• środa, 29 marca 2017 r.

Barcelona 300 lat temu

Dzięki tradycyjnej pracowitości barcelończyków ich miasto przeżywało przez cały wiek XVIII i potem wyraźny boom demograficzny. w 1717 roku Barcelona miała 30.000 mieszkańców, ok. 1790 roku – 130.000, a w 1842 – 121.000 (straty ery napoleońskiej). Vide: J. Roca i Albert, „Miejsce Barcelony w cywilizacji europejskiej”, w: J. Purchla (red.), Barcelona i Kraków. Zmieniające się wizje – wizje zmian. Materiały międzynarodowej konferencji zorganizowanej w dniach 29-30 marca 2007, Międzynarodowe Centrum Kultury Kraków 2008, s. 15-61. Jedna z podstawowych nowszych pozycji historiografii katalońskiej: F.X. Hernàndez i Cardona, Barcelona, Història d’una ciutat, Barcelona Llibres de l’Índex 2001.

110

Il. 1. Widok Barcelony – fragment obrazu Sébastiena de Pontault de Beaulieu (1612-1674) z 1698 roku, źródło: http://es.wikipedia.org/wiki/Archivo:BNE.Barcelona.planos.1698.jpg (dostęp: 25.07.2011 r.).

W XVI wieku Barcelona została zdystansowana przez miasta włoskie. W handlu atlantyckim z Ameryką Barcelona mogła handlować jedynie za pośrednictwem Sewilli. Wbrew często spotykanym w dawniejszej historiografii twierdzeniom, miasto nie straciło jednak dynamiki ekonomicznej ściśle związki ekonomiczne z interiorem Katalonii i z innymi stolicami europy – ładne domy szlachty i mercaderes . Całe XVIII stulecie, podobnie zresztą jak poprzednie, znaczyły gorliwe zabiegi stanów barcelońskich reprezentowanych w Radzie Stu – Consell de Cent – istniejącej od 1249 roku, by utrzymać system paktowania – pactista, tj. pozostałości średniowiecznego pojęcia władzy, polegającej na targowaniu się stolicy z prowincjami, co wobec tendencji absolutystycznych typowych dla epoki było coraz trudniejsze.

W 1640 roku Katalończycy (Rada Stu i Generalitat) dogadali się z Francją i zorganizowali powstanie przeciw monarchii i Madrytowi. Niepodległości nie wywalczyli, za to po powstaniu ta cześć Katalonii która leży na północ od Pirenejów została włączona do Francji.

111

Il. 2. „11 września 1714 roku”, czyli szturm armii burbońskiej na Barcelonę przedstawiony na obrazie z XIX wieku, źródło: http://es.wikipedia.org/wiki/Archivo:11_de_setembre.jpg (dostęp: 25.07.2011 r.)

W 1705 roku Katalończycy zdecydowali się poprzeć Karola III Habsburga, m.in. dlatego, że jego konkurent do tronu Filip V Burbon był Francuzem, a więc członek narodu, który zdradził ich w 1640, a poza tym Karol III Habsburg (nazywany przez Katalończyków: Carles d’Àustria), proklamowany królem Hiszpanii przez stany katalońskie w 1706 roku, opowiadał się za tym, by zachować model terytorialny wciąż bardzo żywotny w Katalonii. Filip V próbował odbić Barcelonę, lecz w maju 1706 roku musiał się wycofać spod jej murów, której nie mógł odbić nie posiadając poważniejszych sił morskich Kataloński bint nie był spontaniczny, lecz stanowił projekt tamtejszych elit politycznych, pamiętających nauki prawnika Narcisa Feliu de la Penya i jego plan reorientacji handlu katalońskiego ze strefy śródziemnomorskiej na handel amerykański. Elita katalońska chciała wzmocnić pozycję ekonomiczną prowincji, chodziło więc nie tylko o stare przywileje – fueros, ale i promocję Barcelony jako przedsiębiorczej stolicy Hiszpanii i comercio libre – wolnego handlu . Mimo, iż był to projekt elit, samo powstanie kojarzyło się głównie z akcjami miquelets – katalońskich band uzbrojonych chłopów w z nożami i krotką bronią palną.

Ostatecznie jednak okazało się, że Katalończycy postawili na przegranego konia, i zwycięski Burbon miał ich za to ukarać. Barcelona, choć heroicznie broniona przez 3-tysięczny pułk milicji, który walczył w sposób nadspodziewanie zdyscyplinowany, skapitulowała przed armią Filipa V 12 września 1714 roku. Porażka roku 1714 nie była w Katalonii odbierana jako katastrofa; wdowy i dzieci zastąpiły w pracy poległych mężczyzn. Cała ludność wykazała dzielność i zdecydowane poczucie wspólnoty .

Wkrótce na pokonanych spadły represje; kataloński przestał być językiem oficjalnym, a Rada Stu i Generalitet zostały rozwiązane. Na mocy jednego z tzw. Decretos de Nueva Planta czyli „dekretów Nowego ładu”, wprowadzanego przez Filipa V i opublikowanego w Katalonii 16 stycznia 1716 roku, Rade Stu zastąpił samorząd 24 regidores i urząd burmistrza bez autonomii i o niewielkich kompetencjach, zaś terytorium Barcelony zredukowano do miasta wewnątrz murów – intramuros, oraz spornej strefy okalającego pasa szerokości 1 mili niezabudowanego z przyczyn militarnych . Ukarano miasto zburzeniem większej części (1200 domów i klasztory świętego Augustyna i Św. Klary) dzielnicy Ribera, z której wysiedlono 4500 osób bez żadnego odszkodowania. Na jej miejscu wybudowano cytadelę umożliwiającą kontrolę miasta. Przebudowano też w tym samym celu stary zamek Montjuïc . Istniejący od 1401 roku publiczny bank Taula de Canvi, finansujący przez dziesięciolecia hiszpańskie wyprawy wojenne, przekształcił się bank prywatny. Consolat de Mar przetrwał, ale stracił prawie wszystkie swe zasoby finansowe. Zmiana waluty zaszkodziła lokalnej gospodarce, powodując zwyżkę cen i płac. By upokorzyć barcelończyków, uniwersytet przeniesiono do pobliskiej Cervery. Filip V systematycznie stawiał swoich oficerów na czele corregimientos. Lokalny rząd Katalonii podległy Madrytowi bazował na stanowisku kapitana generalnego i królewskiego trybunału, któremu przyznano dawny budynek Generalitat. Kapitan generalny był zawsze także sędzią sądu cywilnego, który miał uzgadniać wyroki z Trybunałem na zasadzie Acuerdo Real, w praktyce kapitanowie generalni przejawiali tendencję do traktowania Trybunału jedynie jako ciała doradczego, powodowało to konflikty, które musiała rozstrzygać madrycka Rada Kastylii. Było tak do roku 1808, a z pewną przerwą do 1833. Kapitanowie generalni szukali jednak porozumienia z władzami Barcelony i tak rada miasta Barcelony ściśle współpracowała z kapitanem, a także z Radą Kastylii i królem w trudnych dniach zamieszek związanych z polityką markiza Esquilache w 1766 roku. W czasie buntu ludu Barcelony przed poborem do wojska w 1773 roku, rada kupców i gildii miasta, mając ciche lub wyraźne wsparcie barcelońskich elit. Rebelia zakończyła się w styczniu 1775, co wykorzystano do potwierdzenia i umocnienia Nueva Planta i przywrócenia równowagi między kapitanem generalnym i Trybnałem. Warto tu wspomnieć, że 1760 roku barcelończycy przedstawili świeżo koronowanemu Karolowi III, petycję o częściowe uchylenie dekretów z 1716 roku, podpisaną przez władze innych miasta aragońskich; Saragossy, Walencji i Palmy .

W takich warunkach ograniczenia rządu lokalnego, Barcelonie pozostała już tylko prywatna inicjatywa obywatelska . W ciągu kilkunastu lat od dekretu z 1716 roku, hiszpański zaczął w Barcelonie dominować nad katalońskim. Wbrew rozpowszechnionej opinii Barcelona ostatecznie skorzystała na unifikacji terytoriów hiszpańskich, i to w stopniu większym niż inne miasta hiszpańskie.
W ciągu całego XVIII wieku Barcelona rozwinęła produkcję drukowanych tkanin bawełnianych – tzw. indianas (katal: indianes), które doprowadziły do industrializacji Barcelony i całej Hiszpanii. Pierwsza manufaktura została założona w roku 1737. Barcelońscy przedsiębiorcy intensywnie starali sie zaznajomić z technikami angielskimi i kontynentalnymi w tej dziedzinie. Silna pozycja ekonomiczna Barcelony polegała na tym, ze była ona jednocześnie wielkim portem morskim i oceanicznym oraz siedzibą manufaktur. W roku 1805 Barcelona miała 166 licencjonowanych kupców, 4 wielkie kompanie handlowe, 58 agentów giełdowych i 23 konsularnych oraz aż 91 fabryk płótna. Gdy w latach 1763-1764 nastąpił kryzys agrarny, aż 10 tysięcy wieśniaków znalazło prace w fabrykach barcelońskich, co świadczy o wielkiej dynamice ekonomicznej. Cenzus z 1787 roku wykazał, iż miasto zamieszkiwało tylko 235 bezproduktywnych, gardzących pracą szlachetków – hidalgos (w Madrycie aż 8.545), a aż 599 rzemieślników i fabrykantów, z których niektórzy zatrudniali setki pracowników .

Otwarcie żeglugi z Ameryką tez odegrało swoją rolę dla rozwoju miasta. W roku 1745 fregata „Nostra Senyora de Montserrat” została pierwszy katalońskim okrętem, którego załoga handlowała z Amerykanami. W roku 1756 powstała Real Compañía de Comercio de Barcelona, która uzyskała monopol na handel Puerto Rico, Santo Domingo i wyspą Margarita. W roku 1758 założono Real Junta Particular de Comercio de Barcelona – nawiązującą do dawniejszej organizacji Consolat de Mar. RJPCB oferowała usługi przemysłowcom i kupcom a nieco potem założyła szkołę politechniczną. W latach 1765-1778 uzyskano pozwolenie prowadzenia bezpośredniego handlu z terytoriami amerykańskimi. W roku 1765 król Karol III podpisał dekret zezwalający portowi barcelońskiemu na bezpośredni handel z Karibami, a w 1778 roku z całą Ameryką. Szybko nawiązano intensywne kontakty handlowe z Kubą, na których dorobiło się wielu barcelońskich kupców. Takich kupców handlujących z Kubą nazywano w Barcelonie: indianos. Barcelona eksportowała przede wszystkim wino, wódkę aguardiente, suche owoce i tekstylia, a importowała: kawę, kakao, cukier, tytoń i bawełnę.

Antoni de Capmany (1742-1813) kataloński intelektualista i polityk zanalizował podstawy rozwoju średniowiecznego miasta i dostrzegł szansę na stworzenie „narodu narodów” – nacio de nacions – zapal przedsiębiorczy jednoczył całą Katalonię, w XIX wieku Barcelonę nazywano już „ fabryką Hiszpanii”.

Powszechnie przybywano do Barcelony za pracą. By pomieścić nowych mieszkańców starym kamienicom o 3 kondygnacjach, dobudowywano po jednej-dwóch nowych. Miasto zaczęło wychodzić poza mury obronne . W 1753 roku została założona nowa dzielnica nazwana La Barceloneta, jako część Ciutat Vella – starego miasta. Po wybudowaniu nieistniejącej już cytadeli, trzeba było wznieść nową dzielnicę dla tych mieszkańców La Ribera, których domy znajdowały się na terenie przeznaczonym na garnizon wojskowy. Ze względu na położenie blisko wybrzeża Morza Śródziemnego od początku istnienia La Barceloneta była to dzielnica rybaków i marynarzy, o nie najlepszej reputacji (domy publiczne, hazard itd.). Nową dzielnicę zaprojektował architekt Pròsper de Verboom według geometrycznych wzorów urbanistyki oświeceniowej, podobnych ja zastosowane w Lizbonie po trzęsieniu ziemi dwie dekady wcześniej. Rozbudowę promował markiz de la Mina, który prowadził również naprawy w innych częściach miasta i rozbudowę portu. Zachęcał też do instalacji pierwszego oświetlenia ulicznego. W latach 1776 i 1778 zajmował się urbanizacją Rambla, i stworzył Paseo de Gracia i Sant Joan.

Dnia 01 października 1792 roku ukazała się pierwszy numer początek pierwszej gazety wydawanej w mieście, „Diario de Barcelona”.
Inwazja napoleońska spowodowała kryzys Barcelony i całej Hiszpanii, m.in. z powodu utrudnienia kontaktu z koloniami, które zresztą wkrótce zostały stracone.

Tego, jakie wrażenie mogła sprawiać osiemnastowieczna Barcelona i jej okolice, możemy się dowiedzieć z dziennika Thicknesse’a.
Irlandczyk Philip Thicknesse był w Hiszpanii, podczas swej francusko-hiszpańskiej podróży, którą odbył w 1775 roku, a następnie opisał w: A Year’s Journey through France and Part of Spain, wydanym w 1777 roku. Gdy przekroczył Pireneje w miejscowości Jonquire, widział malownicze góry i „romantyczne” stada kóz. Podczas gdy świnie we Francji były białe, w Hiszpanii wszystkie miały kolor czarny. Niestety pewne rzeczy mniej mu przypadły do gustu niż po stronie francuskiej Drogi hiszpańskie . były w opłakanym stanie i w niczym nie przypominały wspaniałych traktów francuskich, zaś celnicy hiszpańscy w Bellegarde byli o wiele bardziej gburowaci i buńczuczni niż francuscy, znani z uprzejmości. Thickneese ukrył przed nimi kraj pochodzenia, o czym nie było informacji w jego passa-porte. Wierzył, że gdyby odkryli że jest poddanym króla brytyjskiego, mogliby zapewne żądać dodatkowej opłaty. Ponieważ miedzy Burbonami francuskimi i hiszpańskimi obowiązywał tzw. „Pakt Familijny” – rządy i celnicy współpracowali w wyłapywaniu dezerterów i morderców. Na pirenejskiej granicy odbywała się więc wzmożona kontrola celna. Po przekroczeniu granicy Irlandczyk zauważył, że ludzie wystroili się na niedzielę, i że u kobiet wyglądało to tak, że nie nosiły wysokich fryzur i peruk jak w Anglii i Francji, lecz zaczesane czarne włosy do tyłu i spięte z tylu czerwona niebieską lub czarną siatką. Mężczyźni nosili się podobnie ale nie tak wystawnie. Okna hiszpańskie były pozbawione szyb, a domy – kominków, wskaz klimat był iberyjski. Próbowano naciągnąć go przy wymianie pieniędzy. Wtedy spożył też pierwszy posiłek na ziemi hiszpańskiej i to w prawdziwie hiszpańskim stylu – zimny obiad na biwaku w gaju oliwnym.

W Gironie (99 km od Barcelony) narzekał na paskudne drogi i zwrócił uwagę na powagę i cichość ludzi wszystkich stanów, co było prawdziwym szokiem po Francji – kraju gaduł, a także na: suszone owoce, wiecznie zielone dęby drzewa figowe, łóżka z słomą, indiańska kukurydza, wysuszone winogrona i figi. Jechał potem obok pól kukurydzy i szpalerów cyprysowych. Do Girony dotarł nieco zbyt późno, czym Irlandczyk i jego towarzysze podróży wywołali pewne podejrzenia. Uzbrojony żołnierz podążył za nimi do oberży i szorstko domagał sie by podróżnik stawił sie u gubernatora, co było dość nietypowym żądaniem, więc Thicknesse odmówił i dał tylko swój paszport do pokazania gubernatorowi, dając żołnierzowi nieco pieniędzy z trud, co ten postawił jako warunek. Girona była ufortyfikowana, zdaniem podróżnego, dobrze pobudowana (każdy dom miał ponoć wygląd klasztoru). Na targu był dostatek ryb mięsa i warzyw, ale panowała znów zupełna cisza i powaga, a nie krzyki jak na angielskich czy francuskich targach. Przekupka żądała wyraźnie więcej niż by żądała od Hiszpana, więc podnóży zastanawiał się czy nie założyć długiego płaszcza, by wyglądać na Hiszpana. Przekupka mówiła tak cicho jak tylko możliwe, bez szkody dla komunikacji w rozmowie. Staruszkowie miejscowi byli zdaniem Thicknesse’a bardzo wysuszeni, i „ledwo przypominali ludzi”, zastanawiał się więc, czy to „rezultat gorąca czy braku wolności”.

Gdy dotarli wreszcie do samej Barcelony (wiadomo, że podróżnik był w Barcelonie w grudniu 1775 roku, bo podaje on datę listu jaki wówczas otrzymał) , musieli czekać ponad pół godziny przed bramą, bo nie wpuszczano nikogo miedzy 12:00 a 13:00, w tym czasie gwardziści miejscy spożywali obiad. W Barcelonie mieszkało i handlowało sporo angielskich kupców. Thicknesse chciał odwiedzić Mr. Forda, z którym wcześniej podróżował z Londynu do Bath. Pytał o numer jego domu, ale okazało się, że Mr. Ford zmarł, a jego interesami kierowali panowie Adams i Curtoys. Skierowano go do domu Mr. Curtoysa, gdzie gospodarz zaprosił podróżnego do spożycia obiadu z jego rodziną. Przy stole siedział żona kupca, pani Adams i jej córka z poprzedniego małżeństwa oraz kilkoro dzieci. Mrs. Adams rozmawiała biegle po katalońsku, francusku, hiszpańsku, i oczywiście po angielsku, co było niezbędne, ponieważ przy stole siedziały osoby znające tylko jedne z tych języków. Po paru dniach Curtoysowie znów zaprosili podróżnego na obiad. Inny znajomym podróżnego został potężny i wpływowy, oraz wykształcony kupiec Mr. Wombwell, światowiec, który niegdyś mieszkał i handlował w Gibraltarze, a w czasie wizyty Thicknesse’a był już właściwie hiszpanskim kupcem.

Barcelona nie była chyba przesadnie drogim miastem, skoro Thicknesse liczył, że na pobyt wystarczy mu 30 funtów. Przy okazji wizyty Thicknesse’a w Barcelonie możemy zobaczyć jak w roku 1775 wyglądała biurokracja hiszpańska stosunki Madrytu z Barceloną. Thicknesse miał dostarczyć do Madrytu listy rekomendacyjne do markiza de Grimaldi, ale ostatecznie musiał wysłać je pocztą. Chodziło ot to, żeby jakiś wpływowy Hiszpan (some Spaniard of fashion) poręczył za niego w Barcelonie i zapewnił, że Irlandczyk nie jest o nic podejrzany. Powiedziano mu że najwcześniej za 16 dni będzie mógł się spodziewać odpowiedzi, więc w tym czasie napisał do intendenta Barcelony, podając swoje imię oraz informując, że ktoś zań wkrótce poręczy. Niedługo potem odwiedził, chorego wówczas intendenta w jego domu. Poznał tam piękną kobietę – jego córkę. Okazało sie, że oboje byli irlandzkiej krwi. Szybko nasz podróżny zawarł komitywę z rodakami. Po rozmowie ze intendent chwalił charakter Thickneesse’a. Wtedy jednak markiz de Grimaldi napisał swoją bardzo uprzejmą, a nawet pochlebczą odpowiedź. List doszedł specjalną szybką pocztą w 4 dni. Jednak list ten, oddal mu dopiero 9 godzin po jego nadejściu sługa pani O’Reilly oddano mu dopiero. Przy okazji okazało się, że fawory z Madrytu pogorszyły opinię Thickneesse’a wśród barcelońskiej socjety. Madame O’Reilly, patrzyła nań jakby ją do żywego obraził i udawała ze nie zna nikogo w klasztorze w Montserrat by nie dać mu listów polecających , a intendent odmówił audiencji. Dlatego nasz podnóży zapytał wprost: madame O’Reilly, ze może powinien po prostu powrócić do Francji, na co ona odparła, że hiszpańskie i francuskie prawa i że teraz Grimaldi nie pozwoli mu po prostu wyjechać. Thicknesse zaprotestował mówiąc, że te prawa go nie dotyczą, bo ani ich nie złamał ani nie jest tubylcem. Wyszło w rozmowie, że chodziło od to, że markiz de Grimaldi okazał Irlanczykowi tak wielką sympatię, że rodzina obawiała sie utraty pozycji na jego rzecz, w końcu również był Irlandczykiem.

Dalej Thicknesse poczynił ciekawe porównanie tyczące się sposobu podróżowania. Hiszpańscy gentlemani lubili jak towarzyszył im pieszy sługa, ale nosili sie i podróżowali skromnie. Znajomy Thicknesse’a, kupiec angielski jechał wielkim powozem i jego odjazd postawił całe miasto na nogi; podróżował wiec „po angielsku” z całą pompą. Sam autor podróżował jak Hiszpan.

Barcelona była ponoć ładnym miastem z urokliwym molo i cytadelą obok zamku i silnego fortu, stojącego na wysokim wzgórzu którego załoga trzymała w ryzach port i miasto. Miasto generalnie było silnie ufortyfikowane i położone na równinie otoczonej półokręgiem wzgórz. Widok był ponoć piękny. Na wzgórzach stały bardzo liczne letnie domki. Barcelona posiadała kilka wspaniałych gmachów. Klimat panował dość liberalny w porównaniu z wcześniejszymi dziejami; inkwizycja strąciła wiele swej poprzedniej siły (Thicknesse cieszył się z tego), choć nadal obserwowała naginających prawo. Barcelończycy handlowali z rozmachem i rozsądkiem. Ich spryt i pracowitość mocno kontrastowały z „indolencją Kastylijczyków”. W Barcelonie stał piękny teatr, z dość kiepskimi aktorami. Profesją tą pogardzano tam bardziej niż w innych krajach Europy. Miasto pozbawione było w zasadzie bibliotek czy obrazów wartych wspomnienia. Mieszkańcy chwalili się posiadaniem dwóch obrazów w dwu kościołach, namalowanych przez miejscowych malarzy. W domu komory celnej znajdował sie naturalnej wielkości obraz aktualnie panującego króla. Obraz był ponoć namalowany tak źle, że Thicknesse zastanawiał się, czy twórca nie powinien stanąć przed sądem inkwizycji za obrazę majestatu i sztuki.

Gdy panowała zimna temperatura, na targach sprzedawano wielką ilość najrozmaitszych kwiatów. Jednak nawet one nie są w stanie ukryć smrodu solonych lub podpsutych ryb. Irlandczyk narzekał, ze mimo bogactwa mieszkańców posiłki przygotowywane były w brudzie, tak, że raz musiał zastąpić swój obiad deserem, narzekał też na sztywność zasad takich jak obowiązek płacenie 5 szylingów dziennie w hotelu, nawet w te dni, kiedy jadło się na mieście. W mieście można było napotkać wielu okaleczonych weteranów wypraw na Algier. Choć et były zazwyczaj nieudane, Thicknesse uważał Hiszpanów za najdzielniejszych wojaków świata, jednak operacje desantowe wymagały dobrej koordynacji akcji armii i floty, z czym bywały problemy. Raz, jak się dowiedział, piechota hiszpańska wystrzelała wiele pocisków na wielbłądy, biorąc je za groźne konie bojowe. W ten sposób osłabili swe siły i wolę walki.

Mimo podziwu dla Barcelony i jej mieszkańców, Thicknesse twierdził, że nigdy nie opuszczał jakiegoś miasta z większą cichą satysfakcją niż Barcelonę. Potem oglądał klasztory w górach Montserrat. Zwiedzając miasteczka hiszpańskie Thichnesse stwierdzał multum żebraków wszelkiego rodzaju, przy czym byli to czasem ludzie bardzo wykształceni, którzy swój los znosili zwykle ze stoickim spokojem dobrze urodzonych. Inaczej postępowali Cyganie, którzy ponoć tak prosili o pieniądze, jakby było oczywiste, że odmowa nie wchodzi w rachubę. Jak tylko Irlandczyk ich widział, brał na wszelki wypadek pistolet i niósł go tak by było widać, że jest uzbrojony. Cyganie spędzali wieczory w cieniu drzew i skał. Klimat pozwalał na ich styl życia, zachęcając jak stwierdza podróżny, do lenistwa. Nasz Irlandczyk narzekał też na zajazdy zwane w Hiszpanii posadas. Hiszpanie sami ich nie lubili i mawiali: salir de la posada, es la mejor jornada („najlepszą częścią podróży jest wyjście z zajazdu”). Stajnie w posadas były zwykle bardzo duże, stanowiąc wspólne lokale dla i sa od razu i człowieka i jego konia czy muła. Właściciele mułów sypiali tam w ubraniach na słomie. Gdy serwowano obiad, przy daniach tłoczył się brudny tłum. Podróżni często mieli przy sobie sporo pieniędzy, ale byli brudni i mieli robaki w ubraniach. Choć wyglądali jak rabusie, nie byli nieuczciwi. We Francji ostrzegano Thicknesse’a przed Katalonczykami, ale, jak stwierdzał, często zostawiał swe rzeczy przy powozie i nigdy nic nie zginęło”.

Piotr NapierałaPiotr Marek Napierała (ur. 18 maja 1982 roku w Poznaniu) – historyk dziejów nowożytnych, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Zajmuje się myślą polityczną Oświecenia i jego przeciwników, życiem codziennym, i polityką w XVIII wieku, kontaktami Zachodu z Chinami i Japonią, oraz problematyką stereotypów narodowych. Wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów w latach 2014-2015. Autor książek: "Sir Robert Walpole (1676-1745) – twórca brytyjskiej potęgi", "Hesja-Darmstadt w XVIII stuleciu, Wielcy władcy małego państwa", "Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie", "Kraj wolności i kraj niewoli – brytyjska i francuska wizja wolności w XVII i XVIII wieku" (praca doktorska), "Simon van Slingelandt – ostatnia szansa Holandii", "Paryż i Wersal czasów Voltaire'a i Casanovy", "Chiny i Japonia a Zachód - historia nieporozumień". Reżyser, scenarzysta i aktor amatorskiego internetowego teatru o tematyce racjonalistyczno-liberalnej Theatrum Illuminatum

Podobne wpisy

6 komentarzy

  1. olrob
    14 lutego 2016 at 19:39 - odpowiedz

    Szczerze mówiąc to nie wiem po co napisał Pan ten cykl felietonów : pt.: „Coś tam 300 lat temu” ??

  2. Krzysztof Marczak
    14 lutego 2016 at 20:44 - odpowiedz

    Przepraszam, że się wtrącam, ale mam to coś do dodania. Po pierwsze to to, że sam czytam te eseje i polecam innym. Po drugie – samo pytanie „po co ktoś coś pisze ?” to wyższa forma od „a po co w ogóle coś pisać?’ Są jeszcze bardziej zaawansowane odmiany, ale te pewnie wszyscy znają.

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *