Kolejny Koncert Musica Polonica Nova przybył z pytaniem: czy orkiestra symfoniczna może dziś działać jak laboratorium zmysłów? Czy może nie tylko grać melodie i harmonie, lecz wytwarzać wrażenia podobne do migotania, żarzenia, tarcia, rozbłysku, mgły, rysunku, warstw koloru czy cyfrowego przetworzenia. Już na wstępie zaznaczę, że był to bardzo udany eksperyment, świetnie spędzony wieczór. Niektóre utwory były bardzo dobre, inne wybitne.
Zapowiedź NFM ustawiła koncert pod hasłem „Światło // Cień // Światłocień” i związała go mocno z tematem 35. Musica Polonica Nova: zmysłami. Wykonawczo miało to duży ciężar, zwłaszcza jak na kameralną jakże często muzykę nową: grała NFM Filharmonia Wrocławska pod batutą Geoffreya Patersona, a solistą był Łukasz Długosz, mogliśmy spodziewać się więc nie tylko eksperymentu, ale też bardzo precyzyjnie wydobytej barwy orkiestrowej.
Pierwszy był utwór Żanety Rydzewskiej – Fire: ogień jako proces, nie tylko obraz
Po Fire Żanety Rydzewskiej spodziewałem się utworu, w którym „ogień” nie będzie ilustracją płomieni, ale raczej procesem przemiany materii. Sama kompozytorka opisała utwór jako inspirowany obserwacją materii podlegającej wzrostowi temperatury i spalaniu.
To ważne, bo Rydzewska nie jest kompozytorką od prostych obrazków dźwiękowych. W jej twórczości często pojawiają się natura, fizyka, filozofia, problemy społeczne, ruch, zapach, światło, wideo i najnowsze technologie. Dlatego warto było słuchać Fire nie jak „muzyki o ogniu”, ale jak muzyki o żarzeniu, ciśnieniu, zmianie stanu skupienia, wzrastającej temperaturze brzmienia. Orkiestra była tu mniej „śpiewającym ciałem”, a bardziej paleniskiem: jedne barwy się tliły, inne iskrzyły, inne zapalały się nagle i znikały.
Nie był to romantyczny płomień w stylu poematu symfonicznego. Była to raczej nowoczesna, zmysłowa alchemia: szelest, trzask, tarcie, rozgrzane spektrum, blask i destrukcja jako dwa oblicza tej samej energii. Krócej mówiąc nie przypominało to ognia, ale jakiś plastyczny obraz, wpierw szmerowy, trochę jak u Tan Duna, później ewoluujący w całkiem okazałych kulminacjach. Powstała muzyka bardzo bogata, pełna dźwiękowych pejzaży, bardziej plastycznych, organicznych niż barwowych. Podobało mi się bardzo.

Jagoda Szmytka – Symfonia zmysłów: nie tylko utwór, ale aparat wielozmysłowy
Najbardziej otwartym i zapewne najbardziej „festiwalowym” punktem programu była premierowa Symfonia zmysłów Jagody Szmytki. Artystka jest kompozytorką rezydentką tegorocznej edycji, więc ten utwór stał się jednym z kluczy do całego festiwalowego hasła.
U Szmytki szczególnie ważne jest to, że zmysłowość nie musi oznaczać jedynie „ładnych barw”. W zapowiedzi wydarzenia towarzyszącego Pięknienie NFM podkreślało związek jej muzyki z rysunkami i szkicami wykonywanymi równolegle z komponowaniem. Z kolei rozmowa w Glissandzie o Musica Polonica Nova wskazuje, że u Szmytki wielozmysłowość ujawnia się bardzo mocno już w samym procesie twórczym.
Nie mieliśmy tu klasycznej „symfonii” w dawnym sensie, lecz symfonię jako mapę percepcji. I rzeczywiście, muzyka falowała równie organicznie, co poprzedni utwór, jednak wszelkie obrazy były budowane w emocjach słuchającego. Ciężko było racjonalnie nazwać logiczny przebieg utworu, a jednak w emocjonalnej warstwie słuchania okazał się on niezwykle spójny.

Marcel Chyrzyński – Ukiyo-e no. 2: flet, Japonia, warstwy koloru i przemijający świat
Ukiyo-e no. 2 Marcela Chyrzyńskiego był z kolei najbardziej „malarskich” punktów programu, a zarazem ważnym miejscem prezentacji wirtuozerii dla Łukasza Długosza jako flecisty. Sam Chyrzyński podaje, że Ukiyo-e no. 2 to koncert na flet i orkiestrę symfoniczną z 2015 roku, dedykowany pamięci Tōru Takemitsu, w nagrania utworów którego uzbroiłem się po szczyty szaf po ostatnich pobytach w Japonii. To od razu otwarło bardzo konkretny horyzont słuchania: nie tylko „Japonia” jako dekoracja, lecz japońskość przepuszczona przez nowoczesną, subtelną orkiestrację i pamięć o Takemitsu. Miałem wrażenie, że utwór był odpowiedzią na stylistykę najbardziej „modernistycznych” dzieł Takemitsu. Mimo ogromnej formy była w tym pewna ulotność haiku, zaś sama partia fletu była śmiała, ale też melodyjna, w odległy sposób kojarząc się z japońską muzyką na flety, stanowiącą być może rdzeń japońskiej muzyki instrumentalnej.
Chyrzyński pisał o cyklu Ukiyo-e, że zainspirowały go w nim japońskie drzeworyty — „obrazy przemijającego świata” — i że przełożył na muzykę samą technologię ich powstawania: nakładanie kolejnych kolorów z osobnych matryc. W innym opisie dodaje, że inspiracja działa „na wszystkich poziomach”, a utwór jest jak dekonstruowany drzeworyt: złożony z fragmentów, w których kolorystyczna całość zostaje rozłożona na warstwy.
Warto więc było słuchać fletu nie tylko jako solisty-wirtuoza, ale jako linii tuszu, oddechu, ptaka, wiatru, konturu. Orkiestra była przy tym jak papier, tło, kolejne nakładane kolory. Program koncertu mówił o świetle i cieniu, u Chyrzyńskiego był to być może światłocień drzeworytu: płaski i głęboki zarazem, dekoracyjny i melancholijny, bardzo konkretny, a jednocześnie związany z przemijaniem.
Michał Ziółkowski – Akhlys: cień, mgła, melancholia i filmowa wyobraźnia
W przypadku Akhlysa Michała Ziółkowskiego zapowiedź prowadziła nas ku ciemności, ale niekoniecznie ku jednolitej czerni. Tytuł odsyła do postaci z mitologii greckiej związanej z mgłą, smutkiem, mrokiem. Już sam opis programu mówił o „kalejdoskopie różnobarwnych okruchów gwiezdnych krążących wokół ciemnego, statycznego centrum”. To sugeruje muzykę, w której cień nie jest pustką, lecz przestrzenią wyostrzonych bodźców.
Tu bardzo przydatny jest kontekst samego Ziółkowskiego. Culture.pl pisze, że jego droga do komponowania zaczęła się stosunkowo późno, a jednym z impulsów była fascynacja muzyką filmową, zwłaszcza muzyką Howarda Shore’a do filmowej trylogii Władca Pierścieni. Z kolei ZAiKS wymienia wśród jego ważnych wpływów m.in. Debussy’ego, Philipa Glassa, Jóhanna Jóhannssona, Johna Williamsa, Danny’ego Elfmana, Björk, Holsta, minimal music, ambient i sonoryzm.
W przypadku Akhlys otrzymaliśmy muzykę obrazową, ale nie banalnie ilustracyjną. Zapobiegały temu stanowcze, niemal toporne cięcia smyczków. Jednak w końcowej partii utworu, w niskich rejestrach wyłoniła się olśniewająco piękna melodia. Pod jej wpływem zapomniałem o wrażeniach z poprzednich utworów, które były bardzo udane. Nie sądziłem, że na Musica Polonica Nova usłyszę tak piękny, romantyczny motyw melodyczny. Jednocześnie miękł on, rozpływał się i rozwiewał w sposób wysmakowanie nowatorski, nowoczesny. Publiczność przyjęła te zabiegi z wielkim entuzjazmem. Ja również. Był to autentycznie piękny moment w odbiorze muzyki i cieszę się, że filmowa trylogia tolkienowska wydaje swoje piękne owoce również na festiwalu muzyki nowej. Mgła, smutek i mrok żyją nie tylko u Greków, ale też choćby w Sirmarillionie Tolkiena. Mogłem sobie wyobrazić samotną wyprawę Berena i Luthien do mrocznego zamku Melkora. Luthien, najbardziej epicka z tolkienowskich dam, była odziana wtedy w szatę mgieł. Była w tym utworze filmowa zdolność budowania atmosfery, ambientowa statyczność, sonorystyczne rozświetlanie faktury i minimalizujący puls, który bardziej hipnotyzował niż prowadził narrację. Ale nie był to prosty minimalizm ani banalna filmowość. Cień u Ziółkowskiego zabrzmiał jak coś gęstego, szerokiego i bardzo pięknego… Zamiast grozy czy mroku mieliśmy tu raczej rozmach i epickość szepczące swoje światy.

Adam Porębski – Postmuzyka: po muzyce, czyli nadal muzyka?
Po Postmuzyce Adama Porębskiego spodziewałem się najbardziej metapoziomowego, ironicznego i konceptualnego momentu wieczoru. Porębski jest kompozytorem i skrzypkiem, ale jego działalność wykracza poza tradycyjnie rozumianą partyturę: biogramy podkreślają muzykę instrumentalną, elektroakustyczną, multimedialną, terapeutyczną, teatralną, a także projekty interdyscyplinarne, instalacyjne i związane z nowymi technologiami.
Tytuł Postmuzyka prowokuje: czy to muzyka „po muzyce”? Po gatunkach? Po tradycyjnej formie? Po czystym brzmieniu? A może przeciwnie — muzyka świadoma, że wszystko już jest „po czymś”, ale nadal może być intensywna i żywa. Otrzymaliśmy to samo, co na wczorajszym koncercie. Wybitny talent melodyczny i kolorystyczny, instrumentacyjny, rozdarty banalnymi wtrętami nieprzyjemnego narratora, który plótł ni to banały o „pięknej muzyce” ni to coś w stylu autoreklamy. Mocno wydobyta była partia fletu. Słuchając jej dziwiłem się Porębskiemu – dlaczego sam burzy aż tak bardzo własną muzykę. Przecież bez trudu mógłby pisać koncerty w stylu neopostromantycznym? Ale może w tym szaleństwie jest metoda – niszczyć własne piękno, aby ludzie nie zapomnieli, że piękno może istnieć nawet w najbardziej cynicznych czasach.
Ogólnie był to bardzo udany muzycznie dzień. Mam wrażenie, że obecnie jakość polskich kompozycji rośnie zdrowo, jak piękny las. Nie można już mówić, że czas wielkich kompozytorów przeminął. Przynajmniej nad Odrą i Wisłą jest co najmniej bardzo dobrze.




