to znaczy czterech małżonków. Jego stanowisko nie pozwalało mu na więcej. Tym nie mniej rozmyślał już nad rozwodem.

Musimy gdzieś wymienić pieniądze z kraju (obraz) – dodała dziewczyna, gdy już byli w drodze wśród pulsujących życiem ulic miasta. Ziemian i Ludwika zachwyciła bardzo ładna kompozycja szerokich alej, obrośniętych ozdobnymi porostami.

(obraz)! – zakrzyknął i chlapnął przechodzień, – pierwszy raz słyszę, żeby ktoś miał forsę z kraju (obraz). To chyba można wymienić tylko w głównym banku, ale mogą wam robić niezłe trudności… Wymienię wam trochę – dodał, wyjmując sakiewkę z kieszeni.

Nie boisz się, że jesteśmy szpiegami? – spytał Ludwik na prośbę Wadż.

Nawet, gdybyście byli, z chęcią bym wam pomógł – oznajmił i ukazał ich nowy przewodnik. – Nie mógłbym odmówić istotom tak szlachetnym… Zresztą, choć nie chodzę zbyt często do świątyni, tęsknię za siłą religijności tak solidną w waszym kraju. Wielu z nas tęskni. Błąkamy się w jakichś intelektualnych oparach, a zapominamy o tym co najważniejsze, o dźwiękokształtach, które  powstały milion siedemset tysięcy korzeni temu. Ach, od dziecka rozpalała mnie opowieść o bogu, który przybrał kuberiański kształt i nas uzdrawiał i wyjął z jałowej skały porosty… Ach!

Widzisz Ludwiku, dobra jestem – ucieszyła się Wadż, – zabiłby własnych ojców, byleby być z wami.

Tak naprawdę to uciekamy przed religijnymi prześladowaniami – kontynuował Ludwik.

No tak… – pogubił się trochę przechodzień, – okropne są te prześladowania w (obraz), czyż nie…? Nie cierpię tego. To co mówiłem i ukazywałem przed chwilą miało właśnie na celu sprawdzić, czy nie jesteście jednymi z tych, co prześladują… Nie cierpię takich, naprawdę…

Wreszcie wolność – westchnęła Gauri, – mógłbyś nam opowiedzieć trochę o mieście i jego zabytkach, zanim dojdziemy na Mahavidyalayę?

   Przewodnik nie mógł im oczywiście odmówić. Zagłębili się zatem w symfonię miasta (obraz) i zagłębiali się w niej dźwięk po dźwięku. Szybko zauważyli, że zabudowania są w nim nieco młodsze niż w znanej im z pierwszych korzeni na Kuberze metropolii. Nie było jednak zatartych dźwiękokształtów, mogli więc cieszyć się większą różnorodnością typów narracji, śmielszych erotycznie i odbijających dużo większą kolekcję elementów związanych z techniką i przyrodą. Co chwila włączali swój skaner, rejestrując co ciekawsze zabytki, zaś ich przewodnik nie miał odwagi, by pytać o ten dziwny przedmiot. Zamiast tego opowiadał, zwracając szczególną uwagę na bardziej współczesne tendencje w architekturze, które darzył szczególną sympatią. Z ukazywanych przez niego kamienic i świątyń przezierało pragnienie powrotu do źródeł, naśladowały one archaiczną wiejskie, czy też plemienne budownictwo. Nowoczesne stopy metali i ceramiczne kompozyty naśladowały związane ze sobą porosty, oraz bazaltowe wycieki, które w dawnych czasach odłupywano z podłoża, by wznieść coś wyrastającego ponad poziom gruntu. Towarzyszyły temu rzeźby potrząsających fragmentami roślin szamanów i łowców ścigających uciekające przed nimi w długich susach okazy fauny. Podobna tendencja przejawiała się w otaczającej ich modzie. Napotkani przechodnie nosili na sobie imitujące fragmenty grzybów stroje sporządzone z nowoczesnych syntetycznych nici, niektórzy wymachiwali niedbale laskami w postaci jakiejś prehistorycznej broni na grubego zwierza. Nie brakowało też przedstawicieli jakichś mniej, lub bardziej oficjalnych sekt, wciskających wszystkim dźwiękokształtne foldery informujące o wszelakiego rodzaju prorokach, zbawicielach i mesjaszach. Niedaleko nich ustawiały się stoiska z artykułami magicznymi, eliksirami, talizmanami, kukiełkami etc. Ich przewodnik, mijając niektóre z nich, zapominał niemal o obiektach swojej adoracji i oglądał z fascynacją produkty wyobraźni mniej, lub bardziej sprytnych szarlatanów.

To dla was – mówił po dokonaniu zakupu i obwieszał ich różnego rodzaju frędzlami, dzwonkami i balsamami.  

Musicie tęsknić za duchowością – zauważyła z przekąsem Gauri.

O tak, moja nimfo – przytaknął przewodnik. – Uciekliście z waszego kraju i pewnie myślicie, że mamy tu raj. Jednak wcale tak nie jest. Jesteśmy zagubieni i przygnębieni. Brakuje nam moralnych podstaw, zaś wszyscy rozpaczają pozbawieni pewności zbawienia i transcendencji.

Wasi naukowcy odkryli przecież tak wiele – zaprotestowała dziewczyna.

I co z tego? – zafalował mackami jej rozmówca. – To nie zmienia ani nie wzbogaca samej istoty kuberiańskiego bytu. To co najistotniejsze zawiera się w świętych księgach napisanych miliony korzeni temu i we szlachetnej wierze w te księgi. Cała reszta to bzdury, zabawki i śmietnisko. Co kogo obchodzi, jaki kształt ma Kubera? Albo, że ponoć są wokół nas miliardy gwiazd. I co z tego? Żyję przez to dłużej, a może boli mnie mniej opuszka macki?  Niech sobie będą te całe gwiazdy, ja tam w to nie wierzę. Ale nawet jeśli są, to czy zbliża mnie to do raju? A jeśli raju nie ma, wtedy wszystko traci sens. Większość naukowców też tak uważa, robią to co robią, bo każdy ma jakieś zajęcie. Niekiedy z ich odkryć powstają jakieś gadżety, kiedyś ich nie było i wszyscy byli bardziej szczęśliwi. Zobaczycie, rozczarujecie się jeszcze bardzo…

A medycyna? – spytał Czandra. – Nie miałeś nigdy operacji, nie żyjesz dzięki niej…?

To prawda – zgodził się przewodnik. – To jedyny sens nauki, zoperować kuberiańską chorobę. W końcu najważniejszy jest Kuberianin. Ale niektórzy mistycy mówią, że jak prorocy chodzili po świecie, leczyli lepiej niż jakakolwiek medycyna. A nawet jeśli nie leczyli, to przecież wiadomo było co robić by żyć wiecznie w rozkosznym raju. A teraz…? Tfu, nie cierpię biologii. Czytałem i oglądałem kiedyś, że ponoć nasz centralny ośrodek układy nerwowego ma jakieś sektory, na które można działać i wtedy jakby się dzieje coś z duszą. A przecież dusza to nie nędzne mięso naszego ciała! Obrzydliwość!

Z początku było mi go trochę żal – rzekła do Wadż Gauri, – ale już mi przeszło…

   Gdy jednak już doszli do Mahavidyalayi, Wadż zadbała o to, by ich przewodnika ogarnęło zapomnienie. Gdy jego nowi towarzysze się oddalili, stał jakiś czas jeszcze przed gmachem kuberiańskiej wszechnicy, nie mogąc zrozumieć, co sprawiło, że oddalił się tak bardzo od domu. Jego zdziwienie przybrało na sile, gdy w swojej sakiewce odkrył mnóstwo zupełnie obcych muszelek. Dopiero w drodze powrotnej zorientował się, że należą do państwa (obraz).

  • Zupełny kretyn! – stwierdził ze śmiechem Czandra,  – podniecił się nami jak jakiś bawół.
  • Drogi Czandro – rzekła Wadż, – twój poziom zrozumienia otaczających cię zjawisk jest jak morska fala, wznosi się i opada…
  • Co masz na myśli? – zdziwił się młodzieniec.
  • Proponuję ci zakład – stwierdziła Wadż, – stworzę trzy imitacje ładnych kobiet i chociaż będziesz wiedział, że są to tylko atrapy, ulegniesz im.
  • To będzie proste – ucieszył się Czandra, – jesteś trochę zbyt zarozumiała Wadż i z chęcią utrę ci nosa. To rzecz jasna metafora, bo z pewnością nie masz takiego organu, sądzę jednak że rozumiesz…
  • Rozumiem – zapewniła go Wadż.
  • Uważaj – uprzedziła swojego Heathcliffa Gauri, – ona zna doskonale twoje atawizmy.

Ale przecież będę wiedział doskonale, że to ona tworzy te kusicielki – zauważył młodzieniec, – nie widzę tu możliwości przegranej.

  • co się założymy? – zapytała Wadż.
  • Ten kto przegra będzie słuchał drugiego przez tydzień – zaproponował Czandra, – i będzie spełniał wszelkie jego zachcianki, o ile nie będą stanowić zagrożenia dla innych i nie będą psuły planów związanych z ciekawością Gauri.
  • Mansurhe (czyli „przyjmuję zakład”) – ucieszyła się Wadż.  

   Mahavidyalaya przypominała z kształtu meduzę. Osadzona była na symetrii zwierciadlanej, powielającej ośmiokrotnie jeden promienisty moduł. Jak się później dowiedzieli, miało to związek z ideą „ośmiu małżonków”. W dawnych czasach Mahavidyalaye prowadzili przedstawiciele wykształconej kasty kapłańskiej, którzy mieli prawo do rodzin złożonych z ośmiu dorosłych partnerów. Dbano o to, by daną Mahavidyalayę prowadził ten sam ród. Z biegiem czasu etos dydaktyczny kapłanów podupadł i uczelnie kuberiańskie państwa (obraz) prowadzili Kuberianie z różnych warstw społecznych, zwykle nie będący ze sobą w relacjach małżeńskich. Mimo to zwyczaj nazywania ośmiu dyrektorów Mahavidyalayi „małżonkami” pozostał, jak również ceremonialna orgia na rozpoczęcie zajęć dla nowych studentów. W orgii można było występować samodzielnie, bądź też prosić o zastępstwo kurtyzany (lub „kurtyzanów”) ze świątyń (obraz).

   Pierścienie wynikłe z orgii na rozpoczęcie roku akademickiego (który nie był rokiem, lecz jednym cięgiem zakrojonym na tysiąc lub więcej korzeni), składano do świątyni (obraz) co było zwyczajowym okupem za zaprzestanie opłacania guru religii (obraz), z której wynikły pierwsze Mahavidyalaye. Nadal płacono jednak dziesięć procent od dochodów do Ministerstwa Moralności i Wyznań, przy dworze dziewięciu monarchów konstytucyjnych. Ministerstwo etyki związane z Radą Oligarchów  o Dochodach Powyżej Stu Tysięcy Muszli toczyło nieustanne spory prawne z  Ministerstwem Moralności i Wyznań o dochody z uniwersytetów. Nie były to duże pieniądze, ale pobieranie ich miało pewien wpływ na dyrektorów uczelnianych, co z kolei miało wpływ na dorastające na Mahavidyalayach wykształcone elity społeczeństwa.

   Pomieszczenia Mahavidyalayi, w której się znaleźli, zadziwiały swoją estetyką i różnorodnością. Najstarsze było samo centrum kompleksu, rozbudowywane następnie promieniście ze ścisłym zachowaniem ośmiokrotnej symetrii. W tym wielce zabytkowym sercu uniwersytetu sale wykładowe były niemal idealnie kuliste. Wykładowca wchodził do środka utworzonej przez ściany pomieszczenia sfery po cienkim niczym lina pomoście i zajmował miejsce na małym, kulistym podeście. O owym „chodzeniu po linie” wykładowców krążyło wiele żartów i anegdot tak starych, jak pierwsza kuberiańska Mahavidyalaya. Niejednemu adeptowi nauk zdarzyło się z owego pomosty spaść przez roztargnienie spowodowane intelektualnym charakterem zawodu akademika. Studenci notowali skrzętnie wszelkie tego typu wydarzenia i przekazywali je swoim następcom. Kuliste wnętrze Sali wykładowej dawnego typu było małe i spadek z podestu nie był groźny nawet dla osób podeszłych wiekiem. Do tego grawitacja księżyca była mniejsza, zaś Kuberianie nie byli w żaden sposób analogiczni do ziemskich kręgowców, zatem nawet upadek z dużej wysokości nie kończył się dla nich zazwyczaj tragicznie.

   Studenci uczestniczyli w wykładach sadowiąc się na specjalnych podestach wokół ścian sali, której rozmiary były dobrane specjalnie do kręgu percepcji znajdującego się wewnątrz wykładowcy. Dzięki sprytnym mechanicznym rozwiązaniom można był specjalnymi korbami modyfikować promień tych pomieszczeń. Zazwyczaj wiekowi profesorzy mieli osłabione przez czas zmysły, przez co ich sale były najmniejsze, młodzi zaś pracowali na środku stosunkowo wielkich kul.

   Sale nowego typu nie potrzebowały tego typu zmiennej geometrii. Przypominały z kształty płatki śniegu, zaś dźwiękobrazy emanowane przez wykładowcę wzmacniane były za pomocą elektronicznych ekranów rzeźbiarskich umieszczanych w ich ścianach. Dla wygody były one jedynie przekrojem śnieżynek, to znaczy, podobnie jak ziemskie wnętrza, ograniczały się do jednej płaszczyzny, nie mając ramion nad i pod wykładowcą. Mimo to grupowały znacznie większą ilość studentów, z których jednakże większość oglądała nauczyciela jedynie za pośrednictwem monitorów. Dla zachowania dyscypliny opracowano tak zwane zapadki. Gdy ktokolwiek odezwał się niezapytany przez prowadzącego zajęcia, otwierała się pod nim podłoga i lądował na korytarzu biegnącym pod nowoczesną salą. Z wielu względów zarówno wykładowcy, jak i studenci woleli pomieszczenia dawnego typu, ale zaszczyt ich używania przypadał jedynie profesorom i studentom na zaawansowanym poziomie.

   Surowa dyscyplina nie dotyczyła jedynie sal, ale również życia seksualnego młodzieży. Wszechstronna płciowość Kuberian sprawiała, że bardzo łatwo mogło dojść do relacji erotycznej z dowolnymi osobnikami. Nie było kobiet, ani mężczyzn, choć od biedy można by podzielić społeczeństwo Kuberian na kilkanaście typów, nazwijmy je „A”, „B” aż do „M”. Rzadko w rodzinie, czy to trzy osobowej, czy to dziewięcioosobowej były więcej niż dwa osobniki z tej samej grupy, natomiast rodziny związane z osobników różnych grup miały najwyższą płodność. Od kiedy jednak zaczęto w wielu państwach Kubery niezbyt skutecznie program kontroli urodzin, dążenie do skrajnie wymieszanych płciowo rodzin zmalało. W niczym jednak nie podważyło to instynktownych inklinacji na przykład grupy „M” do „C” i „F”, grupy „C” do „N” i „A” etc. Jak łatwo zauważyć, pożądanie nastawione było raczej na rozwiązłość niż małżeńską wierność, wyjątkiem była na przykład grupa „E”, która z wzajemnością przyciągała się z grupą „F”. Dodajmy, że grupa „E”, stosunkowo liczna dzięki sprzyjającym dla stabilniejszego doboru naturalnego warunkom społecznym, dobrze czuła się też z samą sobą. Były jeszcze inne grupy tego typu, na przykład „N”. Niektórzy seksuolodzy kuberiańscy wyliczali oczywiście większą ilość grup, byli też tacy, którzy twierdzili, że mówienie o nich nie ma sensu.

   Zgodnie z zaleceniami ministerstwa oświaty student romansujący z innym studentem był automatycznie wykluczany z zajęć i otrzymywał na kilkaset korzeni zakaz podejmowania edukacji na jakimkolwiek innym uniwersytecie kraju (w związku z czym popularne były studia zagraniczne). Rozporządzenie to byłoby całkiem utopijne, gdyby nie tak zwana instytucja „Małżeństw Zeszytowych” (tłumaczenie odnosi się do substancji pozwalającej na zapis dźwiękokształtów nie mającej nic wspólnego z papierowym, ziemskim zeszytem). Za obopólną zgodą grupa czterech studiujących osób mogła na czas studiów stworzyć czasowy, legalny związek erotyczny, z tym, że zapłodnione kręgi będące owocem tej relacji oddawano świątyniom (obraz). Nie jest oczywiście zaskakujące, że to kapłani (obraz) przeforsowali to prawo, mając ciągłe zapotrzebowanie na służbę świątynną i materiał na swoich następców. Przesądził o tym tak zwany „kryzys powołań”. Kuberianie z państwa (obraz) nie byli bynajmniej światłymi ateistami, choć za takich się niekiedy uważali, mimo to odczuwali niechęć do tradycyjnych instytucji religijnych. Bardziej bawił ich mistyczny synkretyzm, rzucający się natychmiast w oczy na ulicach miast państwa (obraz). „Małżeństwo Zeszytowe” mogło stać się normalnym małżeństwem dopiero po studiach, lecz rzadko tak się działo, gdyż po wydaniu na świat potomstwa i oddaniu go obcym wierność małżeńska szybko opada, co ma proste atawistyczne uzasadnienie. Na uczelniach jednakże „Małżeństwa Zeszytowe” były popularne, obejmując niekiedy ponad połowę studiujących. Oczywiście złamanie wierności „Małżeństwa Zeszytowego” na studiach było karane jeszcze surowiej, niż niezalegalizowany  związek erotyczny.

 

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Wszystkie rozdziały

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *