Muzyczne zatopienie okrętu

 

Kołując jak zwykle swoim rowerem przed gmachem NFM, na rozległym Placu Wolności, gdzie w cieplejszej porze roku ćwiczą grupy młodzieży wyposażone w deskorolki i hulajnogi, mimo swej śmiałości tonąc w ogromie tego nowego wrocławskiego placu, nie miałem pojęcia, że czeka mnie muzyczne zatopienie okrętu i to w doskonałym wykonaniu. Za ostateczną salwę, od której rozprysły się drewniane burty liniowca, odpowiedzialni byli tego dnia członkowie LutosAir Quintet, strzelający bez litości ze swoich rogów, fletów i fagotów (między innymi).

 

LutosAir Quintet to jeden z moich ulubionych zespołów, które mam okazję często słuchać na żywo, choć oczywiście nie tak często jakbym chciał. Grają w nim muzycy z Wrocławia, związani z NFM Filharmonia Wrocławska w składzie: Jan Krzeszowiec – flet, Wojciech Merena – obój, Maciej Dobosz – klarnet, Alicja Kieruzalska – fagot i Mateusz Feliński – róg. Ich koncerty słyną nie tylko ze świetnych interpretacji, ale i z bardzo dobrze dobranych programów, w które wprowadza żywo i z humorem flecista Jan Krzeszowiec.

 

LutosAir Quintet, fot. Łukasz Rajchert

 

Okręt The Mary Rose był ulubioną militarną zabawką króla Anglii Henryka VIII. Niestety, 19 lipca 1545 roku, mimo, że był jednym z najbardziej imponujących okrętów wojennych swojej epoki, zatonął podczas bitwy z Francuzami. Nie było do końca wiadomo, czy winnymi tego smutnego wydarzenia byli Francuzi, czy też wadliwa konstrukcja okrętu. Henryk VIII postanowił na wszelki wypadek przyjąć pewne prawdopodobieństwo obydwu hipotez, zatem wygrał z Francuzami i powiesił szkutników.

 

Spoczywający na dnie wód cieśniny Solent w pobliżu Portsmouth flagowiec twórcy anglikanizmu i zabójcy wielu żon nie dawał widocznie spokoju potomkom jego i jego poddanych, gdyż wrócono do jego szczątków w drugiej połowie XX wieku. Okazało się, że za katastrofę okrętu odpowiedzialny był przede wszystkim, przytaczam za źródłem z epoki: „typ łotrów, którymi nie można rządzić”. Tymi łotrami byli oczywiście Hiszpanie, którzy w epoce renesansu wykazywali się bardzo mizerną znajomością angielskiego, a zatapianie angielskich statków i okrętów mieli we krwi, choć przeważnie czynili to z zewnątrz, a nie od wewnątrz. Iberyjscy najemnicy służący na The Mary Rose nie byli raczej sabotażystami, lecz wykonali zbyt fantazyjny manewr, przez co woda wlała się przez otwory artyleryjskie, zaś już po zatonięciu sieci do abordażu unieruchomiły większość załogi w śmiertelnej pułapce. Tragedia The Mary Rose zaowocowała nie tylko historycznymi ciekawostkami, ale i wspaniałym utworem Kerriego Turnera (*1960) Berceuse for the Mary Rose op. 50. Ta kołysanka okazała się być pięknym obrazem ukazującym wyłaniający się co jakiś czas z fal wody i czasu okręt Henryka VIII. Owo wyłanianie się przybierało kształt cytatów z muzyki epoki Tudorów, w tym z dzieł samego króla. Kompozytor nie uległ prostej pokusie dekonstruktywizmu, lecz raczej zdecydował się na przenikanie się płaszczyzn muzycznej narracji. LutosAir grał to dzieło rewelacyjnie i bardzo sugestywnie. Myślę, że mało co tak potrafi pogrążyć słuchacza w krainie wyobraźni, jak muzyka znakomitego zespołu dętego.

 

 

Następna w programie koncertu była prapremiera dzieła Nikolet Burzyńskiej (ur. 1989) Wieniec dębowy, dedykowanego LutosAir i NFM. Młoda artystka jest już pewną swojego warsztatu kompozytorką, zaś jej mistrzami byli Stanisław Moryto, Tadeusz Wielecki i sławny La Monte Young. Cóż, La Monte Young był radykalnym minimalistą zafascynowanym między innymi stałym dźwiękiem indyjskiej tampury, który jednostajnie towarzyszy ragom (znacznie więcej na ten temat możecie przeczytać w naszym Przewodniku po muzyce indyjskiej). Ogólnie dźwięki można mnożyć, iść w stronę wielkiej ich złożoności, lub też odwrotnie – wnikać w naturę pojedynczego dźwięku czy współbrzmienia i zostawiać z nim słuchaczy na wiele godzin. Le Monte Young obierał często tę drugą drogę, lecz Nikolet Burzyńska w swoim utworze nie zdecydowała się na taki ascetyzm, a raczej wręcz przeciwnie. Utwór był poświęcony lasowi i Kościuszce. Choć kusi mnie, aby rozwinąć hasło „Kościuszko”, gdyż fundacja stojąca za naszą stroną internetową wydała niedawno książkę o tym żołnierzu i filozofie, to jednak w utworze słyszałem tylko i wyłącznie las, nie zaś wojownika o niepodległość USA i Polski.

 

Jan Krzeszowiec wprowadzając nas w to dzieło zauważył, iż po pierwsze waltornista zespołu zakochał się najpewniej w driadzie z tegoż lasu, po drugie zaś tło z rzutnika urozmaicające estetykę Sali Kameralnej NFM na potrzeby tego koncertu powyginało się od splątanych głosów muzyki Burzyńskiej i z prostego drzewka przeobraziło się w cień baobabu (są mocno pokręcone, nawet jak na drzewa…). Utwór zaczął się od nieco obsesyjnie nakładających się dźwięków oboju, fletu i klarnetu. Ostre, dysonansowe współbrzmienia były prawie nieprzyjemne, przywodząc na myśl amerykańskie eksperymenty La Monte Younga i jego kolegów. Później odezwały się róg i fagot i było w ich partii coś niezwykle leśnego, kojarzącego się z gęstwiną dębów i innych drzew. Wtedy nagle utwór zajaśniał swoim sugestywnym obrazem i byliśmy w prawdziwym lesie. Kompozytorka stopniowo chwytała po mniej ortodoksyjne metody wydobycia dźwięku z instrumentów dętych, flecista szukał alikwotowych rezonansów, klarnecista dmuchał pozastroikowo, fagocistka stukała klapkami. To wszystko składało się w niezwykle pobudzający wyobraźnię obraz jakiegoś leśnego dźwięko – miejsca, w którym jednakże nie zaobserwowałem żadnego Kościuszki ani nawet prostego kosyniera. Były natomiast bez wątpienia driady. No cóż – pisałem już wam wiele razy, że prapremiera dzieła muzycznego to prawdziwie historyczna chwila, zwłaszcza, gdy powstało dzieło udane. To było świetne i zupełnie się nie zdziwiłem, gdy na koniec wyszła do publiczności i muzyków kompozytorka, która wyglądała zupełnie jak Elfka. Była poza tym bardzo skromna, choć odniosła ogromny sukces, pisząc świetną muzykę i ukazując nam ją w wykonaniu doskonałego zespołu. Mam nadzieję, że utwór zagości na którejś z następnych płyt LutosAir.

 

Ostatni utwór zagrany na koncercie przynależał do epoki romantyzmu. Był jednym z tych dzieł, które tworzyły muzycznie Stany Zjednoczone, tak jak nas do pewnego stopnia muzycznie stworzył Chopin (choć na przykład szef NFM Andrzej Kosendiak przekonuje nas swoimi świetnymi płytami, że i przed Chopinem było wiele dobrego w naszej polskiej muzyce). W USA nie ma takiego problemu, gdyż muzyka indiańska nie stała się głównym nurtem muzycznej amerykańskości. Krótko mówiąc, ostatnie pół godziny koncertu spędziliśmy z Antonínem Dvořákiem (1841–1904) i jego XII Kwartetem smyczkowym F-dur op. 96 „Amerykańskim” (aranż. na kwintet dęty D. Waltera). Dvořák był jednym z największych melodystów romantyzmu, dzięki czemu działając w USA tworzył dzieła mocno nawiązujące do tamtejszego folkloru, który zmieniał na jeszcze śpiewniejszy, bohemizując go oczywiście przy okazji, jak na Czecha przystało. Dziś melodie Dvořáka znajdziemy w wielu amerykańskich filmach a nawet piosenkach pop. W podobny sposób Verdi swoją Aidą stworzył muzyczny Starożytny Egipt filmu i popkultury. Aranżacja kwartetu na kwintet dęty podkreśla piękną melodykę tego dzieła, cudowne były solowe partie melodyczne oboju i klarnetu, nieco słabiej niż na smyczkach brzmiały bardzo motoryczne momenty, ale takie już są uroki aranżacji. LutosAir grał wspaniale,  pogrążając nas tym razem w obrazach rozległych prerii i kowbojów przemierzających rozległe pustkowia. Obrazy były kluczowym tematem tego koncertu – najpierw okręt chwiejący się na falach morza wód i morza czasu, później las z zalotnymi driadami i pełen tajemniczych zwierząt, na koniec zaś western w najlepszym muzycznie wydaniu.

 

 

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.