Zubin Mehta we Wrocławiu

 

 

Drugi dzień Wratislavii Cantans 2019 przeszedł do historii. Nigdy jeszcze nie widziałem tak gromkich i długich oraz stojących owacji w NFM. Były one w pełni zasłużone, czyniła zaś je publiczność, która nie przeszkadzała brawami PODCZAS interpretacji III symfonii Gustava Mahlera, czyli publiczność kochająca muzykę klasyczną. Publiczność Wratislavii. Owacje zwieńczały wspaniałą interpretację symfonii Mahlera, jedną z najlepszych jakie słyszałem nie tylko na żywo, ale również na płytach (a tu są też Bernstein, Bruno Walter etc., wiadomo. Zwieńczyły, ale nie tylko symfonię, gdyż były pożegnaniem z Mehtą, który niebawem przechodzi na emeryturę. Dyrygent rzeczywiście poruszał się z trudem, widać było zmęczenie w jego drobnej postaci, ale jakość wykonania ukazywała ciągły rozkwit sił twórczych, zupełne zaprzeczenie jakichkolwiek emerytalnych wątków.

 

Zanim jednak przejdę do koncertu Mehty, muszę wspomnieć o bardzo udanym koncercie Thiela i Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, który poprzedzał Mahlera z Israel Philharmonic Orchestra. Wrocławscy Barokowcy wykonali operę Domenica Scarlattiego Tolomeo e Alessandro w skróconej wersji koncertowej trwającej jednakże prawie trzy godziny. Partie wokalne wykonywali uczestnicy 44. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, było ich przy tym więcej niż bohaterów opery, zatem partie większości bohaterów były wykonywane przez więcej niż jedną osobę.

 

Wrocławska Orkiestra Barokowa grała doskonale. Można było delektować się dynamicznym i pełnym inwencji melodycznej stylem Domenico Scarlattiego, znanego melomanom przede wszystkim z krótkich sonat klawesynowych, będących światami samymi w sobie. Dopiero Chopin po Scarlattim osiągnął takie mistrzostwo muzycznej miniatury mówiącej tak wiele i tak bardzo wyłamującej się ze swej epoki. Scarlatti został zatem wsadzony do szufladki „klawesynowy miniaturzysta”, zaś form operowych i oratoryjnych miłośnicy późnego baroku oczekują od jego ojca Alessandro Scarlattiego, wyciągniętego zresztą z zimnych głębi czasu za sprawą klawiszowych perełek syna. Tymczasem II i III akt Ptolemeusza i Aleksandra zostały znalezione dopiero 12 lat temu w zabytkowej rezydencji w Anglii. I całe szczęście, bowiem muzyczny fresk Domenica jest wprawdzie mniej oryginalny na tle epoki niż jego sonaty klawesynowe, ale jednak świadczy dobitnie o wspaniałym talencie melodycznym kompozytora i odniosłem wrażenie, że odnalezioną niedawno operę można śmiało postawić wśród największych dzieł epoki.

 

Jarosław Thiel / fot. Karol Sokołowski

 

Nawet libretto wciąga, choć jest to nieodmiennie „barokowy kurnik” – czyli wszyscy kochają się we wszystkich, do tego są często ślepi bądź oszołomieni, przez co nie poznają się nawzajem przez dłuższy czas. Mimo to intryga wciąga, Aleksander uważany przez znaczną część opery za myśliwego polującego na brata Ptolemeusza okazuje się być jego wiernym sojusznikiem, który pomaga mu odzyskać nie tylko królestwo Egiptu, ale również żonę Seleuce. Opera to też ważne polonicum, gdyż Domenico, wraz ze swym ojcem Alessandro działał na dworze królowej Marysieńki Sobieskiej, zaś postać Alessandro mogła być ukłonem w stronę syna Marysieńki, ubiegającego się, nieskutecznie niestety, o tron polski i zawiązanie kolejnej po Wazach dynastii elekcyjnej (padło jak wiemy na Sasów). Nie było tak źle z tym mecenatem monarchów polskich swoją drogą – Marysieńka, wprawdzie już jako wdowa po Sobieskim, wspierała Scarlattich, później Sasowie uczynili w końcu Jana Sebastiana Bacha swoim nadwornym kompozytorem, a i Vivaldi oraz Telemann byli blisko tronu. Wcześniej Wazowie, jako jedni z pierwszych monarchów na północ od Alp wspierali rozwój opery.

 

44. Kurs Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej przyniósł nam dobrych śpiewaków. Nie tylko Wrocławska Orkiestra Barokowa, skrząca się od wspaniałych solówek lutni i klawesynów i pięknego, aksamitnego tutti smyczków przyciągała uwagę. Troje śpiewaków mogłoby wystąpić w zupełnie już niezależnej produkcji barokowej, która powinna znaleźć się na płycie i po dopieszczeniu niektórych detali mogłaby zostać bardzo dobrze oceniona przez melomanów na całym świecie. Vojtech Kadera był jedynym artystom odpowiadającym za wszystkie arie bohatera opery. Śpiewał kontratenorem Ptolemeusza, rolę bogatą w afekty i trudną, miał zatem momenty osłabienia formy, ale ogólnie była to wspaniała i poruszająca interpretacja. Zupełnie bezbłędna i pełna subtelnej energii była Kamila Goik odpowiedzialna za większą część partii Seleuce, żony Ptolemeusza, która cudem ocalała z morskich odmętów (akcja opery działa się na Cyprze bodajże). Ogromne wrażenie zrobiła na mnie także Justyna Bujak, śpiewająca w pierwszej części koncertu partię Alessandra. Co ciekawe, spotkałem ją w windzie przed drugą częścią opery i okazało się, że śpiewaczka czuje iż nie czuje baroku. Tymczasem poza pięknym, wyrównanym w emisji głosem ogromne wrażenie zrobiła na mnie właśnie kultura i wrażliwość tej interpretacji. Może wszyscy barokowi śpiewacy (może poza Cecilią Bartoli) powinni sobie wmawiać, że „nie czują baroku” i przez to śpiewać jeszcze bardziej elegancko i stylowo? No nic, mam nadzieję, że WOB zaprosi tych troje do stałej współpracy i na płyty, zaś wśród kursantów było jeszcze kilka osób rokujących duże nadzieje, parę tylko z kolei było wyraźnie słabszych. Poza Kaderą występowały same panie, gdyż Domenico Scarlatti, zgodnie z duchem epoki, nie przewidział w tej operze miejsca dla basów czy tenorów.

 

Sobota był to muzyczny maraton. Po prawie trzygodzinnej operze Domenico Scarlattiego nastał czas prawie dwugodzinnej interpretacji III Symfonii Mahlera. W aleję gwiazd przed NFM wmurowano tablicę Zubina Mehty, niestety, nie mogłem tego nagrać, gdyż w tym samym czasie śledziłem losy egipskich braci. Zrobiłem jednak zdjęcie tablicy jeszcze przed jej odsłonięciem, w drodze na operę:

 

 

 

O Zubinie Mehcie napisałem cały rozdział mojego przewodnika po muzyce indyjskiej. Przewodnik poświęcony jest klasycznej muzyce indyjskiej, jednak zakończyłem go najbardziej spektakularnym przykładem Hindusa (a konkretnie indyjskiego Parsa, wedle nowego nazewnictwa Indusa Parsa) oddającego się naszej muzyce klasycznej, choć oczywiście wspomagał indyjskich artystów próbujących dokonać fuzji klasycznej muzyki europejskiej i indyjskiej. Zubin Mehta, należący do dynastii dyrygentów z Bombaju zwanego obecnie Mumbajem to nie tylko człowiek – instytucja, jeden z największych dyrygentów XX wieku i naszych czasów. To także żywy pomnik indobrytyjskich Indii. Nie przypadkowo wyrasta z jednego z wielkich miast Indii założonych przez Brytyjczyków. Tylko Delhi z czterech największych metropolii Indii nie jest lokacją brytyjską – Bombaj, Kalkuta i Madras zwany dziś Chennajem nimi są. Hindusi rozwinęli swój nowy teatr w oparciu o inspiracje szekspirowskie, sławna jest dziś indyjska powieść, zdaniem niektórych specjalistów będąca obecnie najwybitniejszym nurtem pisarstwa powieściowego w języku angielskim. Z tej perspektywy nie jest dziwne, że rodzony bombajczyk, Zubin Mehta, stał się jednym z największych mistrzów batuty naszych czasów.

 

III Symfonia jest utworem wyjątkowo pogodnym jak na Mahlera. Nie ma w niej jeszcze uderzeń losu, potężnych napięć idących polifonicznie przez cały utwór, które kazały Bohdanowi Pociejowi uznawać dzieła Mahlera za zwieńczenie klasycznej muzyki europejskiej. Rzeczywiście ta metapolifonia Mahlerowska to jest coś, choć wielu dyrygentów nie jest w stanie jej sprostać. W III Symfonii tego nie ma, długa pierwsza część dzieła to raczej muzyczny fresk, pełen pejzaży i zdarzeń, przypominający powstające równolegle i nieco później dzieła Ryszarda Straussa i późniejsze symfonie Szostakowicza. Podobnie jak Strauss jest w swej Trójce Mahler zakochanym w przyrodzie panteistą, urzeczonym „dzianiem się świata”, który to świat nie wsiadł jeszcze do ciężkiego metalowego walca losu, walca polifonisty.

 

Zubin Mehta / fot. Oded Antman

 

Izraelscy Filharmonicy z Mehtą dokonali rzeczy nie do uwierzenia. Cóż za solówki skrzypiec, puzonu i trąbki!!! Jakby ci muzycy współkomponowali ten utwór na naszych oczach. Jak wspaniale wyodrębnione przestrzenie, barwy, faktury. Po raz pierwszy usłyszałem w muzyce złoto, jak tło dla niektórych secesyjnych obrazów Klimta. Orkiestra miała złote, secesyjne brzmienie. Dziś także mam pod powiekami to muzyczne lśnienie. Chór chłopięcy NFM i chór NFM też wspaniale się wpisali w symfonię. Chyba nigdy jeszcze tak doskonale nie śpiewali. W końcu Mehta stał przed nimi. Gerhild Romberger śpiewała Nietzschego swoim mezzosopranem jak filozofka z jakiegoś zaczarowanego ogrodu. Cała orkiestra podtrzymywała ten śpiew, dostosowując się do najlżejszego drgnienia głosu, do najbardziej ulotnych myśli. To było piękno absolutne. Mam nadzieję, że jakiś genialny lekarz zdoła naprawić zdrowie Mehty i przeciągnie to przejście na emeryturę choć o miesiąc. Jeśli zaś chodzi o tablicę Mehty w NFMowej alei gwiazd, to wielki dyrygent był pierwszym gościem koncertującym w NFM. Miało to miejsce 7 września 2015 roku, grał wtedy Dziewiątkę Mahlera.

 

Co do Israel Philharmonic Orchestra będę ich musiał słuchać dużo w wolnych chwilach na Spotify. Nie mam dużo ich nagrań. Swego czasu Mehta zdziwił mnie angażując się w tę akurat orkiestrę, a mając możliwość „władania” dowolnym zespołem z pierwszej Dziesiątki najlepszych na świecie. 7 września 2019 roku Izraelczycy brzmieli jak najlepsza orkiestra na świecie i będę musiał sprawdzić, czy Mehta doprowadził ich do sytuacji, w której brzmią równie świetnie z innymi dyrygentami. Od strony światopoglądowo – politycznej również się cieszę, że Izraelczycy brzmią tak rewelacyjnie. Są ambasadorami swojego kraju, tak niesprawiedliwie przez wielu atakowanego. W USA na przykład lewicowi aktywiści promują ideę embarga na rzeczy stworzone w Izraelu, choć nie mają nic przeciwko produktom z wielu państw, gdzie rzeczywiście łamane są prawa człowieka. W znajdującej się niedaleko NFM wegetariańskiej restauracji znajdę danie niosące nazwę „Wolna Palestyna” a nie znajdę dania o nazwie „Popieram Izrael”. Dobrze, że Mehta poświęcił sporo czasu i energii na wsparcie kraju najbardziej prześladowanego przez ideologie i propagandy, doskonale, że jego praca przyniosła tak wybitne efekty (ale będę sprawdzał, jak to wygląda z innymi dyrygentami), doskonale, że koncert Izraelczyków był koncertem otwierającym Wratislavię (choć dwa koncerty już wcześniej były). Ucieszył mnie też nowy prezydent Wrocławia Jacek Sutryk, który nie tylko powiedział kilka słów przed koncertem, ale i został na niemal dwugodzinnej symfonii Mahlera. Choć zasługi prezydenta Rafała Dutkiewicza dla Wrocławia są ogromne i ostatecznie powstał NFM dzięki doskonałemu lobbingowi maestro Andrzeja Kosendiaka, to jednak były prezydent Wrocławia nie zostałby na tym koncercie do końca, jakby nie wiedząc, że najwspanialszym pomnikiem jego rządów jest NFM. A może by został? Mam nadzieję, że teraz, na politycznej emeryturze będzie się w NFM zjawiał i czerpał z tego wspaniałego miejsca, do którego powstania się przyczynił, za co jemu i Andrzejowi Kosendiakowi jestem dozgonnie wdzięczny.  

 

Ps.: Na koniec przytaczam fragment rozdziału o Mehcie mojego przewodnika po indyjskiej muzyce klasycznej. Może ten wybitny dyrygent skłoni któregoś z Was do zapoznania się z klasyczną muzyką indyjską?

 

Starym indyjskim zwyczajem geniusz Zubina ma swoje źródło w działalności jego ojca. Mehli Mehta urodził się w roku 1908 w ówczesnym Bombaju (obecnie Mumbaj), w rodzinie Parsów. Z klasyczną muzyką europejską zapoznał go jego z kolei ojciec, który posiadał bezcenne nagrania wielkich skrzypków – Heifetza, Kreislera i Zimbalista. Były to owe szybkoobrotowe, akustycznie nagrywane płyty, które pomimo szumów i trzasków, oraz żenująco krótkiego czasu odtwarzania posiadały niebezpieczną moc zarażania miłością do muzyki na całe życie (jak już wiemy jedna z owych płyt przesądziła choćby o losie wielkiego Bhimsena Joshi). Skrzypce na owych płytach wypadały zawsze niezbyt korzystnie, gdyż wysokie dźwięki nie mieściły się już w ich spektrum akustycznym. Cóż z tego, skoro grał na nich choćby młody Kreisler? Nie zdarzył się jeszcze skrzypek, który pobiłby swym smyczkiem ciepłe, pogodne i absolutnie perfekcyjne brzmienie skrzypiec legendarnego wiedeńczyka. Nic zatem dziwnego, iż ojciec Mehli, a dziadek Zubina zdecydował się na posłanie pięcioletniego syna na lekcje skrzypiec.  Dalsza kariera Mehli potoczyła się szybko. Bez trudu dostał się do Bombajskiego Uniwersytetu, po czym kontynuował edukację w sławnym londyńskim Trinity College of Music. Gdy wrócił zrobił rzecz niezwykłą – założył Bombay Symphony Orchestra. Był rok 1935, ambitny Pars miał zaś 27 lat. Przez kolejne dziesięć lat funkcjonowania zespołu skromnie zadowalał się funkcją koncertmistrza swojej orkiestry licząc na doświadczenie zapraszanych dyrygentów. Możemy się domyślać, iż w kolonialnych Indiach byli to głównie Brytyjczycy – Beecham, Barbirolli, Boult i pomniejsi artyści, wszyscy na znakomitym poziomie, o czym świadczą nieśmiertelne nagrania EMI. Po dziesięciu latach Mehli sam chwycił za batutę, co zapewne wynikało też z politycznej sytuacji Indii u kresu II Wojny Światowej.

 

   Jednakże Mehli myślał głównie o muzyce. Pewnego razu stwierdził rozgoryczony – „Podczas mojego 25 letniego grania w Indiach ani jeden hinduista czy muzułmanin nie przybył na mój koncert. Chcieli nas słuchać jedynie Anglicy i Amerykanie.” (za Martinem Andersonem). Mimo to artysta założył w roku 1940 Bombay String Quartet. W 1945 roku zdobył stypendium w Nowym Jorku i na jakiś czas opuścił swoją żonę Tehminę i dwóch synów – Zubina i Zarina. W największej amerykańskiej metropolii Mehli doskonalił swoją technikę skrzypcową u Iwana Galamiana. Jednakże nie był w pełni zadowolony z nauczyciela. Dlatego postanowił wyjechać do Wielkiej Brytanii, przyciągającej wielu Hindusów, dla których od 150 lat Wyspy Brytyjskie były w jakimś sensie stolicą kulturalną, biznesową i polityczną. W roku 1959 Mehli zdobył zaszczytne stanowisko koncertmistrza Royal Halle Orchestra której szefem był znakomity Sir John Barbirolli. Ojciec Barbirollego był Włochem i grywał pod batutą samego Verdiego. Nic zatem dziwnego, iż Mehli Mehta uznał współpracę z wielkim angielskim dyrygentem za największą inspirację w jego muzycznym życiu.

 

Tu link do całości rozdziału o Zubinie Mehcie

Jacek Tabisz
O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *