Zaczynam mieć nadzieję, że mimo wojny palestyńsko – izraelskiej, która jest przerysowana i rozgrzewa emocje na całym świecie, to właśnie zwykli Arabowie z ZEA i Arabii Saudyjskiej zaczynają dostrzegać, że Żydzi też są ludźmi, sojusznikami, a może nawet przyjaciółmi. To by był paradoks. Że to właśnie Saudyjczycy i Emiratczycy zrezygnują z tak obecnie modnego antysemityzmu, który płonie na przykład we Francji czy w Niemczech.

I ja wiem, każdy może powiedzieć, że przecież Netanjahu, że przecież ludobójstwo, że przecież brutalna polityka. Izrael rzeczywiście jest obecnie bardzo zasadniczy w rozwiązywaniu swoich dawnych problemów, ale jednak, żeby w pełni zrozumieć, co się dzieje, trzeba gruntownie przepadać naturę konfliktu, która z pewnością nie prowadzi do obrazu, w których Izraelczycy to „wcielenie zła”, a Palestyńczycy to „tylko dobrzy niewinni ludzie, którzy są ludobójczo mordowani”. Druga rzecz to geopolityka. Może jednak warto sobie wyobrazić swoje własne miejsce na świecie jako niewielką wyspę wśród skrajnie wrogiego chaosu, chaosu który był wrogi zanim pojawiła się przemoc również ze strony mieszkańców tej wyspy.
Nie chcę teraz zajmować się obroną Izraela. Są ludzie, którzy robią to lepiej ode mnie, ryzykując oczywiście również brak obiektywizmu. Faktem jest, że widzimy w Europie pewien zapał do nienawidzenia Żydów, jakby spora grupa Europejczyków z utęsknieniem czekała na sygnał, gdy nienawiść do Żyda przestanie być powodem do kontrakcji i wykluczenia, ale zacznie być tolerowana albo nawet chwalona. A tu już abstrahując od oceny obecnej polityki Izraela mamy po prostu przejaw rasizmu zwanego antysemityzmem. Żydzi to różni ludzie, różnie oceniają politykę Netanjahu. W ten sam sposób nie traktuje się mieszkających w Europie Rosjan. Wszyscy wiedzą, że nie każdy Rosjanin jest Putinowcem, a nawet jeśli jest, to nawet to jeszcze nie jest powodem, aby wyrzucać go ze studiów, podpalać jego cerkiew czy bić go, albo zabijać.
W ostatnich tygodniach widzieliśmy coś, co jeszcze dekadę temu było niewyobrażalne. Gdy irańskie rakiety i drony zaczęły zagrażać nie tylko Izraelowi, ale też infrastrukturze naftowej w Arabii Saudyjskiej i ZEA, sojusz ten stał się fizyczny. Mamy wspólne niebo. Izrael, ZEA, Katar i Bahrajn (przy wsparciu USA) operują w ramach zintegrowanego systemu obrony powietrznej. To oznacza, że izraelskie radary i sunnickie systemy przechwytujące działają jak jeden organizm.
Pojawia się też „Isaac Accords” (19 kwietnia 2026). Zaledwie kilka dni temu Netanjahu i prezydent Argentyny Javier Milei ogłosili „Porozumienia Izaaka”. Choć to sojusz z krajem z Ameryki Płd., jest on bezpośrednią kontynuacją wizji Trumpa i ma na celu walkę z irańską siatką terrorystyczną na całym świecie.
Sunnickie monarchie (ZEA, Bahrajn, a nieoficjalnie Arabia Saudyjska) dokonały kalkulacji bezpieczeństwa. Te kraje wiedzą, że „dżihadyzm” Vahidiego (przywódca armii IRCG) nie rozróżnia między Żydami a „niewiernymi” sunnitami. Dla Teheranu monarchowie z Zatoki to zdrajcy, których trzeba obalić. Izrael oferuje technologię, bezpieczeństwo i stabilność. Iran oferuje tylko „męczeństwo” i ruinę gospodarczą. Wybór dla MBS-a (Muhammada ibn Salmana) czy szejka bin Zayeda jest oczywisty.
Pojawia się więc Bliski Wschód „dwóch prędkości”, dwóch osi:
- Oś Postępu: Izrael + ZEA + Arabia Saudyjska + Indie (projekt IMEC – korytarz gospodarczy Indie-Bliski Wschód-Europa). To świat handlu, AI, odsalania wody i turystyki.
- Oś Destrukcji: Iran + Huti + resztki Hezbollahu. To świat dronów, min morskich i życia w cieniu „Dnia Elektrowni”.
To zbliżenie sprawia, że zagrażający swoim sąsiadom Iran jest bardziej odizolowany niż kiedykolwiek. Nawet jeśli zwykli Irańczycy nie mają odwagi się zbuntować, to ich kraj staje się „wyspą nędzy” otoczoną przez prosperujący blok sunnicko-żydowski. Porozumienia Abrahamowe to nie tylko „świetna rzecz” – to jedyny powód, dla którego w ten piątek cały region nie płonie w totalnej wojnie. To one dają Trumpowi i Izraelowi pewność, że mogą dusić Iran blokadą, mając za plecami bezpieczne zaplecze w postaci sunnickich sojuszników.
Jest to całkowite odwrócenie istniejących przez dekady tendencji. Cieszę się, że najbogatsze kraje sunnickie stały się, w trakcie wojny z Iranem, sojusznikami Izraela i zaczynają mocno działać w ramach Porozumień Abrahamowych. W ten piątek, 24 kwietnia 2026 roku, kiedy Europa (Francja, Niemcy, Benelux) zmaga się z przerażającą falą antysemityzmu napędzaną przez radykalne grupy i chaos wojny z Iranem, kraje Zatoki idą w dokładnie odwrotnym kierunku.
Z perspektywy zwykłego Saudyjczyka czy Emiratczyka, dżihadystyczny Iran nie jest abstrakcyjnym zagrożeniem z telewizji. To są drony uderzające w ich rafinerie i hakerskie ataki na ich banki. Kiedy widzą, że to izraelskie systemy obronne i wywiad (Aman) realnie (współ)chronią ich niebo przed „braćmi-muzułmanami” z Teheranu, stara nienawiść do Żydów zaczyna przegrywać z instynktem przetrwania. Sojusznik, który ratuje życie, szybko staje się kimś więcej niż tylko „sąsiadem”. Staje się realnym partnerem.
Emiraty (ZEA) poszły najdalej. Proces nabiera rozpędu od podpisania Porozumień Abrahamowych w 2020 roku do dzisiaj. ZEA systematycznie usuwały treści antysemickie z programów nauczania. Młode pokolenie w Dubaju czy Abu Zabi dorasta w atmosferze, w której Żyd jest przedstawiany jako kuzyn (potomek Abrahama), a nie wróg. W Abu Zabi meczet, kościół i synagoga stoją obok siebie. To nie jest tylko dekoracja – to sygnał dla obywateli: „Jesteśmy częścią tego samego świata”.
To, co dzieje się teraz w Europie – zamachy na synagogi w Belgii czy Holandii (marzec/kwiecień 2026 roku) – budzi w Arabach z Zatoki odrazę. Oni chcą być postrzegani jako nowoczesne, cywilizowane mocarstwa. Antysemityzm kojarzy im się dzisiaj z „ulicą”, chaosem i radykalizmem, który niszczy państwa od środka (tak jak zniszczył Liban czy Jemen). Wybierając przyjaźń z Żydami, Saudyjczycy i Emiratczycy mówią światu: „My budujemy przyszłość, podczas gdy dżihadyści i europejscy radykałowie palą przeszłość”. Wymowny jest fakt, że ZEA wykreśliło część europejskich uczelni z programu stypendialnego dla swoich młodych obywateli z uwagi na dżihadystyczną radykalizację, jakiej mogą tam doznać ich studenci. Emiraty boją się, że po studiach w UK wróci do nich dżihadysta.
Mimo że media pokazują gniew świata arabskiego na operacje Izraela, rządy w Rijadzie i Abu Zabi bardzo pilnują, by nie przerodziło się to w nienawiść do narodu żydowskiego. Oni wiedzą, że antysemityzm to narzędzie Iranu. Jeśli zaczną go tolerować u siebie, wpuszczą do domu konia trojańskiego z Teheranu.
Podczas gdy w Paryżu czy Berlinie Żydzi boją się wyjść na ulicę w jarmułce, w Dubaju czy Rijadzie stają się częścią nowej elity technologicznej i obronnej.
To dowód na to, że wspólny wróg (fanatyczny Iran) i wspólny interes (pieniądze i technologia) potrafią uleczyć rany, których nie zagoiły dekady dyplomacji. Jeśli to zbliżenie przetrwa obecny kryzys, to faktycznie możemy być świadkami narodzin „Nowego Bliskiego Wschodu”, w którym stara nienawiść zostanie po prostu uznana za… nieopłacalną.




