Beethovenowskie trójgranie…

   Zawsze jest miło, gdy cały koncert filharmoniczny poświęcony jest muzyce Ludwiga van Beethovena. Obecnie nie ma wcale tak dużo takich koncertów, gdyż muzyka twórcy romantyzmu jest obecna w nas wszystkich niejako podskórnie. To Beethovena przede wszystkim znamy, nawet gdy boimy się jak ognia muzyki klasycznej. Cóż z tego, skoro bez Beethovena inne byłyby nie tylko koncerty symfoniczne, ale również prawie każda inna muzyka. Można oczywiście stwierdzić, że style muzyczne nie opierające się na ewolucji muzyki europejskiej, takie jak jazz, nie mają wiele wspólnego z Beethovenem. Ale to nie prawda. Każdy kto zna oryginalną muzykę Czarnego Kontynentu wie doskonale, że nie brzmi ona jak jazz. Jakieś drobinki z Afryki zawędrowały oczywiście do jazzmanów i nadal ich inspirują, ale podstawa tej muzyki to też w dużej mierze widzenie muzycznego świata zmienione nieodwracalnie przez Geniusza z Bonn. Zmienione na lepsze, bez dwóch zdań…

   We wrocławskim NFM, w piątek (20.05.22) usłyszeliśmy dwa dzieła Beethovena – Koncert potrójny C-dur op. 56 na fortepian, skrzypce i wiolonczelę oraz VII Symfonię A-dur op. 92. NFM Filharmonią Wrocławską dyrygował Andrzej Kosendiak, na fortepianie grał Michał Rot, na wiolonczeli Wojciech Fudala zaś na skrzypcach koncertmistrz Wrocławskich Filharmoników, Radosław Pujanek. Wojciecha Fudalę też oczywiście znamy z wielu wiolonczelowych projektów NFM, jak i z orkiestry, zaś Michał Rot na szczęście dość często występuje we Wrocławiu. Piszę „na szczęście”, bo jest to znakomity pianista, doskonale modelujący dynamikę instrumenty, nie bojący się szybkich pasaży, świetnie odnajdujący się również w muzyce kameralnej.

   W Koncercie potrójnym to doświadczenie w kameralnym i zespołowym graniu jest bardzo ważne dla solistów. Nasz tercet wywiązał się z tego zadania znakomicie. Michałowi Rotowi udało się oddać przestrzenno – architektoniczne podejście Beethovena do muzyki, jak i swego rodzaju styl brillante, nietypowy dla Beethovena, a występujący w tym dziele. Frazy fortepianu były zatem jasne i perliste, ale nie nazbyt perliste, przez co nie ulegała zatarciu sama makrostrukturalna konstrukcja dzieła, jak zwykle u Beethovena niezwykła i wiodąca nas momentami w jakieś metafizyczne głębie, choć koncert z pozoru wydaje się wyłącznie lekki i wesoły.

   Wojciech Fudala niejako określał brzmienie całego tercetu solistów. W najistotniejszej tematycznie części pierwszej koncertu to od niego właściwie zaczynała się cała narracja tematyczna dzieła. I Fudala zaczynał ją śpiewnie, bardzo eleganckim i subtelnym dźwiękiem. Radosław Pujanek mieścił się niejako w środku, między wiolonczelą a fortepianem. To frazy skrzypiec w koncercie potrójnym nadają dziełu zaskakująco konstruktywistyczny charakter. I Pujanek budował to wykonanie znakomicie. Jedyne, co krytycznego przyszło mi do głowy, to to, że smyczkowcom przydałyby się jeszcze lepsze instrumenty, bowiem obecne nie w pełni realizowały świetne pomysły kolorystyczne i dynamiczne Pujanka i Fudaly.

Radosław Pujanek / fot. Łukasz Rajchert/ żródło: NFM

   Bardzo byłem ciekaw, jak Maestro Andrzej Kosendiak poprowadzi w tym koncercie zwykłą orkiestrę filharmoniczną, nie zaś zespół muzyki dawnej czy orkiestrę kameralną. Czy będzie kameralizował brzmienie tego potężnego zespołu i upodabniał je do wykonań historycznie poinformowanych, których stał się zachwycającym mistrzem? Otóż nie. Kosendiak poprowadził orkiestrę bardzo symfonicznie i bardzo nowocześnie. Dźwięk był przestrzenny i masywny, nie zagłuszał jednakże w żadnym momencie solistów. Spodobało mi się to. Beethoven nie jest więźniem swojej epoki i nie trzeba go grać w stylu z epoki. Wydaje mi się, że część jego dzieł brzmi jeszcze lepiej w wykonaniu nowoczesnych orkiestr i z rozmachem budowanym przez stulecia przez wielkich dyrygentów nie mających żadnych kompleksów wobec estetyki przeszłości. Przekonałem się, że Kosendiak nie jest dogmatykiem „prawdy historycznej” w muzyce i potrafi znakomicie wpisać się w nowoczesny nurt wykonawstwa. Oczywiście słowo „nowoczesny” powinienem wziąć w nawias, bo może w drugiej dekadzie XXI wieku przeszłość jest bardziej na czasie od wpisywania się w dyrygencką ewolucję idącą do nas przez Toscaniniego, Furthwänglera czy Reinera. Lecz mody się zmieniają, zaś Beethoven niehistoryczny naprawdę często brzmi lepiej. Nic w tym dziwnego. Orkiestra i sztuka dyrygencka ewoluowały w dużej mierze dla niego, za równo w jego czasach, jak i wiele dekad po jego śmierci.

   Również VII Symfonia została poprowadzona przez Andrzeja Kosendiaka w nowoczesnym stylu. Dyrygent skupił się na budowaniu dionizyjskiego tańca tej symfonii i na mądrym i starannym ukazywaniu jej wspaniałej architektury. Dynamika przebiegu dzieła była wartka i porywająca. Ucierpiały może trochę mikrodetale, ale nie wszytkie, bowiem wejścia tematyczne drewna, tak wspaniałe w dziełach dojrzałego Beethovena, były znakomite. Ogólnie Andrzej Kosendiak przestawił nam znakomitą i nie tuzinkową interpretację, pełną mocy i radości, jednocześnie też pełną pokory wobec samego Beethovena. Wielu innych dyrygentów, świadomych, że symfonie Beethovena są jednymi z najczęściej granych dzieł muzycznych wszechczasów, chce za wszelką cenę zabłysnąć oryginalnością, przez co sam zamysł Beethovena niekiedy cierpi. U Kosendiaka tego nie było. Maestro, będący oryginalny dzięki rewelacyjnym wykonaniom muzyki dawnej, niekiedy odkrywanej na naszych oczach i zupełnie wcześniej nieznanej, mógł podejść do Beethovena uczciwie i bezinteresownie. I to zaprocentowało naprawdę dobrym wykonaniem, jednocześnie wyjątkowo transparentnym dla Beethovenowskich idei. Po koncercie wielu słuchaczy melomanów szeptało do siebie, wyrażając chęć, aby Kosendiak częściej zjawiał się nie tylko przed swoimi barokowcami ale również przed Wrocławskimi Filharmonikami.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.