Bliski Wschód moich marzeń

 

Bliski Wschód to mimo wszystko ważny region świata, sami musicie przyznać. Ja też nie mogę nie zauważyć, że większość ludzi religijnych na świecie czerpie swoje natchnienie z tego pustynnego półwyspu. Gdy więc patrzę na doniesienia z mediów, myślę sobie czasem, czego bym życzyła ludziom mieszkającym na Bliskim Wschodzie.

Po pierwsze jak najmniej religii. To jest chyba główna trauma tego regionu. Zbyt wiele mieszka tam osób, dla których najwyższą wartością jest religia. Dotyczy to przede wszystkim muzułmanów, ale również judaiści się radykalizują. O chrześcijanach nie wspomnę, bo są usuwani z tego regionu, skazywani na wygnanie, lub na dół zbiorowej mogiły. Możliwe jednak, że w bardziej dla siebie szczęśliwych czasach też byliby bardziej radykalni od swoich współwyznawców z Europy czy z Ameryk.

 

 

Po drugie jak najmniej nacjonalizmu – pojawił się nieszczęsny nacjonalizm arabski, który działa bardzo mocno, łącząc się jeszcze z klanową mentalnością Arabów, którzy wynoszą się nie tylko ponad niewiernych, ale również ponad Turków, Kurdów czy Irańczyków. Moim zdaniem świat powinien bardzo surowo piętnować ten nacjonalizm, zadając choćby na polu ONZ pytania o to, dlaczego państwa arabskie i muzułmańskie głosują wspólnie.

Po trzecie – edukacja po angielsku. Bo nie ma nic sensownego po arabsku. Bliski Wschód jest gnębiony przez sformatowaną koranicznie i nacjonalistycznie edukację. Ona wpływa na nacjonalizm, na brak uznania dla wolności jednostki, na fundamentalistyczną religijność i na nierówność kobiet i mężczyzn. Po kilku dekadach angielskiej edukacji mogłaby powstać rodzima edukacja, bo arabski to bardzo piękny i bogaty język, niestety jest pożerany przez jedną jedyną księgę.

Bliski Wschód ma ogromny potencjał. Posiada surowce, możliwości inwestowania środków z nich pozyskanych, jest też od głębokiej Starożytności ważną trasą tranzytową. Ważne jest zapewnienie pracy i możliwości młodym ludziom, aby nie emigrowali, ale budowali na miejscu. To potencjalnie zdolni i przedsiebiorczy ludzie. Wszyscy liberalni Arabowie i Arabki jakich spotkałam zroblili na mnie jak najlepsze wrażenie. Najlepszym sojusznikiem dla arabskich mieszkańców Bliskiego Wschodu byłby Izrael, gdyż Izraelczycy nauczyli się budować w tym trudnym klimacie. Ale to od Arabów zależy pierwszy krok, czyli pełne uznanie miejsca Izraela na świecie. Nawet jeśli nie spodoba się to Palestyńczykom, to przecież Irakijczycy, Syryjczycy czy Jemeńczycy nie są ani trochę Palestyńczykami i mogą sobie w końcu powiedzieć – „nie umierajmy za Gdańsk, to nie nasza sprawa”. Hiszpanie jakoś nie cierpią na całkowity bezwład z uwagi na politykę Argentyny czy Kolumbii, choć przecież dzielą z tymi państwami tę samą wiarę, ten sam język (oczywiście są różnice dialektalne) i po części te same korzenie etniczne.

Bliskiemu Wschodowi Zachód może pomóc po prostu normalnością. Nie idealizując tego regionu, nie winiąc się za nieswoje grzechy. Francuz czy Niemiec powinni myśleć o Bliskim Wschodzie podobnie jak myślą o Tasmanii, Polinezji czy Laosie. Czyli mało, jeśli nie mają tam interesów i wiele, jeśli opłaca im się uczciwa współpraca. Póki co tylko Izrael spełnia wszelkie warunki owocnej współpracy (może jeszcze w mniejszym stopniu Emiraty i Katar, na swój sposób przynajmniej), więc tacy na przykład Szwedzi, zamiast wieszać przysłowiowe psy na mieszkańcach tego kraju, powinni ich traktować jako najbardziej godnych zaufania w tym regionie świata. Jak Syria czy Jemen zasłużą sobie na zaufanie i będą miały coś godnego uwagi – proszę bardzo, kupujmy to. Inwestujmy, jeśli Syryjczycy czy Jemeńczycy zadbają o bezpieczeństwo w swoich krajach. A jak nie zadbają, no to oczywiście nie inwestujmy. Można mieć nadzieję, że w końcu pojawią się ludzie w tych krajach, którzy pomyślą „Musimy posprzątać ten nasz religijno – polityczny chaos, aby ludzie chcieli do nas przyjeżdżać i inwestować u nas”. I tego właśnie im życzę, podobnie jak mieszkańcom Myanmaru (dawniej Birma), Filipin czy Kambodży.

 

DODATEK:

Na koniec chciałam jeszcze przytoczyć fragment kasydy Imru al-Kajsa, przedmuzułmańskiego poety arabskiego:

Ma czoło jak wypukłość tarczy, którą polerował mistrz zręczny .

A nozdrza ma jak schrony hien, nimi parska gdy się zdyszy.

U pęcin ma kosmyki jak orli puch czarne, które się prostują, gdy je zmierzwi.

I oko pełne i krągłe, którego brzegi są od tyłu ścięte.

Obróci się przodem : rzekniesz – to dynia zielona, zgubiona w moczarach.

Zwróci się tyłem : powiesz – to kamień paleniska na którym nie ma skazy.

Stanie bokiem : stwierdzisz  – to gibka szarańcza, mająca nad sobą wyprężony smyczek.

 

O autorze wpisu:

Humanistka z wykształcenia, nie bojąca się jednakże ściślejszej nauki. Od dziesięciu lat sympatyczka polskich racjonalistów, obecnie mieszka za granicą. Obecnie, jako publicystka, zainteresowana obroną wolności słowa, wolności ekspresji artystycznej i tożsamości europejskiej.

  1. Twoj artykul jest przykladem tzw wishfull thinking.

    Bliski Wschod jest tnajbardziej skloconym miejscen  na sweiecie.Glownym powodem sa religia, korupcja i zacofanie w sposobie rzadzenia ,praw czlowieka i pojec demokracji.Marzyc mozna ale to jest niezbyt skuteczne. Lepiej sugerowac zmiany  krore poprawia zalosna sytuacje. Bliski Wschod nie jest natchnieniem ludzkosci lecz bomba zegarowa ktora moze wybuchnac i spowodowac zniszczenie swita. Wystarczy aby Irabn zaatakowal Izrael  lub odwrotnie.

    Zachod zamiast finansowac rozne kliki rzadzace powinien wymagac reform i pozbycia siw wszechobecnej korupcji w ponstwach arabskich. Na przyklad finansowanie Palestynczykow to poparcie skorumpowanej kliki lobuzow ktrzurzy okradaja swoj narod. Arafat byl rzadowym zlodziejem .Abas nie jest duzo lepszy. Ich marzenie zniszczrenia Izraela jest beznadziejnym celem .Malutki narod  Zydow jest zbyt silny militarnie . 

     

  2. Bliski Wschód to mimo wszystko ważny region świata,(…) większość ludzi religijnych na świecie czerpie swoje natchnienie z tego pustynnego półwyspu

     

    Bliski Wschód to (geograficznie) znacznie szersze pojęcie. Ogólnie szkoda mi tego regionu. Przebogate spuścizna kulturowa. Nie mówię tu o wahabitach i innych ortodoksach, ale Irańczykach, Libanie, Algierii. Niestety, im goręcej tam będzie, tym bardziej ludzie będą się radykalizować. Obecnie w Turcji obserwujemy (nie taki znowu egzotyczny) mariaż religijnej ortodoksji z nacjonalizmem. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.