W niezwykłą niedzielę, w której zima na moment zaczęła przegrywać z błotnistym i przedwczesnym przedwiośniem (8.02.2026) odwiedzili nas Cameristi della Scala wraz z mezzosopranistką Danielą Pini. Ogromnie byłem ciekaw, jak muzycy ze sławnej orkiestry teatru La Scala radzą sobie z muzyką kameralną, a do tego barokową. La Scala, jeśli chodzi o jej muzyków orkiestrowych przeżywała różne fluktuacje. Nie brakuje nagrań, na których brzmi ona rewelacyjnie, mogąc śmiało konkurować z najlepszymi orkiestrami symfonicznymi świata. Ale są też takie fonogramy, gdzie gra muzyków z La Scali jest zupełnie przeciętna. Orkiestra ma z pewnością swoją rutynę związaną z repertuarem operowym, może grać niektóre dzieła dobrze w zasadzie bez żadnego dyrygenta. Jednak na przestrzeni dziejów fonografii łatwo zobaczymy, że obecność znanych dyrygentów była w stanie zupełnie odmienić brzmienie La Scali, znacznie bardziej niż na przykład w przypadku Filharmoników Wiedeńskich, których brzmienie jest natychmiastowo rozpoznawalne nie zależnie od tego, kto nimi dyryguje.

Intrygowało mnie zatem, jak zabrzmią Cameristi della Scala, zwłaszcza, że zagrają bez dyrygenta, co orkiestrom kameralnym dość często się zdarza. Zresztą, czy to była orkiestra kameralna, czy raczej dość nieliczny skład barokowy bez jelitowych barokowych strun? Czyli skład barokowy grający współcześnie na współcześnie traktowanych instrumentach, bez silnego historycznego poinformowania. Bez tak zwanego HIP.
Repertuar przedstawiony na koncercie był prawie monograficzny, bo złożony z dzieł dwóch późnobarokowych kompozytorów.
A. Vivaldi Koncert g-moll na dwie wiolonczele i smyczki RV 531
N. Porpora Salve Regina F-dur (1730)
***
A. VivaldiSovente il sole – aria z serenaty Andromeda liberata RV Anh. 117; Koncert d-moll na smyczki i b.c. RV 127; Vedrò con mio diletto – aria z opery Il Giustino RV 717
N. Porpora Come nave in mezzo all’onde – aria z opery Siface
A. VivaldiKoncert h-moll na czworo skrzypiec i smyczki op. 3 nr 10, RV 580 ze zbioru L’estro armonico
N. Porpora In braccio a mille furie – aria z opery Semiramide riconosciuta
Był zatem Antonio Vivaldi, legendarny za sprawą swoich melancholijnych i ekspresyjnych melodii w ariach i koncertach, jeden z najpopularniejszych obecnie kompozytorów, oraz Nicola Porpora, neapolitańczyk, nauczyciel Haydna i Farinellego, który jednak działał też w Wenecji, rodzimym mieście Vivaldiego. Nicola Antonio Porpora urodził się 17 sierpnia 1686 w Neapolu, a zmarł 3 marca 1768 też w swoim rodzinnym mieście. Antonio Vivaldi urodził się 4 marca 1678 w Wenecji, zaś zmarł 28 lipca 1741 w Wiedniu. Piszę tak dokładnie o ich datach życia, aby z tej perspektywy nakreślić pewne różnice stylistyczne. To właśnie Porpora wyraźnie sięgał po do dziś niezbyt uchwytny muzyczny styl rokoka. Wiem, wiem, to jest kontrowersyjne. Wielu muzykologów nie cierpi, jak zestawia się muzykę z innymi sztukami, przydając jej znaczenia epok znane z rozwoju malarstwa, architektury i rzeźby. A jednak jestem przekonany, że w muzyce istnieje wyrafinowany styl rokokowy, którego przejawem są na przykład niektóre dzieła Pergolesiego ale też Rameau. Porpora kształcił też Józefa Haydna, jednego z największych mistrzów klasycyzmu. Z tym że oczywiście wczesne utwory Haydna są jeszcze do pewnego stopnia barokowe, nie wiem, na ile rokokowe. Pewnie trochę tak, znajdziemy w nich słodkość, subtelność i pewną asymetryczność. Vivaldi na tym tle wydaje się barokowcem pełną gębą. Szybki rzut oka pokazuje, iż żadnego u niego rokoka czy klasycyzmu nie ma, tylko jędrny żywotny barok. Barok pełną gębą. Ale to tylko pozory. Vivaldi był wielkim kompozytorem, mimo popularności wciąż niedocenianym. W późnych dziełach Vivaldiego znajdziemy wiele elementów rokokowych mogących kojarzyć się z późnym barokowym malarstwem weneckim, a również też klasycyzm, uporządkowanie muzycznej przestrzeni, granie na szerokich i otwartych płaszczyznach, pozostawienie pulsacji rytmicznej w cieniu narracji melodycznej, oddzielenie jej. Sęk w tym, że późne koncerty Vivaldiego nie są nadal zbyt mocno znane, zaś odkrywać je można głównie dzięki genialnemu Carmignoli.
Piszę o tych meandrach stylistycznych dlatego, że współgrały one z meandrami stylistycznymi samych wykonawców, którzy zabrzmieli na koncercie wrocławskim. Cameristi della Scala nie grali w pełni barokowo, tak jak Carmigniola, Fabio Biondi czy Antonini. Nie był to Vivaldi dziki, niemal (ba)rockowy. Nie były to zderzenia dramatycznych kontrastów, tonięcie w mocno ciosanych i wyrazistych pasażach. Był to Vivaldi śpiewny, kantylenowy, rozmarzony, liryczny, szeroki i odległy. Mieliśmy w tym wykonawstwie swego rodzaju migoczącą zamglonymi barwami wedutę w stylu Canaletta. Tak już Vivaldiego grano, tak grali go choćby słynni I Musici. Nevil Marriner pokazał z kolei, że z orkiestrą kameralną grającą na współczesnych instrumentach można pójść śmiało w stronie barokowych kontrastów i odtwarzanych archeologiczne „nowinek”.
Ciężko jest dorównać Biondiemu w Vivaldim, zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji współcześnie przygotowane instrumenty (piszę o instrumentach smyczkowych, więc często tak czy siak są to stare, wspaniałe instrumenty). Cameristi della Scala nie próbowali więc rywalizować, lecz zagrali po swojemu, wracając do estetyki I Musici. I to miało sens. Czasem mam wrażenie, że rekonstruując muzycznie przeszłość zrywa się z ewolucyjnym ciągiem rozwoju muzyki i coś się jednak traci. Porzucając granie romantyczne na rzecz baroku zapomina się o tym, co romantyzm z baroku nadal w sobie zachował. Ciężko o tym zresztą pamiętać, gdyż nie wiemy, czym jest to coś. Nie wiemy dokładnie jak grali ludzie w baroku. Nie mamy nagrań. Mamy tylko trochę traktatów, co może najlepiej ukierunkowuje do dość prawdopodobnej rekonstrukcji wykonawstwa klawesynistów i organistów. Jednak z brzmieniem całych zespołów smyczkowych jest już problem, nawet jeśli z dokumentów epoki można odczytać to i owo o technikach gry na wiolonczeli czy skrzypcach.
Gra Cameristi della Scala urzekła mnie mimo swojego anachronizmu. Podobało mi się to szerokie, „lagunowe” oddalenie Vivaldiego i preklasyczny liryzm Porpory, choć co do elementów rokoka jednak trzeba stawiać na muzycznych archeologów. Na szczęście arie Porpory i Vivaldiego zyskały swój własny wyraz i estetyczny smak dzięki Danieli Pini, której głos był ciemny, przydymiony, czysty i ekspresyjny, nieco ociężały, ale poprzez tę swoją ciężkość nadający ariom piękny i specyficzny rys. Była w tym pewna asymetria kojarząca się z rokokiem.
Cameristi popisali się również znakomitą wirtuozerią w koncercie poczwórnym Vivaldiego i tym na dwie wiolonczele. Grali doskonale, okazali się świetnymi solistami. Jedynie jeden z wiolonczelistów miał pewien problem z szybkimi ozdobnikami, nadrabiając jednak tę niedogodność pięknym i głębokim brzmieniem instrumentu. Klawesyn grał dobrze, ale całkowicie w cieniu. Basso continuo (był jeszcze kontrabas w tej sekcji) zostało odsunięte w całkowity cień, jak w wykonaniach baroku z lat 70. przez zwykłe (nowoczesne) orkiestry kameralne.

Był to bardzo ciekawy koncert. Warto śledzić Cameristi della Scala, bo wprowadzają w elegancki i piękny sposób pewien pluralizm do naszej recepcji baroku. A powtórzę. Odtwarzając przeszłość zrezygnowaliśmy z płynnej, ewolucyjnej drogi muzycznego wykonawstwa i pewne ważne rzeczy mogliśmy „wylać z kąpielą” nawet o tym nie wiedząc…




