• wtorek, 15 października 2019 r.

De Waal i ateiści

Jest to książka ciekawa, chociaż często irytująca: Frans de Waal, Bonobo i ateista, Copernicus Center Press, 2014. Książka ma wyraźnie dwie warstwy. Jedna dotyczy ewolucji przyrodniczej, druga – religii. Autor stoi twardo na gruncie teorii ewolucji, jest ateistą, ale jednocześnie ma pretensję do ateistów walczących. Unika też ważnych tematów.

De Waal jest biologiem ewolucjonistą i wskazuje, że nasza ludzka moralność jest zakorzeniona w naszym biologicznym wyposażeniu. Podstawy moralności kształtowały się ewolucyjnie jako właściwość gatunków żyjących w grupach, z których wywodzimy się także my. Zasadniczy zrąb zasad moralnych powstał wcześniej niż człowiek i religia. Ludzka moralność to, można by powiedzieć, późniejsze wariacje na tematy zakorzenione w naszej odległej ewolucyjnej przeszłości.

De Waal wskazuje, że wśród zwierząt żyjących w grupach (czyli zwierząt społecznych) obowiązują ewolucyjnie ukształtowane mechanizmy łagodzenia konfliktów, pomocy wzajemnej, współpracy, swoistej uczciwości, sprawiedliwości, altruizmu i empatii. W najbardziej rozwiniętej postaci ujawniają się wśród bonobo, szympansów karłowatych zamieszkujących dorzecze Kongo. To w tych zwierzęcych umiejętnościach zakorzeniona jest nasza moralność, wyrasta z tych samych ukształtowanych ewolucyjnie właściwości. Nie sposób tu przytaczać zajmujących opisów, pochodzących z eksperymentów oraz naukowych i potocznych obserwacji, świadczących, że wśród zwierząt innych niż ludzie obowiązują zasady, na których – jak przyjmuje de Waal – zbudowana została ludzka moralność. Podstawę naszej moralności, etyki, stanowi nasze biologiczne, ewolucyjne wyposażenie. Można powiedzieć, że różnimy się od innych zwierząt tym, że nasze zasady moralne próbujemy ująć w kodeksy, w systemy wierzeń, ubrać w skomplikowane i niejasne pojęcia, słowa, maksymy – religijne, filozoficzne, potoczne. Zaś praktyka wśród ludzi zdaje się wyglądać zasadniczo podobnie jak wśród wielu innych gatunków zwierząt.

Moralność nie jest więc dana przez Boga czy jakieś siły nadprzyrodzone, lecz wyewoluowała w procesach zmian, którym podlega przyroda. Jest to – stwierdźmy – naturalistyczna interpretacja pochodzenia moralności, przeciwstawna teistycznej, przyjmowanej przez chrześcijaństwo oraz teologów i wyznawców wielu znanych nam religii. Ewolucyjne spojrzenie na naszą moralność jest niewątpliwym wielkim osiągnięciem biologii, ma duże znaczenie dla światopoglądu współczesnego człowieka. Stanowi też nie lada wyzwanie dla tych religii, które tradycyjnie przyjmuję, że to Bóg objawił ludziom zasady moralne.

Przedstawiając naturalistyczną teorię pochodzenia moralności (nie znajdujemy w niej nawet cienia Opatrzności bożej) i deklarując ateizm, de Waal jednocześnie wykazuje olbrzymią wstrzemięźliwość pisząc o religii, staje w opozycji do nowego ateizmu, przyjmuje pozycję zwolennika dialogu między nauką a religią. Staje się obrońcą religii przed atakami ze strony ateistów. To jednak nie wszystko, co może irytować. Pisząc o religii, de Waal popełnia i powtarza wiele błędów.

By uchwycić rozdźwięk, jaki ma miejsce między de Waalem a wieloma ateistami, posłużmy się symulacją mającą walor autentyku.

Jeżeli pójdziemy konsekwentnie tropem wskazanym przez de Waala, to musimy powiedzieć, że to nie Bóg objawił Mojżeszowi Dekalog, ale Mojżesz „objawił” swojemu ludowi zasady, które uważał za potrzebne. Z takim postawieniem sprawy de Waal by się zgodził i bliskie temu sformułowania znajdziemy w jego książce. Gdzie zaczyna się problem? De Waal miałby – jak sądzę – pretensję, gdybyśmy chcieli powiedzieć, że Mojżesz mówił nieprawdę, a mówiąc dosadniej – oszukiwał lub uległ halucynacjom czy złudzeniom. Sceptyk chciałby zapytać, co działo się na górze Synaj? Czy Mojżesz sam odpowiednim narzędziem wykuł przykazania, sądząc że tak trzeba? Może myślał, jak wielu polityków dzisiaj, że tylko posługując się autorytetem Boga nauczymy ludzi tego, co trzeba? Albo przynajmniej im nie zaszkodzimy? A może sądził, że ciemny lud wszystko kupi?

Być może nie warto zastanawiać się, co myślał Mojżesz. Są bowiem poważne podejrzenia biblistów, że cała ta historia z tablicami została wymyślona przez mędrców spisujących biblijne opowieści znacznie później, niż miały się one dziać. Tak jak w kronikach Galla Anonima, Wincentego Kadłubka i Jana Długosza, fantazja i tendencyjność miesza się z ziarnami historycznej prawdy. Warto czasami powiedzieć, że Biblia to w istocie fantasy, ciekawa, chociaż nieznośna w czytaniu fantastyczna opowieść, modyfikowana przy tym przez kolejnych autorów w trudnym do stwierdzenia zakresie. Jak w każdej dobrej fantasy, wiele tam sił nadprzyrodzonych i cudownych wydarzeń, takich jak objawienie Mojżeszowi Dekalogu.

Wydaje się, że de Waal nie lubi sceptyków podważających publicznie autorytet Biblii, nie lubi zaprzeczania prawdziwości religii, nie lubi konfrontacji teologii z ateizmem oraz religijnych wierzeń z nauką. Z konfrontacyjnych skłonności ujawnianych przez neoateistów (nowy ateizm) czyni zarzut, oskarża o dogmatyzm i brak tolerancji. Broni religię przed neoateistami jakby mówił, zostawcie wierzących w spokoju. Nie bierze pod uwagę, że przy takiej polityce nieprzeciwstawiania się, to religianci urządziliby nam życie – jak w Średniowieczu czy w Iranie.

Religię widzi de Waal w zbyt różowych barwach, ale co gorsze, myli się w wielu miejscach. Zacznijmy od rzeczy nieco zabawnej. De Waal pisze: „Zważywszy, jak często przeciwstawia się religię nauce, warto jednak pamiętać o ogromnej przewadze, jaką cieszy się w tym sporze religia. Nauka jest osiągnięciem sztucznym i wykoncypowanym, tymczasem religia przychodzi nam równie łatwo jak chodzenie czy oddychanie. (…) Wystarczy skontrastować łatwość, z jaką dzieci przyjmują religię, z długą drogą żmudnej pracy, którą młodzi ludzie muszą przejść, by uzyskać stopień doktora w wieku około 30 lat” (s. 300-1). A ja, najwidoczniej naiwnie, sądziłem, że doktorat z teologii także wymaga długich studiów, a tu okazuje się, że przychodzi łatwo jak oddychanie. Czy wystarczy się tylko pomodlić jak dziecko? Zostawmy żarty na boku. Różnica między nauką a religią, o której w tym miejscu z całą powagą pisze de Waal i niektórzy inni autorzy, nie istnieje. Zarówno nauka, jak i religia, to osiągnięcia sztuczne i wykoncypowane. Nawet pierwotne religie są skomplikowanymi, wykoncypowanymi zespołami mitów i rytuałów. To wiedza wysoce specjalistyczna, mająca swoich mistrzów i kapłanów, trudno ją opanować. A jak jest współcześnie? Biedne dzieci uczą się ciągle religii, opanowanie „prawd wiary” przychodzi im z trudem, często uczą się formuł bez ich rozumienia. Łatwiej zrozumieją tabliczkę mnożenia niż dogmaty wiary („Bóg jest jeden, ale we trzech osobach” czy „niepokalane poczęcie”). Sam się tego uczyłem, aż w wieku około 14 lat zostałem ateistą. Teologia to straszliwie złożony system, w którym – mówiąc potocznie – trudno się połapać. Religia jako system pojęć i „prawd wiary” nie przychodzi nam tak łatwo jak chodzenie i oddychanie.

To nie wszystko na temat fałszywości zacytowanego wyżej poglądu. Trzeba jeszcze powiedzieć, że nauka jako teoretyczny system wiedzy zakorzeniona jest w powszechnej u zwierząt i ludzi skłonności do poznawania świata. Elementarna umiejętność poznawania tego, co nas otacza, przychodzi dziecku równie łatwo jak oddychanie, a chyba łatwiej i wcześniej niż chodzenie (przypomnijmy sobie, jak trudno było nauczyć się chodzić, ile było upadków!). Bez „wrodzonych” ludziom umiejętności badawczych, ukształtowanych w toku ewolucji, nie byłoby przypuszczalnie nauki takiej, jaką znamy obecnie.

Nic bardziej błędnego niż przytoczony w książce pogląd, że „reprezentacje religijne są dla ludzi w wysokim stopniu naturalne, a nauka jest dość ewidentnie nienaturalna” (s. 300). Prawda jest inna. Na poziomie elementarnych odczuć, skłonności i umiejętności, zarówno religia, jak i nauka przychodzą łatwo i są „naturalne”. Mamy skłonność zarówno do wierzenia w jakieś siły nadprzyrodzone, jak i do racjonalnego, empirycznego poznawania otoczenia. Aż dziw bierze, że ktoś – Robert McCauley, przywołany w książce psycholog – mógł dojść do wniosku, że religia jest dla ludzi naturalna, zaś nauka ewidentnie nienaturalna (przypomnijmy tu znanego polskiego polityka, który lubi mówić, że to i owo jest „oczywiste”, jakby naturalne, szczególnie wtedy, kiedy nie jest).

Błąd metodologiczny, jaki popełnia de Waal, polega na tym, że porównuje on łatwość, z jaką dziecko zdaje się przyjmować najprostsze (chciałoby się powiedzieć, że dziecinne) wyobrażenia religijne, z trudnością nauczenia się pojęć i zasobów wiedzy składających się na współczesną naukę. Pomija natomiast, że – po pierwsze – znane powszechnie religie są bardzo skomplikowanymi systemami pojęć i mitów, a – po drugie – poznawanie świata w sposób racjonalny i doświadczalny w znacznym zakresie przychodzi ludziom i innym zwierzętom łatwo już w bardzo wczesnym okresie życia. Z punktu widzenia metodologii nauki trzeba powiedzieć, że de Waal robi porównania tak, jak się ich robić nie powinno.

Nie sądzę, by religia miała ogromną przewagę w sporze z nauką. Elementarne wierzenia religijne są wprawdzie zakorzenione w naszych emocjach, ale jednocześnie są kruche, łatwo poddają się wątpliwościom, w konfrontacji z ludzką skłonnością do empirycznej i rozumowej weryfikacji okazują się dość słabe. Żeby utrzymać złożone systemy wierzeń i instytucji religijnych, takich jak Kościół katolicki i jego „prawdy wiary”, potrzebny jest olbrzymi aparat organizacyjny, olbrzymia indoktrynacja, tępienie wątpiących, zaangażowanie władz państwowych. Sojusz kościołów z państwem na ogół służył religii. Ale wystarczy sięgnąć do wnikliwej książki Johana Huizingi „Jesień Średniowiecza”, i wielu innych, by zobaczyć, że nawet w Średniowieczu religijne przekonania były kwestionowane. Od czasów Oświecenia w kulturze zachodniej to nauka zyskała przewagę w sporze z religią.

Religie zinstytucjonalizowane, skodyfikowane w systemy wierzeń, praktyk i struktur organizacyjnych – czyli takie, jakie spotykamy najczęściej – narażone są na odrzucenie nawet przez wychowane w religijności dorastające dzieci. De Waal wielokrotnie odwołuje się do swoich wspomnień, pozwolę sobie również na biograficzną dygresję. Starałem się powiedzieć niedawno, jak zostałem ateistą (http://racjonalista.tv/jak-zostalem-ateista/ oraz http://racjonalista.tv/jak-zostalem-ateista-ciag-dalszy/ ). Pisałem tam, że dzieci bardzo wcześnie zaczynają odróżniać prawdę od fałszu, zmyślenia, kłamstwa. Nierzadko po stronie fałszu zaczynają umieszczać religię, albo przynajmniej wątpić w „prawdy wiary”. Udział w praktykach religijnych staje się wtedy dla nich czymś odpychającym. Pamiętam, że wstydziłem się być w kościele, uczestniczyć w przedziwnym dla mnie kulcie nieprawdy. Rozumiałem, jakie religia pełni funkcje, zarówno pozytywne, jak i negatywne, ale była dla mnie zbiorem poglądów nieprawdziwych. Rodzi się nieodparte przekonanie, że wierzyć w Boga i tzw. „prawdy wiary”, to żyć w kłamstwie. De Waal nie wspomina o tego rodzaju moralnych odczuciach. Nie dostrzega ich? Ignoruje? Nie są rzadkością nawet w katolickiej Polsce – sam wychowałem się w rodzinie katolickiej. Nie da się tych odczuć pominąć.

Nie da się też pominąć pytania o prawdziwość wierzeń religijnych, niezależnie od tego, że są one zakorzenione w emocjonalnym życiu człowieka. Dlaczego? Powiedziałbym, idąc po części tropem wskazanym przez de Waala, że człowiek w swoim wyposażeniu ma zarówno skłonność do wiary w siły nadprzyrodzone, jak i skłonność do konfrontowania swojej wiedzy z rzeczywistością w sposób racjonalny i doświadczalny. Skłonności te wchodzą ze sobą w kolizję, ujawnia się to m.in. głębokim konfliktem między nauką a religią. De Waal i redakcja polskiego wydania pomijają tę kwestię.

W komentarzu redakcyjnym do książki de Waala stwierdza się: „Ustalenia nauki mogą wyjaśnić genezę religii lub moralności, ale nie są w stanie powiedzieć niczego o prawdziwości czy fałszywości przekonań religijnych lub o naturze dobra i zła” (s. 367). Czy na pewno zdajemy sobie sprawę, jak niedorzeczny jest powyższy pogląd? Przekonania religijne dotyczą w dużej części rzeczywistości fizycznej i nauka ma tu dużo do powiedzenia. Przez wieki w chrześcijaństwie żywiono religijne przekonanie, że od początku świata i stworzenia człowieka upłynęło zaledwie kilka tysiącleci. W wielu środowiskach religijnych głosi się to także dziś. Czy nauka nie ma nic do powiedzenia w sprawie prawdziwości tego przekonania religijnego? A może w Copernicus Center Press też tak sądzą? Może wydawać się, że podałem zbyt egzotyczny przykład, ale przypomnijmy, że teolodzy katoliccy, biskupi, a także założyciel i patron Copernicus Center Press ks. prof. Michał Heller, uznają, że to Bóg ustanowił prawa przyrody i kieruje procesami przyrodniczymi (Bóg osobowy, bo ten dogmat nie jest kwestionowany na rzecz jakiegoś rodzaju naturalistycznego panteizmu). Można zapytać, skąd oni o tym wiedzą? Z objawienia? Chyba tak, to bardzo ciekawe źródło wiedzy o przyrodzie, wiele można się z niego dowiedzieć. Ale zostawmy żarty. Nauka ma bardzo dużo do powiedzenia w kwestii prawdziwości lub fałszywości przekonań religijnych, nie da się temu zaprzeczyć w imię dialogu między religią a nauką.

A może idzie o to, że nauka nie ma nic do powiedzenia w kwestii istnienia czy nieistnienia Boga? Nie może udowodnić, że Boga nie ma? Nie może zaprzeczyć, że to Bóg ustanowił prawa przyrody?

Pomijam filozoficzne rozważania, na jakie pytania nauka może udzielić odpowiedzi. To zbyt akademicki i kontrowersyjny temat, nie musi być w tym miejscu podjęty. Trzeba natomiast powiedzieć, że aby jakiś pogląd zyskał charakter naukowej hipotezy i był w ogóle rozważany na gruncie nauki, musi mieć poważne podstawy oparte na naukowej analizie i metodologii. Aby został uznany, musi przejść procedury weryfikacyjne, sprawdzające. To nie jest tak, że „nauka nie zaprzecza” różnym przekonaniom, które ludzie głoszą lub w które wierzą, np. istnieniu wilkołaków, krasnoludków, bogów greckich z Zeusem na czele. Naukowcy czasami są skłonni zachowywać się jak dyplomaci, którzy mówią: „Ani nie zaprzeczam, ani nie potwierdzam”. Co dobre w dyplomacji, niekoniecznie jest właściwe w nauce. Jeżeli za danym poglądem nie przemawia poważna naukowa analiza, znaczy to, że nauka temu poglądowi zaprzecza. Tak jest w przypadku Boga. W świetle metodologii nauki nie ma argumentów świadczących o istnieniu Boga. Nikt nie dowiódł jego istnienia. Tym bardziej nie ma argumentów, że to Bóg osobowy ustanowił prawa przyrody i kieruje wszechświatem. Jeżeli nie ulega się naciskowi religijnych przekonań, trzeba stwierdzić, że nauka zaprzecza, by Bóg istniał. Boga nie ma. W świetle nauki Bóg jest wytworem umysłu ludzkiego, pojęciem, wyobrażeniem tylko, podobnie jak np. wyobrażenia dotyczące sprawiedliwości, piękna, zła i dobra. Nie istnieją one obiektywnie, niezależnie od ludzi i ich umysłów.

W książce de Waala pojawia się wiele stwierdzeń budzących sprzeciw lub pozostawiających niedosyt. Wspomnę tylko, że jest tam sporo kąśliwych uwag o ateistach, w szczególności o tzw. ateistach walczących czy neoateistach, ale rzeczowej dyskusji brakuje. Po przeczytaniu książki odnieść można wrażenie, że jej autor chce, by ateiści siedzieli cicho, zaś religianci nauczali w szkołach, decydowali o prawie państwowym, deprecjonowali naukę i jej walory poznawcze. Przeciwstawianie się temu, to jakby naruszanie potrzebnego dialogu między nauką a religią. De Waal wspomina o religianctwie panującym w USA, ale nie pisze, że nowy ateizm, ateistyczny aktywizm oraz takie inicjatywy, jak Kościół Potwora Spaghetti, są odpowiedzią na religiancki aktywizm.

W książce zbyt restrykcyjnie przedstawia się rolę nauki. Widzę to inaczej. Nauka jest najlepszym źródłem wiedzy o świecie, warto to powtarzać. Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, ale religia nic nie wyjaśnia. Nie zgadzam się też z cytowanym wyżej poglądem redaktorów książki, że nauka nic nie może powiedzieć o naturze dobra i zła. To przecież właśnie książka de Waala mówi z perspektywy biologii ewolucyjnej o naturze dobra i zła. A nauka może wiele powiedzieć w szczegółowych kwestiach dotyczących tego, co jest dobre, a co złe. Zwrócę uwagę na kwestię szczególnie bulwersującą środowiska katolickie. Otóż nauka wskazuje, że zarówno homoseksualizm, jak i heteroseksualizm, to zjawiska naturalne, a legalizacja małżeństw homoseksualnych nie zagraża rodzinie. Jest to ważne z punktu widzenia natury dobra i zła. Chyba że redakcja książki uważa , że naturę dobra i zła określił Bóg i człowiek nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Z katolickiej perspektywy dobro i zło zostały ustanowione przez Boga, chociaż pogląd ten ma wyraźną słabość, bowiem to Kościół (czyli ludzie) interpretuje, zmienia, manipuluje, miesza w tym boskim zasobie. Trzeba więc powiedzieć, że etyka świecka, niezależna od religii i kościołów, jest współcześnie najcenniejszym źródłem zasad etycznych, lepszym niż Kościół. Zasady te wypracowują ludzie zbiorowym wysiłkiem i Kościół nie jest tu żadnym decydentem, jak w przypadku etyki katolickiej.

Sloganem, niczym więcej, jest też powtarzanie, że to religia wyjaśnia sens życia, że to jej domena. Problem poczucia sensu życia, lub jego braku, lepiej potrafi wyjaśnić nauka, a ludzie rzadko zawdzięczają sensowne życie religii. Religia najczęściej tylko pociesza, służy „pokrzepianiu serc”, jak Trylogia Henryka Sienkiewicza. To jednak stanowczo nie wystarcza.

Alvert Jann

*O ateizmie, religii i nauce piszę także w artykułach:  http://racjonalista.tv/wypedzanie-szatana-2/  ;   http://racjonalista.tv/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/  ;  http://racjonalista.tv/bog-przed-trybunalem-nauki/ ;  http://racjonalista.tv/sens-wedlug-teologow/ ; http://racjonalista.tv/racjonalnosc-wedlug-teologow/ i innych, oraz w humorystycznej książce o Kościele i religii pt. DEUS  (dłuższe fragmenty: http://racjonalista.tv/humorystyczna-fantasy-o-kosciele-i-religii/ )

 

Podobne materiały

3 komentarze

  1. Tomek
    1 października 2014 at 15:45 - odpowiedz

    Bardzo fajna recenzja i trafne spostrzeżenia. Ale dosyć mego jadu! powstrzymam się …i tak już nawojowałem zbyt wiele moim komentarzem, jako wojujący ateista.
    Jeśli Bóg da, przeczytam książkę 😉

  2. GrzegorzR
    GrzegorzR
    1 października 2014 at 16:27 - odpowiedz

    To nie tylko recenzja,ale właściwie polemika. I to dobra. Niestety po jej przeczytaniu (a może „stety”) odeszła mi ochota przeczytania książki De Walla. Szkoda bowiem czasu na bajanie i fantazje, na deprecjonowanie nauki, a nawet na czytanie sugestii, że stoi ona na równi z religią.

  3. Mieczysławski
    4 października 2014 at 14:12 - odpowiedz

    Dlaczego krytyka religii dla wielu ateistów stanowi temat tabu?
    Powracający temat, podział na nowych i starych atestów, myślę, że to problem religijnej indoktrynacji w dzieciństwie, działa mechanizm imprinting, objawia się to, że krytyka religii ma granice i przekraczanie jest tematem tabu, a to jest cechą agnostyków, istnienie lęku, może bóg istnieje i się okrutnie zemści.
    Rzeczywisty ateizm, to całkowity brak tematów tabu, chłodna, racjonalna ocena rzeczywistości.
    Dzisiaj sobie uświadamiam, jak głęboko w moim umyślę zakorzeniło się religijne postrzeganie zjawisk przyrody. Ateizm to też odwaga spojrzenia w swoje ego i myśli, bez religijnego zakłamania, może to być wstrząsem, ja widzę w sobie drapieżną małpę.

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *