Kompozycja dla Wrocławia

Byłem dzisiaj (10 marca 2017) świadkiem niezwykłego wydarzenia. Od dawna mam dość silne przekonanie, że Wrocław jest bardzo pięknym miastem, które ciężko opuścić na dłużej (choć lubię podróżować). Gotyk, modernizm, mosty i rzeki, zabytkowe parki, stare drzewa, tajemnicze zakamarki śródmieścia, romantyczne wieże ciśnień – długo by wymieniać. Dlatego przedstawienie prapremiery kompozycji dedykowanej Wrocławiowi było dla mnie podwójnie ważnym wydarzeniem.

Autorem dzieła był Japończyk Sumio Kobayashi (*1982) zaś sam utwór nazywał się Music by Krasnale. Mieliśmy zatem prawykonanie trwającego kwadrans utworu dedykowanego Wrocławiowi, z racji tego, że był Wrocław Europejską Stolicą Kultury 2016. Dzieło Sumio Kobayashiego zostało uhonorowane Nagrodą Główną Międzynarodowego Konkursu Kompozytorskiego zorganizowanego przez Akademię Muzyczną im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu, tę samą akademię, która przyczyniła się do istnienia w stolicy Dolnego Śląska jednej z najlepszych polskich orkiestr symfonicznych i wielu innych bardziej już kameralnych, choć nie mniej intrygujących formacji muzycznych.

Dziś grała orkiestra symfoniczna NFM Filharmonia Wrocławska pod batutą norweskiego dyrygenta Rune Bergmanna. Napisałem „batutą”, a raczej powinienem użyć słowa pięścią, gdyż dyrygent tego wieczoru był postacią potężnie zbudowaną, wysoką, nie stroniącą od ekspresyjnych ruchów i nawet swoistego „dyrygenckiego tańca”. Na szczęście ta pięść dyrygencka nie szkodziła muzyce, utwory wykonane tego wieczoru były przedstawione dynamicznie, ale z dbałością o poszczególne głosy i sekcje instrumentów. Może czasem brakowało trochę detali, czego oczywiście nie mogłem ocenić po pierwszym utworze, który słyszeliśmy pierwszy raz w ogóle. Z ważnych działań jakie podejmował wcześniej Rune Bergmann można wymienić funkcję dyrektora muzycznego Augsburger Philharmoniker und Theater Augsburg, oraz liczne przedsięwzięcia muzyczne podejmowane w Norwegii.

Sumio Kobayashi urodził się w miejscowości Mie – Ken w Kraju Kwitnących Wiśni. Studiował na Uniwersytecie w Kent. Choć jest jeszcze człowiekiem młodym, zdobył nagrody na konkursach kompozytorskich w Japonii, we Włoszech, we Francji i w Korei Południowej. Jego poprzednie dzieła noszą dość japońsko – chińskie tytuły: Srebrna nuta pachnącego księżyca z roku 2013 i Dźwięki z lasu są… z 2014. Nie zdziwiło mnie zatem delikatne nawiązanie w pierwszych taktach utworu dla Wrocławia do przenikliwych i ekspresyjnych dźwięków fletu japońskiego szakuchaczi, uzyskane za pomocą wysokich dźwięków sekcji skrzypiec i (europejskich już) fletów. Jednak kompozycja Kobayashiego nie okazała się typowym „zderzeniem kultur”, gdzie na kanwie muzyki europejskiej pojawiają się „egzotyczne smaczki” z Dalekiego Wschodu, czasem wspierane rzeczywistą obecnością instrumentów takich jak koto, szamisen, szakuchaczi, biwa etc. Takie zderzenia bywają oczywiście wspaniałe, ale tkwi w nich też pułapka popadnięcia w pewien banał i swego rodzaju „turystykę muzyczną”. Tymczasem kompozycja Sumio Kobayashiego bardzo szybko poszła w stronę struktury zainspirowanej muzyką spektralną i chyba nawet samym Griseyem. Cudowne było dodanie do złożonej struktury uzyskiwanej przez sekcję smyczkową dźwięków fortepianu.

Czemu utwór odnosił się do Krasnali? Z perspektywy historii Wrocławia sprawa jest oczywista – najpierw Pomarańczowa Alternatywa, później zaś komercyjne wykorzystanie krasnali, których małe metalowe rzeźby spotkać można w różnych punktach Wrocławia. Przed NFM jest oczywiście orkiestra kameralna krasnali. Krasnale to w głębszym kontekście ukłon w stronę opozycyjnego ducha Wrocławian w PRL, który to duch przybył po części z Lwowa i Wilna, a także zburzonej Warszawy. Jeśli coś odnosiło się do Krasnali w kompozycji Kobayashiego to tajemniczy nastrój, zaś falowanie całej struktury mogło się skojarzyć z wielką powodzią, która – jak twierdzą niektórzy – przyczyniła się do ostatecznego scementowania naszej wrocławskiej tożsamości. Nie jest to jednak aż tak istotne. Wrocław otrzymał bardzo piękny utwór, sądzę, że jeszcze nie raz go usłyszymy i to nie tylko we Wrocławiu. Bardzo się cieszę, że przy okazji Europejskiej Stolicy Kultury doszło do powstania dzieła muzyki współczesnej, co nie jest oczywistym wyborem dla wielu innych sponsorów. Kompozycja Kobayashiego okazała się być bardzo urokliwa od strony sonorystycznej i zwarta pod względem przebiegu formy. Wykonanie było moim zdaniem bardzo dobre.

Po utworze słyszanym po raz pierwszy przyszedł czas na dwa utwory z rodziny najbardziej popularnych dzieł muzyki klasycznej. Ich popularność jest jak najbardziej uzasadniona, gdyż są to arcydzieła wzbudzające we mnie nieodparte skojarzenie z Grecją Klasyczną i z Partenonem. To może dziwne skojarzenie, jeśli chodzi o dzieła powstałe na początku XIX wieku, ale nic na to nie poradzę. Należę do licznego i bardzo zacnego grona tak te dzieła kojarzącego. Chodzi być może o pozorną prostotę materiałów wyjściowych i niezwykłą siłę wyrazu i doskonałość tego co z tych prostych rzeczy ostatecznie powstało. U Greków mamy kolumny i marmur, zaś u Beethovena (jeśli jeszcze nie zgadliście) prosty muzyczny temat, który po przetworzeniu w jego genialnym umyśle stawia przed nami arcydzieła architektury dźwięków.

Moim zdaniem Beethoven był jednym z najbardziej architektonicznych kompozytorów, słuchając jego najwspanialszych dzieł mam zawsze wrażenie synestezji czasu i przestrzeni. Oczywiście pod warunkiem, że te dzieła nie są grane za szybko, co się niestety często zdarza antykwariuszom sztuki muzycznej. Dziś mieliśmy okazję posłuchać IV Koncertu fortepianowego i V Symfonii.

IV Koncert fortepianowy, w którego środkowej części, jeśli wierzyć romantykom, Orfeusz schodzi do piekieł wypatrując Eurydyki, okazał się niestety wykonawczą katastrofą. Winnym połamania liry Orfeusza jest Freddy Kempf, znany skądinąd brytyjski pianista, mający coś ciekawego do zaproponowania i występujący już jako ośmiolatek. Niestety, tym razem grał szybko, bezmyślnie, bez możliwości związku z orkiestrą, łącząc ze sobą architektoniczne tony Beethovena w jakąś pozbawioną wyrazu maź. Przypominało mi to ściągnięcie oleju z obrazu Rembrandta i zrobienie z pozyskanego w ten sposób „materiału” pasty do butów. Mam nadzieję, że Kempf miał po prostu bardzo zły dzień, ale odniosłem wrażenie, że za szybko stał się wirtuozem i chyba nie zrozumiał czym jest muzyka, po co w ogóle siedzi przed fortepianem. Publiczność tego wieczoru nie była zbyt wyrobiona, o czymś świadczy klaskanie części z niej po częściach jednego z najbardziej znanych koncertów i po częściach najbardziej znanej na świecie Symfonii. W jakimś sensie poczułem zazdrość – to w sumie wspaniałe, usłyszeć po raz pierwszy V Symfonię. Ja do dziś pamiętam moje paraliżujące zachwytem wrażenie po wysłuchaniu tego utworu w wieku kilku lat. Tak czy siak, bałem się, że publiczność zorganizuje Kempfowi stojącą owację, bo grał bardzo szybko i efektownie (choć nie Beethovena). Na szczęście kilka osób, które wstały nie pociągnęły ze sobą reszty.

Byłem tego dnia bardzo szczęśliwy, że w V Symfonii nie jest potrzebny pianista. Mogłem wreszcie posłuchać, co ma do powiedzenia o Beethovenie dyrygujący pięścią Bergmann. Wykonanie było dobre, tempa szybkie, ale nie zagonione, brzmienie masywne, ewokujące przestrzeń, którą tak lubię u Beethovena. Trzecia część z jednej strony była najbardziej udana, z drugiej trochę nie wyszły ekspozycje instrumentów dętych. Jeśli miałbym się jeszcze czegoś przyczepić, to jednak warto by było jeszcze nieco porzeźbić w poszczególnych frazach, zwłaszcza smyczków, było na to miejsce, a wykonanie byłoby jeszcze lepsze.

Gdybym miał jakoś sportowo podsumować ten piątkowy wieczór w NFM to 2:1 dla muzyki. I mam dwie prośby – po pierwsze chciałbym znów usłyszeć Music by Krasnale Kobayashiego, po drugie, chciałbym prosić o ostrożność w ponownym zapraszaniu Freddiego Kempfa do wykonywania Beethovena. Na bis zagrał Chopina i choć też był to trochę dziwny Chopin, to jednak nie był to gwałt na tym utworze. Tym niemniej byłem tak wstrząśnięty nieszczęsnym czwartym koncertem, że zapomniałem, cóż to był za utwór na niezasłużony bis.

 

Ps.: Oczywiście, aby uczcić wrocławską kompozycję, ubarwiłem moją recenzję widokami Wrocławia. Prawda, że ładne? Mam nadzieję, że kolejny kompozytor coś napisze.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

2 Odpowiedzi na “Kompozycja dla Wrocławia”

  1. Bardzo ładne!

    Widząc ostatnie zdjęcie tak mnie naszła refleksja. Widać, że Wrocław nie był polskim miastem. Jest tak zbudowany, że rzeka stanowi atut miasta. Budynki są tak zaprojektowane, że najwspanialej prezentują się przez rzekę, jest tak we Wrocławiu, Szczecinie, Opolu. W miastach polskich (np. Kraków, Warszawa) rzeka jest nieszczęściem, wrogim nieopanowanym żywiołem, do którego miasto odwraca się plecami i zamiast bulwarów jest złomowisko albo chaszcze.

    1. Ciekawe uwagi! Z tego co widzę, krakowiacy i warszawiacy starają się zmienić stosunek swoich miast do rzeki! Andrzej Dominiczak wciąż mnie zaprasza na przechadzki nad Wisłą w Wawie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.