Ateista z chwilową luką w pamięci i w szoku niewolnictwa

Przypominamy tekst Richarda Dawkinsa sprzed 6 lat o mitycznej dominacji chrześcijan w społeczeństwie brytyjskim. W Polsce „dobrej zmiany” każdego dnia słyszymy o demograficznych powodach, dla których Kościół ma być obecny na scenie politycznej, by na państwowych uroczystościach paradowało więcej księży niż polityków, by w szkołach było więcej religii niż matematyki, by dzieci miały katechezę w państwowych przedszkolach, itp. Twierdzenie, że nie wszyscy ludzie deklarujący się jako chrześcijanie są przekonani do tej kościelnej inwazji natrafia na niezbyt logiczną kontrę, że przecież ponad 90 procent polskiego społeczeństwa to katolicy. Richard Dawkins pisze o tym, jak wielka może być różnica między deklaracją przynależności do jakiegoś wyznania i podstawą do zaliczenia danej osoby do gromady wiernych i potulnych owieczek.

 


***


Kilka lat temu moja koleżanka została przyjęta do szpitala i pielęgniarka podeszła do jej łóżka, żeby wypełnić formularz o danych osobowych. „Religia?" "Żadna" [ang. none”>]. Potem podsłuchała  rozmowę dwóch pielęgniarek plotkujących o niej. „Nie wygląda na zakonnicę" [ang. nun — wymowa ta sama. przyp. tłum.]


Absurdalne założenie, że każdy musi mieć jakąś religię jako część swojej tożsamości, którą należy odhaczyć w taki sam sposób, jak odhacza się rubrykę dla płci, koloru oczu i znanych alergii, jest powszechne w naszym społeczeństwie i ciągle jest zapisane w naszych formularzach spisowych.

 


Spis powszechny z 2001 r. wydawał się pokazywać, że ponad 70 procent Brytyjczyków jest chrześcijanami. Na tę liczbę triumfalnie i wielokrotnie powoływali się politycy, prałaci i apologeci religii, pozornie przekonująco uzasadniając silną obecność chrześcijaństwa w rządzie i jego uprzywilejowaną pozycję przy przyznawaniu środków materialnych. Spis powszechny pokazywał, że nadal jesteśmy krajem chrześcijańskim, a więc właściwy jest wymóg prawny, by wszystkie dzieci w wieku szkolnym w Anglii i Walii uczestniczyły w „codziennym akcie oddawania czci religijnej o charakterze chrześcijańskim"; że słuszne jest, iż 26 biskupów ma miejsca w parlamencie, gdzie wpływają na decyzje polityczne w bardzo chrześcijański sposób — na przykład w sprawach  szkół wyznaniowych stosujących dyskryminację, w sprawach aborcji, czy wspomaganego umierania. Nie chodzi tu tylko o tych przez nikogo nie wybranych biskupów — członkowie Izby Gmin, którzy chcą zostać wybrani ponownie, muszą słuchać głosu religii chrześcijańskiej i przypochlebiać się tej potężnej większości. Siedemdziesiąt procent populacji chce polityki chrześcijańskiej i nie można odmówić siedemdziesięciu procentom.


Wielu z nas podejrzewało, że te tak bardzo okrzyczane 70 procent kryje kłopotliwy problem niechrześcijańskiej, niereligijnej mglistości. „No cóż, nasza rodzina zawsze była chrześcijańska i ja jestem ochrzczony; nie jestem Żydem ani hindusem i z pewnością nie jestem muzułmaninem, śpiewam kolędy, Jezus był najwyraźniej dobrym człowiekiem, spójrz tylko na ten wspaniały zachód słońca, i… jest więcej rzeczy między niebem a ziemią, Horacjo, więc… tak, lepiej odhaczę rubrykę chrześcijaństwa".


Naturalnie ludzie mogą nazywać siebie jak chcą, i jeśli chcesz nazywać siebie chrześcijaninem, mimo że nie wierzysz w Boga i masz tylko najbardziej mgliste pojęcie o nauczaniu chrześcijańskim, to nie jest to moja sprawa. Jest jednak jak najbardziej moją sprawą i sprawą każdego obywatela, jeśli dane o demograficznej sile chrześcijaństwa w tym kraju są sztucznie rozdmuchane z powodu bardzo szerokiej i mglistej definicji tego, co to znaczy być chrześcijaninem, i tę rozdmuchaną liczbę podchwytują potem i wykorzystują zwolennicy znacznie węziej definiowanego chrześcijaństwa. Jeśli postawiłeś znak w rubryce „chrześcijanin", ponieważ (podobnie jak mnie) do łez porusza cię Szubert albo Droga Mleczna i dlatego uważasz się za osobę „uduchowioną", twoje „uduchowienie" nie powinno upoważniać do zasiadania biskupów w Izbie Lordów albo do śpiewania „All Things Bright and Beautiful" w szkole. To samo, jeśli postawiłeś znak w rubryce „chrześcijanin", ponieważ (znowu tak jak ja) masz nostalgicznie ciepłe uczucia wobec Modlitewnika Powszechnego i kaplicy w King's College.


Między innymi z tego powodu wielu z nas prowadziło kampanię usunięcia pytania o wyznanie ze spisu powszechnego z 2011 r. Niestety, nie udało nam się. Dlatego Richard Dawkins Foundation for Reason and Science (UK) przeszła do planu B, czyli zamówienia w zeszłym roku dużego i wyczerpującego badania opinii publicznej bezpośrednio w tydzień po spisie powszechnym, żeby dowiedzieć się, w co właściwie wierzą ludzie, którzy odhaczyli rubrykę „chrześcijanin", co kryje się za decyzją zaakceptowania etykietki chrześcijanina i jakie jest ich stanowisko wobec ustawodawstwa opartego na chrześcijaństwie. Czy politycy i inni mogą przekonująco powoływać się na odsetek ludzi, nazywających siebie chrześcijanami, jako amunicją w sporach o religię w szkołach, prawa homoseksualistów, aborcję i głosowanie lordów duchownych?


Badanie wykonała organizacja Ipsos MORI zgodnie ze ścisłymi regułami, żeby zapewnić poprawność i bezstronność, i 14 lutego opublikowaliśmy wyniki w formie dwóch komunikatów prasowych i linku do surowych danych (wszystko to znajduje się obecnie na richarddawkins.net włącznie z linkami do relacji w prasie). Główne wnioski są w dużej mierze zgodne z tym, co podejrzewaliśmy…


Konkluzją z tych badań jest to, że ktokolwiek, kto opowiada się za silnym umocowaniem religii w rządzie, nie może twierdzić, że żyjemy w kraju, w którym liczebnie przeważają chrześcijanie i że właśnie to ma być podstawą przyznania religii wielkiego wpływu i uprzywilejowania.


Na koniec sprawa żartobliwego tytułu tego tekstu. Podczas jednej z nadawanych przez radio dyskusji o naszym badaniu posłużyłem się przykładem, żeby pokazać, jak marnie wydają się być zaznajomieni z Biblią „spisowi chrześcijanie". W badaniu Ipsos MORI poproszono respondentów o zidentyfikowanie pierwszej księgi Nowego Testamentu. Mieli do wyboru Ewangelię według św. Mateusza, Księgę Rodzaju, Dzieje Apostolskie i Psalmy oraz „nie wiem" i „wolę nie mówić". Tylko 35 procent poprawnie wskazało na Mateusza, 39 procent nawet nie zgadywało, a reszta podała rozmaite, złe, odpowiedzi.


Jest to doprawdy osłupiający wynik. To tak jakby ludzie, którzy mówią, że są wielbicielami literatury angielskiej, nie potrafili wybrać autora Hamleta spośród Szekspira, Tennysona, Chaucera i Homera. Nie chodzi o to, że nieznajomość kolejności arbitralnie zestawionych zwojów biblijnych sama w sobie ma znaczenie. Chodzi o to, że jest to wymowny wskaźnik tego, jak bardzo współcześni Brytyjczycy są oddaleni od kultury chrześcijańskiej, także ci, którzy zadeklarowali się jako chrześcijanie w spisie powszechnym.


Jak apologeci chrześcijańscy poradzą sobie z tym dewastującym wynikiem? Dr Giles Fraser uczestniczył w dyskusji radiowej i radził sobie z tym przez posuwanie się niesłychanie daleko, by zwrócić uwagę w zupełnie innym kierunku. Odniósł sukces, który najwyraźniej uznał za „Mam cię!", kiedy zapytał mnie, czy znam pełen tytuł pracy Darwina O powstawaniu gatunków. Chodziło mu o długi, wiktoriański podtytuł. Z pewnością siebie odpowiedziałem, że znam, bo istotnie znam go. W tym momencie jednak miałem jedną z tych chwilowych luk w pamięci, które stają się coraz częstsze w moim wieku. Wyjąkałem coś w przybliżeniu, ale nie byłem w stanie przypomnieć sobie dokładnych słów, aż dopiero potem, kiedy jechałem rowerem do domu i nie byłej już pod presją wypowiadania się w studiu radiowym: O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt.


Kanonik Fraser (którego, nawiasem mówiąc, bardzo podziwiam za pryncypialną postawę w sprawie namiotowego protestu w St Paul) nie może na poważnie uważać, że te dwa przypadki mają ze sobą cokolwiek wspólnego. Nikt nie prosił „spisowych chrześcijan", by cokolwiek recytowali z pamięci, ale mieli po prostu wybrać Mateusza spośród czterech innych nazw. Nawet gdyby poproszono ich o podanie tego z pamięci, „Mateusz" to tylko jedno słowo, podczas gdy pełen tytuł wielkiego dzieła Darwina składa się z 21 słów. [angielski tytuł ma 21 słów, polski 16. przyp. tłum.] Porównanie jest doprawdy tak niewłaściwe, że zamiast być prawdziwym „mam cię!", taktykę Frasera można uważać wyłącznie za miarę desperacji, której celem było ukrycie żenującej ignorancji na temat  własnej księgi świętej, jaką wykazało 64 procent „spisowych chrześcijan". W każdym razie O powstawaniu gatunków, jak chyba nie muszę dodawać, nie jest niczyją księgą świętą.


Ten argument był pierwszy w zdumiewającej serii prób prasy krajowej skierowania uwagi na inne tory, z których pewne są po prostu zwykłą taktyką oczerniania. Najbardziej chyba absurdalny (spośród wielu innych) był pismak z „Sunday Telegraph", który roztrąbił opowieść o tym, że mój odległy przodek był właścicielem niewolników na Jamajce. No cóż, to rozstrzyga sprawę: Dawkins jest ateistą i jego pra pra pra pra pra pra pradziad był właścicielem niewolników na Jamajce. Mam cię! Sprawa zamknięta. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ci, których celem jest obrona za wszelką cenę uprzywilejowanego statusu chrześcijaństwa w życiu publicznym Zjednoczonego Królestwa, chcieliby odwrócić uwagę od bardzo ważnych wyników badania Ipsos MORI. To są fakty, nie zaś opinie, i nie znikną one ani nie zmieni ich żadna ilość gierek lub taktyk oczerniania i nieistotnych dygresji.


W nowoczesnej Wielkiej Brytanii także chrześcijanie nie plasują chrześcijaństwa choćby w pobliżu centralnej kwestii ich życia, ani nie chcą ustawiać go w centrum życia publicznego. Proszę to zauważyć.


Tekst oryginału.

Richard Dawkins.net, 24 lutego 2012
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska 

Tekst pochodzi z portalu Listy z naszego sadu

O autorze wpisu:

  1. Dawkins to jednak naiwniak. Oczywiscie pytanie niepotrzebne, ale to tylko nic nie znacząca deklaracja, niekoniecznie wiary. W celu statystycznym. Rownie dobrze mozna by sie spytac jakie lubisz koty. To przecież ludzie decydują w jakim celu wykorzystywac statystyke. Zreszta wiekszosc angoli pewnie pisze anglikanin,  zeby nie wyszło ze Anglia juz jest muzułmanska. 

    Zamiast tego powinna byc rubryka na jaki koscioł chcesz płacic (podatek). Choc to  tez deklaracja, liczy sie prawdziwa deklaracja podatkowa i faktyczne płacenie, a nie deklaracja na spisie statystycznym. 

    To jakis absurd, ze (swieccy) politycy rozdają pieniądze na podstawie niewiążących deklaracji.

    1. W szpitalu to raczej chodzi o efekt psychologiczny. Jeden wierzy, że może mu pomóc ściskanie kociej łapki, inny wierzy w ściskanie ręki księdza pedofila. 

  2. Ilu katolików  wie,  co to jest transsubstancjacja? Czy wiedzą, że spożywają nie opłatek, nie symbol, ale rzeczywiste, prawdziwe ciało Jezusa Ch.? Jeśli zaprzeczą, to będą przeklęci. Zawodowy katolik – cielesny  (tzw. duchowny) pije krew tegoż Jezusa. Wszyscy oni są kanibalami, ludożercami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.