Nowoczesne oblicza folkloru

   Tak się jakoś zdarzyło, że druga połowa kwietnia przynosi we wrocławskim NFM koncerty będące na pograniczu folkloru i crossover rozmaitych tradycji. Bardzo się ucieszyłem, że niedzielny koncert (19.04.2026) przyniósł ze sobą sporo polskiego folkloru. Doszło bowiem do dosyć paradoksalnej sytuacji. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło ostatecznie triumf Karola Szymanowskiego, który w swoich dziełach z ostatniego okresu mocno nawiązywał do folkloru (Harnasie, Mazurki). Po II Wojnie Światowej Polska znalazła się pod okupacją radziecką, w związku z czym musiała przyjąć założenia socrealizmu, który stawiał na neoklasycystyczny język muzyczny i nawiązania do „muzyki ludu”. Ogólnie władze w PRL przedstawiały się jako wyrazicielki woli i aspiracji chłopów i robotników. Oczywiście Solidarność pokazała, jak to jest, gdy w takim systemie robotnicy rzeczywiście okazują swoją wolę… Tym nie mniej nic nie stało na przeszkodzie, aby w sztuce afirmować wzorce ludowe.

   Choć jednak dziś mój przyjaciel muzykolog narzeka, że obecnie II Program Polskiego Radia jest zdominowany przez audycje ludowe, nie możemy powiedzieć, że w Polsce idiom ludowej muzyki jest tak silny jak na Ukrainie, na Słowacji, we Włoszech czy na Węgrzech. Można by wymieniać wiele więcej miejsc, gdzie można usłyszeć muzykę ludową w doskonałym wykonaniu bez większego trudu. Można też wymieniać miejsca, gdzie tradycje nie wymierają, albo nie wymierają tak szybko, gdzie starzy ludowi mistrzowie otoczeni są gronem zdolnych uczniów dających gwarancję, że dawne wiejskie tradycje przetrwają. W Polsce mam wrażenie, że to fluktuuje. Kilkanaście lat temu miałem wrażenie, że polski idiom ludowy ożywa, że otacza nas morze ciekawych nagrań, że coraz więcej młodych ludzi terminuje u wiejskich nestorów wspaniałego muzykowania. Później jednak, zamiast oczekiwanego bumu nastała cisza, choć może to było tylko moje niestaranne śledzenie mediów. Faktem jest, że od lat Radiowa Dwójka ma dużo ludowej muzyki w swoim programie nadawania…

   Jakkolwiek by nie było, ucieszyłem się, że będę miał okazję spotkać się z polską muzyką ludową w NFM. Koncert miał następujący program:

Ta wodzicka (mel. ludowa, oprac. I. Pfeiffer)
Nie wyganiaj pastereczko (mel. ludowa)
Dysc (mel. ludowa, oprac. M. Szczęsny)
Jest drożyna, jest (mel. ludowa)
Z tamtej strony jeziora (mel. ludowa, oprac. M. Podzielny)
Taniec zbójnicki (mel. ludowa, oprac. M. Makowski)
Weź mnie Jasieńku; Wyjrzyj ino dziewucho; Ruta; O mój wianku lawendowy; Po co żeś mnie moja mamo (mel. ludowa, oprac. Svahy)
Chlebek; Oj chmielu (mel ludowa, oprac. Svahy)
***
K. Gacek-Duda Suita karpacka „Królestwo Beskidu” (oprac. M. Walach)
P. Lucewicz, P. Musiał 
– Fragmenty muzyki z filmu Znachor (oprac. G. Jurczyk)

A wykonawcami byli:

Wykonawcy:

Małgorzata Podzielny – dyrygentka, kierownictwo artystyczne Chóru Dziewczęcego NFM i Chóru Chłopięcego NFM
Radosław Labahua – dyrygent
Katarzyna Gacek-Duda – flet basowy oraz flety etniczne Karpat
Svahy:
Małgorzata Żurańska-Wilkowska – lira korbowa, śpiew
Ewa Pater – suka biłgorajska, mandolina, gitara, śpiew
Patrycja Cywińska-Gacka – bęben obręczowy, śpiew
Anna Rutkowska-Schock – fortepian
Chór Dziewczęcy NFM 
Chór Chłopięcy NFM
NFM Orkiestra Leopoldinum  
Jacek Owczarz – prezentacja multimedialna

   Zaczęło się od Chóru Dziewczęcego NFM, nad którym znakomicie panuje Małgorzata Podzielny, z pewnością jedna z najważniejszych i najbardziej utalentowanych postaci związanych z NFM.

   Usłyszeliśmy wiele neoklasycznych stylizacji muzyki ludowej zaśpiewanych pięknymi głosami młodych wykonawczyń. O ile wykonanie było wspaniałe, a i same kompozycje ciekawe, to jednak zauważyłem, że w obrębie przystosowywania ludowych tematów do muzyki chóralnej ludowość stała się nieco akademicka. Ciekaw byłbym transkrypcji chóralnych próbujących lepiej zachować pierwotną ludową naturalność i energię. Dzieci (później dołączyli też chłopcy) ożywiały tę muzykę nie tylko z pomocą swoich głosów, ale też za sprawą prostych układów choreograficznych. Może jednak warto byłoby zrezygnować z dążenia do śpiewania a capella i dodać do tego typu dzieł jakieś proste instrumenty na których mogliby grać nawet chórzyści. Ponoć Orff, ten od Carmina Burana, propagował taką metodę. O ile bowiem nie mogę się nie zachwycać świetnym wykonaniem dziecięcych zespołów (momentami nawet najstarsze dziewczyny wchodziły w bardziej ludową emisję głosów), o tyle mam pewne zastrzeżenia do autorów transkrypcji, aranżacji i adaptacji. Trochę za bardzo to wszystko akademickie. Może warto by zadać sobie trud i zastanowić się, jaką metodą kompozytorską, aranżacyjną wystylizować ludowe tematy w bardziej żywiołowe struktury? Oczywiście to nie jest problem tylko polskich twórców, nie mniejsze problemy mają na przykład znakomite angielskie czy niemieckie zespoły odwołujące się do obrazów własnych tradycji ludowych przeniesionych na płaszczyznę chóralną.

   Trio Svahy przyniosło oczekiwaną przeze mnie inną emisję głosów i pewną żywiołowość. Był to też tak naprawdę folklor mocno wystylizowany, choć niezwykle podobało mi się dość namiętne używanie wielogłosu, który z pewnością nie zawsze występował w oryginale. Suka biłgorajska to trochę instrument z „innej planety”, aż ciężko uwierzyć, że znali go nasi wiejscy przodkowie. Pomianowska gra na nim prawie jak na indyjskim klasycznym sarangi, dodała chyba struny rezonansowe. U Ewy Pater suka biłgorajska brzmi bardziej jak średniowieczna wiola, czysto, finezyjnie i fascynująco. Nijak się ma ten dźwięk do wielkich ludowych skrzypków, których nagrania zdobią kolekcję Polskiego Radia. Zwłaszcza radomszczyzna – dźwięki dzikie, ale też żywiołowo perfekcyjne. Tu bardziej jak wiola w zespołach muzyki dawnej. Lira korbowa z kolei była zupełnie w innym stroju, przynajmniej takie miałem wrażenie i bardzo nisko strojona. Zastępowała basy w chaotyczny i nieco gryzący się z suką sposób. Nie wiem też, na ile lira korbowa była popularna na polskiej wsi, na przykład w XVI wieku. Kiedy w XIX wieku Oskar Kolberg prowadził swoje badania, występowała w muzyce kresowej, mieliśmy ukraińskich lirników. A wcześniej był to powszechny instrument, często używany na przykład przez żeglarzy, więc oczywiście jakieś liry mogły na wieś trafiać, tak samo jak mandoliny. Ale raczej nie było to typowe brzmienie polskiej wsi. I chyba nie należy tu oczekiwać jakiegoś puryzmu od współczesnego zespołu folkowego. To samo dotyczy emisji głosów i stosunku do wiejskich dialektów, jedno i drugie było przesunięte w stronę ogólnej, powszechnej estetyki śpiewu czy rozumienia języka. Natomiast same wykonania były ciekawe, użycie rytmu było niekiedy bardzo współczesne, nie do końca jazzowe czy popowe, ale z pewnością mające w tle to, jak najczęściej słyszymy instrumenty perkusyjne dziś. Byliśmy pomiędzy tradycją, a współczesną modą dźwiękową. I dobrze, tradycja polega na tym, że ewoluuje.

   W pierwszej części koncertu szczególnie zwróciła moją uwagę jedna ze starszych znanych polskich pieśni ludowych „Oj chmielu”, na tyle stara, że aż niosąca w sobie ślady dawnych, słowiańskich wierzeń. Tu dziecięce chóry i Svahy połączyły siły i wyszło wspaniale. Zajmujące się muzyką w pełni klasyczną dzieci dodały temu głębi, zaś Svahy tak potrzebnej ludowej żywiołowości.

   Druga część koncertu przyniosła nowego wykonawcę, czyli Wrocławskich Filharmoników, którzy siłą rzeczy zajęli całą scenę. Katarzyna Gacek-Duda w swojej Sucie karpackiej co chwilę zmieniała flety, fletnie i inne instrumenty. Orkiestra ciekawie nawiązywała do zupełnie odmiennych stylów dźwiękowej emisji. Powstał z tego wyjątkowo barwny fresk, który niósł w sobie też newageowskie tematy, tak popularne w ogólnej przestrzeni akustycznej. Słyszymy je czasem nawet w samolotach, jeśli jakaś linia lotnicza nie nawiązuje do czegoś konkretnego, tak jak LOT do Chopina czy Austrian Airlines do Mozarta. Czyli tajemnicze, budujące medytacyjny i tajemniczy nastrój akordy… Te tematy były tak dominujące, że różne bardziej karpackie niż beskidzkie motywy wprowadzane przez flecistkę były jakby na drugim planie. Ale, gdy dość rzadko sięgam po coś innego niż muzyka klasyczna, to, jak się okazuje, sięgam po New Age. Zdarza mi się raz na kilka miesięcy posłuchać Enyi czy Dead Can Dance… Oczywiście słucham też masy muzyki ludowej, choć w wielu wypadkach jest to po prostu muzyka klasyczna innych cywilizacji – indyjskiej, japońskiej, chińskiej, irańskiej, arabskiej, tureckiej, balijskiej… Dlatego też wspomniałem, że nazwa Suita Beskidzka jest troszkę myląca. Bałkańskie ogniwa przenoszą nas co najmniej w Karpaty, których Beskidy są tylko częścią. Ale nic nie szkodzi, podobało mi się. Oczywiście, w przypadku new age zawsze pojawia się pewien zarzut „kiczu”, ale przed tym broni talent wykonawców, a tego w tym wypadku nie brakowało.

   Co ciekawe muzyka do Znachora też nie nawiązywała w swoim ogólnym brzmieniu wprost do muzyki ludowej czy typowo filmowej. Też na starcie otworzyły się przede mną pełne patosu uduchowione newageowsko krajobrazy. Nawet tematy ludowe pojawiały się w dość niezwykłych, rozległych instrumentacjach, mających bardziej na celu budowanie nierealnej niemal przestrzeni niż wiejskiego żywiołu. Orkiestrze niemal non stop towarzyszyły chóry dziecięce, przeważnie oparte na wokalizie, w przypadku pieśni ludowych na ich słowach. Katarzyna Gacek-Duda i Trio Svahy też świetnie się wplatały w ten fresk, flecistka tym razem grała na zupełnie „normalnym” poprzecznym flecie basowym i choć jej partia nie była tak wirtuozerska jak w jej własnej kompozycji, to jednak tworzyła wspaniały i poruszający nastrój. Trio Svahy też wpisywało się znakomicie w wyświetlane na ekranie sceny ze Znachora.

   Podsumowując. Byłbym jeszcze bardziej szczęśliwy, gdyby na scenie stanął wielki muzyk ludowy i „robił swoje”. Zaskoczył mnie new age tak mocno obecny w wielu kompozycjach. Myślałem, że opadliśmy w jakiś już zupełnie postneopostquasipostmodernizm i new age jest już passe. A jednak nie. Żyje i ma się dobrze. I w sumie całe szczęście, bo nie chciałbym usłyszeć tego postneopostquasipostmodernizmu. I też, mimo tego, że nie dotarliśmy chyba do najgłębszych pokładów muzycznej ludowości, to jednak czułem się znacznie lepiej niż na koncercie Abela Selaocoe, o czym pisałem w poprzedniej recenzji (to też, a może zwłaszcza, był crossover). Może jednak moje żywsze podejście do koncertu o którym teraz piszę wynika z tego, że jednak jestem po prostu mocniej wrośnięty w muzykę Beskidów i Kujaw niż w muzykę RPA, Tuvy i amerykańskich ruchów emancypacyjnych?

   Nowej wersji Znachora jeszcze nie widziałem, ale cieszę się, że tak ładnie przemyca ludowe wątki. Choć posłuchajmy na przykład muzyki do gry Wiedźmin III Dziki Gon. Jest mniej klasyczna i mniej w oczywisty sposób „polsko folklorystyczna”. A jednak, kto wie, może zbliża się do wzorca tego typu crossoverowej filmowo/growej muzyki? To chyba dobry punkt odniesienia, abym mógł ocenić niedzielny koncert, którego muzyka do Znachora była w pewien sposób kulminacją. Wiedźmiński folk bardziej mnie porywa, ale muzyka do Znachora nie leży zupełnie na dnie w stosunku do niej. Jest w podobny sposób ciekawa i inspirująca. Zatem – wielkie brawa.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

7 + dziewiętnaście =