• środa, 18 stycznia 2017 r.

David Kenyon Webster: „Kompania spadochronowa”

Rozwijając studia nad różnicami kulturowymi między USA a Europą, o których chcę napisać książkę, biorę pod uwagę także dzienniki wojenne. II wojna światowa, była bowiem masowym doświadczeniem poznania Europy przez miliony Amerykanów. Christopher Hitchens twierdzi nawet, że pomogło one południowym stanom USA uporać się z balastem segregacji rasowej. Anthony Hopkins wzrastał w wdzięczności wobec amerykańskich żołnierzy, którzy pomagali jego rodzinie. A co o Europie sądził żołnierz 101 Dywizji spadochronowej, możemy dowiedzieć się z książki: Kompania spadochronowa. Wspomnienia żołnierza piechoty spadochronowej od D-Day do upadku III Rzeszy” (przeł. Maciej Antosiewicz Magnum W-wa 2011). Dziennik Webstera, studenta anglistyki na Harvardzie, który chciał poznać wojnę jako szeregowiec (nie musiał walczyć), nie jest typowy w swej żołnierskości, ale posłużył jako jedno ze źródeł książki Stephena Ambrose’a, ta zaś do scenariusza filmu „Band of Brothers”, w którym jeden z aktorów gra „Weba”. Webster przeżył wojnę, zniknął podczas rejsu w 1961 roku jako uznany badacz życia rekinów. W jego sympatii do niemieckiej pracowitości, Ambrose widzi źródła powojennego sojuszu RFN-USA.

Rodzina Webstera pochodziła z Anglii, stąd we wrześniu 1943 roku wyruszył w pewnym sensie bronić swej drugiej ojczyzny (s. 2). Uwielbiał herbaciarnię w Ramsbury, nie cierpiał armijnej „logiki” i biurokracji. Kpił z tego że SHAEF bało się wydeptanej przez żołnierzy ścieżki, jako znaku dla Luftwaffe. Montgomery uważał ponoć Amerykanów za twardszych od Niemców, ale dla Webstera to propaganda, pokazywani jego kumplom niemieccy spadochroniarze na filmie instruktażowym robili wrażenie prędkością i precyzją ruchów (s. 8). Oficerowie z Yale i ich wystudiowana obojętność wobec szeregowców drażniły. Przed D-Day przybywają do Honiton, cel: teren za plażą Utah przeznaczoną dla 4 DP US Army, Carentan i jej szkoła wojsk pancernych z Renaultami z 1939 roku (s. 11). Gen Taylor szef 101 DPD, mówiący 6 językami intelektualista, ostrzegał przed niemieckimi kontratakami (s. 13) i ich fingowanymi „poddaniami się”. Eisenhower wymagał wytrzymania w Normandii 2 dni. Bagnety i cisza, strzelać miano tylko w ostateczności. Dowódcy wojowali z wełnianymi czapkami US Army, czuli do nich fobię (s. 16). Amerykanie ukrywali je pod hełmami. Zazdrościli Brytyjczykom, że ci mogą skakać w wygodnych czerwonych beretach. Zazdrościli im też orkiestr grających na dudach, które doskonale wzmacniały morale (s. 20). Tylko na pogrzebach grano im Onward Christian Soldiers, pieśń brytyjską zresztą (s. 49).Czuli sie opuszczenie przez swoich dowódców. Kazano mieć maski przeciwgazowe w pogotowiu i nie pić wody, Francuzi jej nie pili, więc Niemcy mogli ją zatruć specjalnie dla Amerykanów. Skok był jednym wielkim chaosem, wszyscy się pogubili, kompasy nie działały, wyglądało na to, że Niemcy odparli inwazję (s. 34). 2 dni zamieniły się w znacznie dłuższy czas 31 dni.

8 czerwca 1944 roku w Vierville na drodze do Carentan natknęli się na niemieckich spadochroniarzy (batalion 6 pułku PS), ale nie weteranów lecz świeżaków, którzy szybko się poddali (s. 48). 17 września już było wiadomo, że celem następnego ataku będzie Holandia. Dowódcy 101 Dywizji przypominali, by żołnierze nie mylili czołgów Cromwell brytyjskiej 2 Armii, z Panzerkampfwagen IV (s. 52), które miały identyczną armatę 76 mm. Tym razem miano wziąć dużo jeńców. Takie same skały po obu stronach kanału – białe notuje Webster (s. 54), swoją drogą ciekawe czemu więc tylko Anglia to Albion. Webster kupił w Normandii pistolet, by żaden Niemiec nie poderżnął mu gardła, gdy znów będzie się przewracać ze spadochronem (s. 55). Słaby wiatr i płaski teren lepiej szedł desant w Holandii, niż ćwiczenia w Anglii (s. 59). Z opisu Webstera wynikało, że najlepsi żołnierze, karni i zdyscyplinowani pochodzili z centralnej części USA, np. z Kolorado, ci z Nowej Anglii i Południa trochę gwiazdorzyli, zwłaszcza wobec tych z uzupełnień. W Zon Niemcy wzięli ich raz za swoich spadochroniarzy. Webster pisze, że on sam umiał zawsze odróżnić z oddali sylwetkę i postawę żołnierza niemieckiego od swojego (s. 64), niestety nie pisze czym się różniły.

Holendrzy zapraszali wyzwolicieli na poczęstunek (s. 67). Drogi holenderskie na nasypach metrowych ponad teren wokół stanowiły niestety dobry cel w tym płaskim kraju. Holendrzy przyjaźni, i gościnni często doskonale mówiący po angielsku i świetnie wykształceni nawet ci niby prości, „we Francji nikt nas nie witał” pisze Webster (s. 71). Hans Wesenhagen wyprawił w Eindhoven prawdziwą ucztę dla US Army. Ludzie mili, holenderskie dziewczyny piękne wspomina spadochroniarz. Holenderski ruch oporu był bardzo dobrze poinformowany, a jego informacje zawsze pewne, uprzedzili Amerykanów o 50 czołgach i 5 tys piechoty niemieckiej w Helmond (s. 76). Brytyjscy czołgiści, weterani walk w Afryce byli wzorem dyscypliny i fachowości, ale armaty głupio celowali na wprost, amerykańscy: w lewo, następny w prawo, kolejny w lewo itd. Brytyjczycy nie strzelali bez rozkazów. Holendrzy czasem prosili o granat by samemu ruszyć na Niemców. W Nunen atak się nie udał, bo Brytyjczycy mieli rozkaz nie niszczyć mienia bez potrzeby w przyjaznym kraju (s. 82). Kilku Holendrów przyłączyło się do kompanii E jako ochotnicy, Webster przypomniał sobie, przez kontrast jacy wredni byli dla nich Francuzi, i jak niechętni do pomocy (s. 85). Brytyjczycy z dywizji gwardyjskich starannie ogoleni i wiecznie w gotowości wpędzali żołnierzy 101 DPD w kompleksy (s. 101). Amerykańscy żołnierze kłamią, i uważają, że ich oddział poniósł największe straty w całej bitwie, Brytyjczycy nie kłamią i trzeźwo oceniają sytuację (s. 102), choć czasem są zbyt skrępowani rozkazami. W Uden 22-letni Webster po raz pierwszy głosuje (s. 106) na Roosevelta. Polscy spadochroniarze machali do nich radośnie (s. 107). Niemieckie zdobyczne racje żywnościowe (w Eindhoven) paskudne; twarde jak kamień suchary, konserwy mięsne, tubki z serem topionym, brytyjskie obfitsze i lepsze: mielonka, gulasz, wątróbka, sałata, no i herbata uwielbiana przez Amerykanów, ale nigdy tego nie przyznawali (s. 109). Ciągle jednak było trochę za mało, amerykańskie racje też nie wystarczały, żołnierze ciągle szukali czegoś do zjedzenia. W Nijmegen brak cywilów, nie licząc prawdopodobnych niemieckich szpiegów. Brytyjczycy zbyt radośni (s. 117). Cywile uciekli poza miasto, tylko jeden wrócił po leki. Niemiecka artyleria lubiła grzać głównie o świcie i zmierzchu by szarpać nerwy aliantów i przeszkadzać im spać. Niektórzy pojmani SS-Mani udawali Polaków: „Wir sind Polski” (s. 123). Brytyjska artyleria najlepsza (s. 127), niemiecka zbyt regularna, amerykańska mało precyzyjna, czasem omyłkowo trafia swoich, bo źle doda współrzędne (s. 171).

W lutym 1945 roku Webster walczy w Alzacji. W Holandii otrzymał ranę, która dopiero po jakimś czasie pozwoliła mu na powrót: „Boże jak ja nienawidzę Europy. Popatrzyłem na zimny, mokry krajobraz” (s. 134). Europa to jak wyprawa do slumsów (s. 173). W Haguenau dzielili się miastem po połowie z Wehrmachtem. Szorstkie relacje nowicjuszy z uzupełnień z tymi, którzy przeżyli Bastogne i Ardeny. Francuskie dworce śmierdzą uryną (s. 147). Piechota bez wsparcia czołgów nie robi nic. Szabrownictwo obu stron, Niemcy lepiej dbają o kwatery, Amerykanie częściej niszczą bez sensu z nawyku (s. 157). Czy Alzacja to Niemcy czy Francja, w końcu wszędzie taka a taka Strasse (s. 169).

W Bawarii rosyjscy szabrownicy wypuszczeni z obozów pracy (s. 189). Piernikowe domy jak z baśni Grimmów. Niemcy chcą się poddać elitarnej 101 DPD „z tą typowo niemiecką mieszaniną buty i pokory” (s. 193). Zawiedzeni, że oddział Webstera nie ma na to czasu. Francuzi rozsterzeliwują Niemców wziętych do niewoli, kiedy nikt nie patrzy, czasem robią to oficerowie (s. 197). Francuzi i Amerykanie rabują Berchtesgaden i Adlerhorst. Niemieccy żołnierze przyglądają się amerykańskim z zawodowym zainteresowaniem, żołnierki z nienawiścią (s. 208). Jednak ci z zaopatrzeń czasem dostali seks za jedzenie. Alpy lepsze od Gór Skalistych (s. 218). Naukowców wywożą do USA (s. 220). Żołnierze się dziwią, przecież wojna wygrana. Zazdroszczą Niemcom kobiet, które idą za armią (s. 227). Kesselring kierował ewakuacją Wehrmachtu z Austrii. Francuzi kradną w Niemczech i Austrii i uciekają (s. 239). Nawet pokonane Niemcy wydają się mieć więcej żywotności niż odrętwiała Francja, do której wracały teraz tysiące robotników przymusowych (s. 242). Wielu amerykańskich żołnierzy upijało się i ginęło w wypadkach drogowych. Wszyscy marzą o piersiastych niemieckich kobietach (s. 250). Francuzi zatrzymują pociągi z zaopatrzeniem w swojej strefie okupacyjnej (s. 264). 101 DPD niechętnie wraca z pięknej Austrii do „cholernej spasionej Francji” (s. 271): „Joigny, bardzo stara wioska… domom brakowało życia i żywotności, obecnych nawet w podobnych średniowiecznych wioskach w Anglii…w Niemczech pociąg jechał szybko, bez opóźnień. We Francji zwolnił do tempa marszu, z niezliczonymi tajemniczymi postojami w otwartym polu… Francja nie była krajem lecz obelżywym słowem” (s. 273). Francuzi kwaterują ich w starych koszarach z 1870 roku, gdzie było goręcej niż na Patelni Wild Westu, kobiety spluwały na amerykańskich żołnierzy, a w sklepach nic nie można było dostać prócz wina. Niemcy szybko zyskały u kolegów Webstera opinie najlepszego kraju w Europie, Webster nadal wolał Holandię, bo „tamtejsi Niemcy” – tj. Holendrzy nie są tak zawzięci.

Mimo niemieckich zbrodni, jakaś ogólnogermańska sympatia do Niemców, przebija w wielu miejscach książki. Czy fakt, że ponad 50 mln dzisiejszych Amerykanów, ma niemieckie pochodzenia, a tylko ok. 15 mln francuskie coś tu znaczy? Czy Francuzi czyli się zepchnięci lub zawstydzeni przez USA. Skąd ta niechęć do wyzwolicieli? Tak silnie kontrastująca z postawą Holendrów, a nawet niektórych Niemców i Austriaków. I czemu Francja wydaje się Amerykanom martwa? Taka opinia pojawia się również współcześnie. Amerykanie pojmują w lot Niemców, z Francuzami gorzej. Pamiętam jak widziałem mieszaną grupę biznesmenów w Kolonii, Niemcy i Amerykanie wyraźnie nadawali na tej samej fali. Czy Niemcy są najbardziej amerykańskim narodem w Europie? Teraz kiedy ulotnił się ich autorytaryzm traktują często USA z szacunkiem i chętnie się od nich uczą, choć sarkają na Teksas, ten sam Teksas który zdaniem Holendra Geerta Maka jest tak bardzo niemiecki. Chyba własnie niemiecko-amerykańskie stosunki są najciekawsze i najbardziej niejednoznaczne w kwestii relacji USA-Europa.

Piotr NapierałaPiotr Marek Napierała (ur. 18 maja 1982 roku w Poznaniu) – historyk dziejów nowożytnych, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Zajmuje się myślą polityczną Oświecenia i jego przeciwników, życiem codziennym, i polityką w XVIII wieku, kontaktami Zachodu z Chinami i Japonią, oraz problematyką stereotypów narodowych. Wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. Autor książek: "Sir Robert Walpole (1676-1745) – twórca brytyjskiej potęgi", "Hesja-Darmstadt w XVIII stuleciu, Wielcy władcy małego państwa", "Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie", "Kraj wolności i kraj niewoli – brytyjska i francuska wizja wolności w XVII i XVIII wieku" (praca doktorska), "Simon van Slingelandt – ostatnia szansa Holandii", "Paryż i Wersal czasów Voltaire'a i Casanovy", "Chiny i Japonia a Zachód - historia nieporozumień". Reżyser, scenarzysta i aktor amatorskiego internetowego teatru o tematyce racjonalistyczno-liberalnej Theatrum Illuminatum

Podobne wpisy

2 komentarze

  1. Janusz
    Janusz
    3 września 2015 at 02:10 - odpowiedz

    W zyciu zawodowym jako profesor informatyki mialem mozliwosc pracy naukowej w kilku krajach zachoniej Europy. Byly to Norwegia, UK, Wlochy Holandia i Niency. Francje znam tylko jako turysta.
    Ciekawe ze pewne obserwaxje Webstera pasuja do moich
    aczkolwiek Webster byl zolnierzem i okolicznosci jego obserwacji byly bardz rozne od moich.
    Najlepsze wrazenie jako sympatyczni i pomocni byli Norwegowie ,Wlosi i Holendrzy.Potem Wlosi i Niemcy a na koncu Francuzi.
    Francuzi mieli obsesje jezyka angielskiego ktory po wojnie wyparl francuski z uzytku w nauce, dyplomacji i handlu.
    Skandynawowie mowili conajmiej dwoma jezykami a czesto wladali plynnie dwoma i troche dwoma wiecej.
    Znajomosc jezykow sprawia kolosalna roznice w zachowaniu ludzi wobec cudzoziemcow ; zolnierzy ,lub turystow. Jezyk obcy to nie tylko zdolnosc porozumienia sie z innymi ale pewna znajomosc kultury innego narodu.

Zostaw komentarz

Paste your AdWords Remarketing code here