Kronos Quartet i Mahsa Vahdat

 

 

Kwartet Kronos nie jest zwykłym zespołem tego rodzaju. To podróżnicy między stylami i konwencjami, to przede wszystkim wędrowcy między kulturami i cywilizacjami. Kwartet dociera do słuchaczy, którym zazwyczaj idea kwartetu smyczkowego jest obca, choć dzięki perfekcji swoich wykonań zespół zachwyca również wielu miłośników zupełnie tradycyjnej muzyki kameralnej, w której kwartet smyczkowy jest formą najbardziej wyrafinowaną i introwertyczną w swoim konstrukcyjnym dialogu homogenicznych brzmień.

 

9 marca Kronosi odwiedzili wrocławski NFM, już za tydzień będą koncertować bliżej swoich rodzinnych stron, w Montrealu. Sami są Amerykanami, zaś ich sztuka ma w sobie to, co w USA najnowocześniejsze i oderwane od kolebki Starego Świata. Już wiele dekad temu USA zaczęło wychodzić z cienia Europy szukając artystycznych inspiracji poza Paryżem, Londynem czy Berlinem. Fascynacja indonezyjskim gamelanem czy indyjską ragą zrodziła w dużym stopniu amerykański minimalizm, z idącym w ślady Balijczyków Glassem czy innymi kompozytorami nie bojącymi się długich, stojących dźwięków a la tampura Pandita Prem Natha. Inni kompozytorzy chętnie zrywali z wypracowaną w Europie zasadą podziału dźwięków skali muzycznej.

 

Kronos  Quartet wpisuje się w tę tradycję odchodzenia od źródeł muzyki klasycznej na rzecz muzyki świata, podróży przez kontynenty i konwencje. Nie jest też obojętny na muzykę wędrujących podobną drogą minimalistów, o czym świadczą choćby ich liczne wykonania muzyki Terry’ego Rileya. Ze współczesnej muzyki polskiej Kronosom najbliższe są chyba dzieła Góreckiego, który wprawdzie nie inspirował się brzmieniami Chin czy gambuha z Ubudu, ale też, w wielu dziełach, na swój sposób był minimalistą, podobnie jak Arvo Pärt, któremu amerykański kwartet poświęcił mniej uwagi.

 

Na sobotnim wrocławskim koncercie nie słuchaliśmy jednak minimalizmu. Dominowała muzyka świata i zwykła współczesność, dość jednak neoromantyczna, więc możliwa do estetycznego pogodzenia u słuchaczy zainteresowanych bardziej muzyką jemeńską i irańską niż Schönbergiem i jego dziedzictwem. Swoją drogą Kronosi wyraźnie zdają się stronić od Schönberga, nagrali natomiast choćby Suitę liryczną Albana Berga.

 

Koncert rozpoczęła kompozycja Islam Chipsy (aranż. Jacob Garchik) Zaghlala (Blurred vision caused by strong light hitting the eyes). To był jedyny utwór mocno, zbyt mocno nagłośniony. Altowiolista zespołu Hank Dutt sięgnął po bębenek i do uszu moich dotarła muzyka popularno – ludowa zakańczana modernistycznie brzmiącymi melodyjnymi sekwencjami. Jęknąłem boleśnie, choć przypomniałem sobie od razu, że sam przecież lubię choćby podróż Kronosów do Indii, za sprawą wspólnego, bollywoodzkiego projektu z wielką filmową śpiewaczką Ashą Bhosle. Tym niemniej przesterowane nagłośnienie w idealnej akustyce Sali Głównej NFM było dla mnie bolesne. To tak jak dmuchać uliczną szczekaczką w skrzypce Stradivariusa. Nie jestem też fanem używana przez smyczkowców instrumentów perkusyjnych – uważam, że kompozytor czy aranżer chcąc wprowadzić perkusję powinien dodać do kwartetu perkusistę i już. Dość słabe moim zdaniem otwarcie koncertu przypomniało mi, że Kronos Quartet, obok wielkiej perfekcji wykonawczej i ogromnej palety prezentowanego repertuaru potrafi być też męczący, podobnie zresztą jak amerykańscy minimaliści, których swoją drogą cenię znacznie bardziej niż przeciętny polski krytyk muzyczny.

 

Następne utwory grane jednak były bez quasi rockowego nagłośnienia. Jeśli jakieś było, to delikatne, niezauważalne. Następny utwór Gartha Knoxa Satellites: III. Dimensions podobnie jak poprzedni był związany z projektem Fifty for the Future: The Kronos Learning Repertoir, którego owocem jest powszechna dostępność stworzonych w jego ramach utworów, co ma pomóc młodym kwartetom i otworzyć je na nietypowe dźwiękowe światy. To nieco usprawiedliwia istnienie utworu Zaghiala, natomiast dzieło Knoxa okazało się być rewelacyjnie zagranym utworem klasycznie – współczesnym. Zauważyłem, że mimo nowoczesnych środków wyrazu Knox zachował w nim melodyjność i dość wyrazisty przebieg muzycznej narracji. Wykonanie było niezrównane – Kronosi w pełnej swej krasie.

 

Ciekawy był także powstały w ramach programu 50 utwór Aleksandry Vrebalov My Desert, My Rose. Najpiękniejszymi jednakże dziełami zaprezentowanym na koncercie były dla mnie Hílathi Aleksandra Kościowa i Another Living Soul Nicoli Lizée. Oba utwory też były związane z projektem Fifty for the Future: The Kronos Learning Repertoir. Odniosłem wrażenie, że bardziej klasyczne dzieła związane z tym projektem mają podobny nastrój melancholii i rozmarzenia, są też, mimo nowoczesnych środków wyrazu, jakoś podskórnie neoromantyczne. Nie było to ich wadą. W tak znakomitym wykonaniu dzieła te robiły ogromne wrażenie, były też, mimo niewielkich czasowo rozmiarów, nasycone inwencją i pomysłami. Tego nasycenia pomysłami nie dałoby się jednak przypisać dwóm utworom związanym z Jemenem – Fatimaha Al-Zaelaeyaha (aranż. Jacob Garchik)Ya Mun Dakhal Bahr Al-Hawa (Hey, Who Enters The Sea of Passion?) i Dur-Dur Band (aranż. Jacob Garchik) Dooyo. Tu proste melodie grane były da capo do pewnego momentu, po czym utwór wygasał. Dziwne to, bo przecież Jemeńczycy mają ciekawy folklor, choćby słynne pieśni pracy mogące rywalizować z tymi z Bahrajnu.

 

Jednak w The House of the Rising Sun w aranżacji Jacoba Garchika Kronosi pokazali, że potrafią zamienić prosty muzycznie temat w prawdziwą perełkę, wybierając aranżację która ma momentami piękne modernistyczne elementy. Zanim weszła na scenę irańska śpiewaczka usłyszeliśmy jeszcze dzieło Hawa Kassé Mady Diabaté (aranż. Jacob Garchik) Tegere Tulon: III. Kalime Antonia Haskella (aranż. Jacob Garchik) God Shall Wipe All Tears Away(utwór inspirowany twórczością Mahalii Jackson). To też były udane i ciekawe aranżacje, wykonane świetnie.

 

Do utworów wprowadzał nas David Harrington, pierwszy skrzypek Kronosów. Krótko i bezpośrednio opowiadał o kulisach powstania danych dzieł, nawiązywał też do polityki, można było łatwo zauważyć, że raczej nie należy do zwolenników prezydenta Donalda Trumpa i nie usłyszymy też z pewnością nawiązań do muzyki country czy aranżacji pieśni Konfederatów z Południa. Usłyszeliśmy natomiast kilka pieśni irańskich wykonanych przez Mahsę Vahdat, słynną nie tylko z pięknego głosu, ale i z obrony praw do wolności słowa i ekspresji artystycznej, o co w przypadku Iranu naprawdę wypada walczyć.

 

Najstarszą formą muzyki irańskiej jest dastgah, który sięga być może sławnego króla Dariusza walczącego z Federacją Ateńską. Ta fantastyczna, rozciągnięta w czasie muzyczna gonitwa, wieczne budowanie formy przypomina w daleki sposób ragę indyjską. Nic dziwnego – kiedyś Persowie i aryjscy Hindusi byli jednym ludem, zaś hymny Avesty i hymny Wed były bliskimi, choć jakby odwróconymi wobec siebie tekstami. Na dastgahy nałożyły się jednak silne wpływy średniowieczne, oraz forma makamu opracowana głównie przez Arabów i Persów współpracujących ze sobą (po wiekach krwawych wojen religijnych) w ramach Kalifatu Abbasydów.

 

Kronos Quartet & Mahsa Vadat / fot. Evan Neff

 

Mahsa Vahdat zaczęła koncert od silnego muzycznego nawiązania do wolnej części Dastgahu. Jej głos płonął jak ogień, był przy tym bardziej otwarty i mniej nasycony bólem niż głos legendarnej wykonawczyni klasycznej muzyki perskiej Khatereh Parvaneh. Po tym otwarciu nie nastąpiło jednakże oczekiwane już przeze mnie podświadomie wirtuozerskie rozwinięcie dastgahu, lecz cykl pieśni inspirowanych muzyką ludową i klasyczną, z dużym udziałem własnej inwencji śpiewaczki. Mahsa Vahdat współpracowała już wcześniej z Instytutem Grotowskiego we Wrocławiu, do czego nawiązała witając się z publicznością NFM. Od znajomych z instytutu dobiegły mnie wtedy głosy pełne zachwytu i słusznie, bowiem muzyka irańska wykształciła przepiękny styl śpiewu, wymagający wielkiej maestrii i doskonałych mocnych głosów od śpiewaków. Panowanie nad detalami i doskonała jakość barwowa wyodrębniająca i podkreślająca frazy i jakby stany tonalne, to wszystko naprawdę zachwycało. Kronosi też akompaniowali wspaniale. Już wcześniej pokazali, że nie boją się glissand i mikrotonów, tu potwierdzili, że z instrumentami smyczkowymi są w stanie zrobić wszystko, byleby tylko nikt nie kazał im tupać do rytmu, czy grać na bębnach zamiast na skrzypcach.  

 

Od 2003 roku Mahsa Vahdat wraz ze swoją siostrą współpracują z norweską wytwórnią płytową Kirkelig Kulturverskted. Dla tej firmy powstała też wspólna płyta z Kronosami zatytułowana Placeless. Polecam gorąco ten fonogram, zaś osobom, które chcą pójść dalej w świat klasycznej muzyki perskiej sugeruję zapoznanie się z nagraniami wspomnianej już Khatereh Parvaneh, czy nowszymi realizacjami legendarnego Rezy Shadjariana.

 

Koncert zrobił na mnie ogromne wrażenie. Doświadczenie swobody i nieograniczonych możliwości muzyków Kronosu było jedyne w swoim rodzaju, była to wręcz czysta magia. Z drugiej strony kilka utworów zaprezentowanych przez kwartet było wyraźnie słabszych, co też chyba stanowo nieodłączną cechę ich artyzmu – zachwycać, ale też głaskać niekiedy pod włos słuchacza. Ja na przykład, choć uwielbiam klasyczną muzykę indyjską i przedstawiłem na tych łamach przewodnik po niej, jestem też miłośnikiem indyjskiego kina, więc płyta Kronosów z Ashą Bhosle, śpiewaczką filmową, jest dla mnie cenna mimo popowego jej charakteru. Wielu jednak miłośników klasycznych rag i thumri uznałaby ją za dziwactwo i swego rodzaju muzyczną herezję. Możliwe zatem, że gdybym znał kontekst prezentowanej muzyki jemeńskiej, też byłbym mniej zszokowany jej monotonną prostotą. Nadal jednak zastanawiam się, dlaczego Kronosi nie wydali płyt we współpracy z klasycznymi muzykami indyjskimi czy z mistrzami jemeńskiego ludowego śpiewu.

 

 

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.