Piątek we wrocławskim NFM (17.04.26) przyniósł nam dość crossoverowy koncert, mieszający ze sobą rozmaite wpływy i stylistyki. Gwiazdą wydarzenia był bez wątpienia Abel Selaocoe, który wraz z Wrocławskimi Filharmonikami i dyrygującą nimi JoAnn Fallettą wykonali specjalnie napisany dla solisty utwór Jessie Montgomery These Righteous Paths (Te sprawiedliwe ścieżki). Utwór ten został zamówiony przez różne (głównie) amerykańskie podmioty kulturalne i też, wśród nich, przez NFM.
Jessie Montgomery dorastała w środowisku artystycznym — jej matka, Robbie McCauley, była dramatopisarką i performerką, a ojciec, Ed Montgomery, muzykiem. To zanurzenie w kulturze Nowego Jorku lat 80. i 90. ukształtowało jej wrażliwość artystyczną i społeczną. Jej bramą do świata muzyki klasycznej były skrzypce. Później (chyba) pojawiło się komponowanie. Od 1999 roku Montgomery związana była ze Sphinx Organization, wspierającą młodych czarnoskórych i latynoskich muzyków. Była laureatką konkursu Sphinx, a później została kompozytorką-rezydentką zespołu Sphinx Virtuosi. Artystka była współzałożycielką kwartetu PUBLIQuartet (2010), wieloletnią członkinią Catalyst Quartet (do 2021). Jej kariera stopniowo przesuwała się z wykonawstwa w stronę kompozycji, co dziś stanowi jej główną działalność. Otrzymała GRAMMY® Award za utwór Rounds (2021) — szeroko komentowany jako przykład nowej energii w muzyce klasycznej. Montgomery tworzy muzykę głęboko zakorzenioną w doświadczeniu amerykańskim — łączy klasykę z jazzem, folkiem, muzyką czarnej diaspory, improwizacją i poezją. Jej twórczość jest często odczytywana jako komentarz społeczny, a jednocześnie pozostaje niezwykle komunikatywna i emocjonalna. Krytycy i instytucje podkreślają, że jest jedną z najważniejszych głosów współczesnej muzyki klasycznej w USA.

„These Righteous Paths” Jessie Montgomery to koncert wiolonczelowy, którego idee wyrastają z twórczości jej matki, dramatopisarki Robbie McCauley — jednej z kluczowych postaci czarnego teatru w USA po okresie ruchu praw obywatelskich. Utwór jest częścią większego cyklu inspirowanego jej sztukami i poezją, a jego trzyczęściowa struktura odzwierciedla zarówno osobistą, jak i historyczną podróż przez doświadczenia czarnej diaspory.
Z kolei wykonawca, któremu dedykowany jest „These Righteous Paths” pochodzi z Republiki Południowej Afryki i jest również czarny, choć oczywiście nie należy do żadnej diaspory, lecz do większościowej grupy mieszkańców swojego kraju. Umiejętności Abela Selaocoe i podejście do wykonywanej muzyki w zasadzie utrudniają, jeśli nie uniemożliwiają powierzenie wykonania kompozycji Montgomery innemu wiolonczeliście. Sęk w tym bowiem, że od Abela Selaocoe kompozycja wymaga nie tylko gry na wiolonczeli, ale też specyficznego, multikulturowego śpiewu. Ten ostatni zdaje się być specjalnością wykonawcy. Choć od 2010 Selaocoe uczył się w Londynie, gdzie zyskał ostatecznie artystyczne dyplomy, jedną z cech jego wykonawstwa jest gardłowy śpiew, zwany też śpiewem alikwotowym, kojarzący się nam najlepiej z Mongolią lub regionem Tuwa. Jednak ta specyficzna, wibrująca emisja dźwięku polegająca na wprowadzaniu strun głosowych w dodatkowy, nie kojarzący się wcale ze zwykłą emisją głosu rezonans istnieje nie tylko na dalekich stepach Azji. Była ona najprawdopodobniej szeroko znana i stosowana w rozległej kulturze szamanizmu obejmującej niegdyś w zasadzie cały świat. Jej relikty zachowały się także w Afryce, wśród ludu Khosa zamieszkującego RPA i Lesotho. Problem jednak w tym, że Abela Selaocoe wyraźnie odnosił się podczas swojego koncertu do stylistyki mongolskiej, o czym świadczyły też figuracje wiolonczeli w wysokich rejestrach wyraźnie nawiązujące do mongolskich instrumentów smyczkowych. Jeśli był w śpiewie Selaocoe komponent afrykańskiego śpiewu alikwotowego to był on wyraźnie zdominowany (przynajmniej moim zdaniem) przez ten bardziej na świecie znany, przez ten spod znaku Czingis-chana. Nie jest to z mojej strony zarzut, choć uważam, że zakrywanie mniej znanej tradycji tą najbardziej rozpoznawalną szkodzi tej pierwszej. Ale nie mogę zakładać, że Selaocoe postawił sobie za cel promowanie rdzennej muzyki ludu Khosa.

Jak wiecie zapewne, od dawna mówię o muzyce klasycznej i ludowej innych niż europejska cywilizacji. Badając te tematy, a na indyjskim wątku znając się dość dobrze, zauważam, że crossover każdej takiej tradycji z muzyką europejską jest niebywale trudny. Jedną z większych trudności jest połączenie muzyki indyjskiej, chińskiej, japońskiej czy choćby malijskiej (tu już Afryka) z orkiestrą symfoniczną i z warsztatem najczęściej postromantycznym albo postneoklasycystycznym. Zazwyczaj wychodzi z tego coś w stylu barwnej, ale też płytkiej muzyki filmowej i to mimo najlepszych chęci. Za najbardziej udany znany mi przejaw połączenia muzyki afrykańskiej z klasyczną muzyką europejską uważam Pieces from Africa Kronos Quartet. Ci słynni muzycy zjadli wręcz zęby (a raczej smyczki) na crossoverach i to słuchać. Muzyka afrykańska w ich interpretacji nie zamienia się w barwny, ale płytki fresk, lecz ma głębię strukturalną, nie jest pusta, lecz intrygująca. Inny niezwykły przykład to Jordi Savall grający muzykę Indian Kechua na wioli wraz ze swoim zespołem. Ten poruszający utwór jest chyba na pierwszym albumie „Muzyka z Nowego Świata”. Z kolei Concerto Koln, lepiej niż Savall (który też próbował) zbliżyło się na jednej ze swoich płyt do klasycznej muzyki otomańskiej.



Jessie Montgomery nie sprostała temu jakże trudnemu zadaniu. Usłyszałem świetnie wykonany, lecz dość płytki „filmowy” fresk. Umiejętności wokalne Abela Selaocoe rodziły we mnie uznanie, choć denerwował mnie trochę sposób nagłośnienia jego głosu. Było ono szerokopasmowe, nakładając się na całe brzmienie orkiestry zamiast płynąć z jednego punktu. Brzmiało to dość sztucznie i najpewniej było intencją samej kompozytorki, bo nie podejrzewam znakomitej ekipy technicznej NFM o taką samowolkę. We fresku Montgomery pojawiały się interesujące melodie, kojarzące mi się z country lub wręcz czymś irlandzkim, ale nie mogły się one rozwinąć, bo gasiły je słowa i pieśni, które były ładne i tylko ładne. Oczywiście śpiew alikwotowy powodował wstrząsy u części publiczności, choć osobie osłuchanej z muzyką powinien być raczej dość dobrze znany, to nie jest niszowy temat. Dodam na marginesie, że znam całkiem sporo osób, które przyzwoicie nauczyły się śpiewać alikwotowo. Nie jest to trudne na poziomie podstawowym, choć przypuszczam, że niemal niemożliwe na poziomie mistrzów z Tuwy. Selaocoe operował tą techniką przyzwoicie, ciekawie ją też łączył z ludowo – popową emisją. Momentami jego głos współbrzmiał w idealnym unisono z wiolonczelą i to było bardzo ciekawe.
O swojej wyobraźni i muzycznym witalizmie Selaocoe zaświadczył w dwóch rozbudowanych bisach, w pierwszym z nich uczynił chór z orkiestry (całkiem niezły zresztą), więc musiał on być wcześniej przygotowany na próbach. Tu też mieliśmy barwny, efektowny i jednak pozbawiony jakiejś strukturalnej głębi świat. Ogólnie było to wszystko ciekawe i schowałbym szpony krytyki tak jak kot chowa swoje pazurki w łapce, gdyby nie frenetyczna reakcja publiczności. To co usłyszeliśmy nie zasługiwało na aż taki entuzjazm! Jeśli ktoś jest spragniony muzyki afrykańskiej, niech słucha wielkich artystów z Mali, jest tego trochę nawet na moich mediach (Racjonalista.tv). Wystarczy wpisać „Sona Jobarteh”. Ta wielka artystka nie miała takiego szczęścia do publiczności we Wrocławiu co Selaocoe. Jeśli chodzi o komponent symfoniczny, to nie wskażę moich typów. Niezwykle trudno jest powiązać naszą klasyczną tradycję z muzyką świata. Na pewno musi być tu w grze większa świadomość muzyki nowej, nie można się trzymać technik postneoklasycystycznych. Więc może, jeśli chodzi o zderzenie muzyki japońskiej z muzyką europejską Toru Takemitsu i jego kompozycje używające też tradycyjnych japońskich instrumentów? Może wirtuozka chińskiej lutni pipa Wu Man grająca minimalizm Rileya z zespołami kameralnymi?
Przejdźmy do drugiej części koncertu. Dalej trzymaliśmy się tematyki zderzeń stylistyk. Tangazo Astora Piazzoli pokazało, że był to rzeczywiście utalentowany i pełen inwencji kompozytor. Zamiast wariacji na temat popularnego tańca mieliśmy tu frapujący poemat symfoniczny na temat Buenos Aires. JoAnn Falletta poprowadziła go z wrażliwością i zrozumieniem, nie epatując tanecznością, lecz barwnym opisem miasta. I było to piękne. Jeszcze bardziej zaskoczyły mnie Tańce symfoniczne z musicalu West Side Story. Dyrygentka zrezygnowała tu z pewnej przebojowości i zdecydowała się na płynność narracji, barwność i liryzm. Przez co ta suita z muzyki musicalowej stała się zaskakująco piękna i głęboka. Słyszę ten kolaż w NFM co jakiś czas i muszę przyznać, że tak pięknej i mądrej interpretacji jeszcze nie mieliśmy. A to dla mnie ważne, bo Bernstein jest takim „stanem nieokreślonym” wśród moich muzycznych wyborów. Czasem się nim zachwycam, czasem odkładam płytę ze znudzeniem. Zawsze mam wrażenie, że w kompozycjach Bernsteina „coś jednak jest”, lecz nie zawsze mam siłę, żeby to wygrzebywać. Tym razem wszystko co dobre było na wierzchu. Wielkie brawa!




