Magia wiolonczeli

   W czwartek (23.04.2026) miał miejsce we wrocławskim NFM zaskakujący koncert. Spodziewałem się po nich dobrych muzycznie rzeczy, ale rzeczywistość przeszła moje nie tak znów skromne oczekiwania. W Sali Kameralnej NFM miał miejsce koncert wiolonczelisty Alexeya Stadlera i (tu nie będzie zaskoczeń jeśli chodzi o instrument) pianisty Adama Golki.

   Muzycy zagrali następujący program:

R. Schumann Fantasiestücke na klarnet i fortepian op. 73 (wersja na wiolonczelę i fortepian) 
A. Schnittke I Sonata na wiolonczelę i fortepian
***
F. Chopin Sonata g-moll na fortepian i wiolonczelę op. 65

   Na bis była wolna część z Sonaty wiolonczelowej Rachmaninowa G-dur op.19, pasująca doskonale do późnego dzieła Chopina.

   Alexey Stadler urzekł mnie pięknym jedwabistym dźwiękiem, który zmieniał się w zależności od stylistyki utworu. U Schumanna był jedwabisty i pastelowy, z czym barwa tej muzyki nieodparcie mi się kojarzy, zwłaszcza w mniej kontrastowych i dramatycznych dziełach. Temu wszystkiemu towarzyszyła niesamowita precyzja linii melodycznej, wręcz ekstrawagancka w swojej elegancji. Myślałem, że płynę w świecie muzyki, że unoszę się w niej i nie myślę, tylko jestem zasłuchany. Muzyka Schumanna, choć to romantyzm pełną gębą, potrafi wywołać taki efekt oderwania się od rzeczywistości, nawet swego rodzaju medytacji. I to właśnie się ze mną stało, dodam, że Adam Golka okazał się znakomitym towarzyszem wiolonczeli, dobierającym barwy i fakturę partii fortepianowej idealnie zgodnie z wiolonczelą. W pewnych momentach u Schumanna wiolonczela i jeden z głosów w fortepianie idą unisono i miałem wrażenie, że nagle wiolonczela zyskała klawisze. Jakby grała jedna osoba. Ten finezyjny zabieg podparty wyjątkową precyzją i wyjątkowym wzajemnym zrozumieniem kameralisty spotęgował efekt tego swoistego flow…

   Schnittke był zupełnie inny, co zresztą muzycy zapowiedzieli. Ich komentarze były krótkie, ale pomocne. Adam Golka mówił po polsku, bardzo ładnie i ciekawie, choć w pewnych momentach słychać było, że nie ma stałego kontaktu z polszczyzną. Z kolei Alexey Stadler mówił po angielsku, co Golka tłumaczył.

   Na stronie Drugiego Programu Polskiego Radia znalazłem taką wypowiedź pianisty o sobie i polskości:

Wychowałem się, mówiąc w domu tylko po polsku. Dopiero w szkole nauczyłem się angielskiego. Czuję się absolutnie Polakiem. Jest to również bardzo ważna część mojego życia zawodowego, bo muzyka polska i fortepian to prawie synonim. To dzięki Chopinowi pokochałem fortepian, jest to część mojej duszy.

Adam Golka jest laureatem znaczących nagród, takich jak Gilmore Young Artist, China Shanghai International Piano Competition czy American Pianists Association. Jego muzyczne doświadczenie poparte jest wieloma koncertami z orkiestrami, m.in.: szkocką BBC, zespołami w Atlancie, Houston, Dallas, Indianapolis, New Jersey, Phoenix, San Diego, Fort Worth, Vancouver, Seattle, Ottawie. 

Pianista określa się jako pianista polsko-amerykański. Mieszka w Nowym Jorku, jest wykładowcą w College of the Holy Cross w Worcester i artystą rezydentem tej uczelni. Urodził się w 1987 roku. Pochodzi z muzycznej rodziny. Jego brat Tomasz grał na skrzypcach, a teraz głównie dyryguje i komponuje. Ojciec pianisty jest puzonistą, z kolei matka gra na fortepianie, skończyła liceum w Warszawie, a potem akademię w Gdańsku.

Pierwszych lekcji gry na fortepianie udzielała mu matka. Duży wpływ na osobowość artysty mieli prof. José Feghali i prof. Leon Fleisher, u którego muzyk studiował w Peabody Conservatory w Baltimore. Od ukończenia studiów (2012) pianista nieustannie doskonali umiejętności u takich mistrzów jak: András Schiff, Murray Perahia, Richard Goode, Alfred Brendel, Mitsuko Uchida. Właśnie, Leon Fleisher. Wydaje mi się, że jest trochę niedoceniany przez polskich melomanów (za to przez amerykańskich bardzo), tymczasem jego brzmienie to nieustanna równowaga i piękna, wyrafinowana perlistość brzmienia. Wydaje mi się, że Golka poszedł tą drogą, dlatego mnie tak zafascynował w Schumannie. Ale też Brendel, z jego olimpijskim spokojem, jest tu na rzeczy. Ba! Alfred Brendel, ciężko o lepszego pianistycznego „guru”.

  Ale wróćmy. Znów był Schnittke. Nie tak dawno w NFM słyszeliśmy inne jego dzieło. Twórca fascynujący, wyrywający się z radzieckiego neoklasycyzmu postmodernistyczną drogą. Twórca o bardzo złożonej tożsamości – rosyjskiej, żydowskiej i niemieckiej. I to splątanie różnych muzycznych perspektyw jest u niego cały czas obecne. Tym niemniej dobrze zagrany Schnittke uświadamia nam, że obcujemy z arcydziełami. I tak było w tym wypadku. Wspaniała, refleksyjna część wolna, mająca w sobie pewne odcienie Szostakowiczowej elegijności, ale zaraz idąca w inną, jakąś metafizyczną stronę. Druga część, polistylistyczna, nawiązująca do muzyki również jazzowej, tanecznej itp. Nie było w niej jednak ani cienia kiczu czy wysilonej stylizacji. Było to raczej zderzenie wzniosłości i przyziemności na miarę Mahlera. I nasi wykonawcy nie tylko radzili sobie dobrze w tym labiryncie. Oni w nim dosłownie mieszkali, wydobywając tym razem ze swoich instrumentów brzmienia ekspresyjne, momentami surowe, ale zawsze podskórnie eleganckie i pełne finezji. Schnittke jest bardzo trudny interpretacyjnie. Mam sporo płyt z jego muzyką, z których (od strony wykonawczej) nigdy nie jestem zadowolony na 100%. Tym razem było idealnie, w punkt.

   Zacząłem stukać w klawiaturę, aby zobaczyć czego można się dowiedzieć o Alexeyu Stadlerze w sieci. Nie znalazłem niestety wielu płyt, ale to najpewniej szybko się zmieni. Jednak na stronie artysty od razu uderzył mnie taki komunikat:

„Zdecydowanie potępiam brutalny, agresywny i złowrogi atak Rosji na Ukrainę. Mam nadzieję, że Międzynarodowy Trybunał Wojenny wkrótce wyda ostateczny wyrok w tej wojnie, wymieniając nazwiska i karząc wszystkich zaangażowanych – od Putina po wojskowych egzekutorów i propagandystów. Bycie artystą nie zastępuje odpowiedzialności wynikającej z bycia obywatelem, wręcz przeciwnie. Wszyscy możemy pomóc Ukrainie i Ukraińcom, bezpośrednio dotkniętym tą tragedią. Każda pomoc jest potrzebna i przynosi zmiany.”

Bardzo dobrze, ucieszyłem się. Nie brakuje niestety wybitnych rosyjskich artystów, którzy nie są w stanie się odciąć od Putina i jego polityki. Bywają też tacy, którzy jak wielki dyrygent Valery Ghiergiev nie tylko nie krytykują Putina, ale nawet są hojnie przez niego nagradzani za lojalność. Mimo to płyty Ghierghieva, które mam, nie brzmią przez to fałszywie. Artysta nie musi być dobrym człowiekiem, tym milej, gdy wspaniały artysta jest też dobrym człowiekiem.

„Bycie artystą to nie tylko przywilej i przyjemność, ale i wielka odpowiedzialność. Można wiele osiągnąć i ukształtować – to wyjątkowa okazja” – takim mottem zaczyna swoją biografię na swojej stronie Alexey Stadler.

   Stadler urodził się w Petersburgu, gdzie początkowo otrzymał intensywne szkolenie instrumentalne, a jednocześnie studiował teorię muzyki, harmonię i orkiestrację w Szkole Muzycznej im. Rimskiego-Korsakowa, gdzie – jak sam podkreśla – zdobył zrozumienie podstaw języka muzycznego i jego fundamentalnych podstaw. Jego podróż wkrótce zaprowadziła go na sceny międzynarodowe, gdzie otrzymał wsparcie od wybitnych postaci, takich jak Frans Helmerson i David Geringas, którzy utorowali mu drogę do dalszego rozwoju.

Dzięki ich rekomendacji Aleksiej Stadler poznał prof. Wolfganga E. Schmidta, który towarzyszył mu w trakcie studiów artystycznych, od licencjatu po koncerty w Konzertexamen. Uniwersytet Muzyczny im. FRANZA LISZTA i miasto kultury Weimar stały się nowym centrum życia Stadlera. Rozpoczął się okres intensywnej pracy muzycznej, który wkrótce został nagrodzony skokiem w międzynarodową karierę. Początek dała mu pierwsza nagroda w konkursie TONALi w Hamburgu w 2012 roku – kolejne wydarzenia nastąpiły szybko po sobie.

Stadler osiągnął międzynarodowy sukces i od tamtej pory występuje jako solista z orkiestrami na całym świecie. Pod wpływem wybitnych mentorów, takich jak Steven Isserlis i Sir András Schiff, solista ukształtował swój profil muzyczny. Od 2023 roku przekazuje swoją wiedzę młodszemu pokoleniu: jako profesor wiolonczeli, Alexey Stadler wykłada w Hochschule für Musik und Theater w Hamburgu. Przywiązuje szczególną wagę nie tylko do traktowania swoich studentów na równi z innymi, ale także do utrzymywania silnej więzi z publicznością.

   „Podziwiam artystów o silnym profilu, którzy zawsze wnikają w swoją twórczość muzyczną i troszczą się o świat. Reprodukowanie poprzez grę bez zadawania pytań – to dla mnie za mało”. – pisze dalej Stadler.

   Czy to w przypadku I Koncertu wiolonczelowego Dymitra Szostakowicza, czy Sonaty wiolonczelowej Alfreda Schnittkego – zapewnienie kontekstu zarówno dla repertuaru podstawowego, jak i mniej znanego jest dla Alexeya Stadlera kluczowe. Zaczyna szukać sposobu, aby nadać swoim koncertom dodatkową wartość, nawiązać kontakt z publicznością, wzmocnić go, a przede wszystkim utrzymać.

Wiolonczelista przeżył niezapomniane przeżycie w młodym wieku: usłyszał „Kwartet na koniec czasu” Oliviera Messiaena na koncercie bez żadnej wiedzy, a co za tym idzie, bez trwałego wrażenia. Utwór nie chciał się przed nim otworzyć. Później Stadler poznał okoliczności towarzyszące utworowi: skomponowano go w 1941 roku „Ku czci anioła apokalipsy, który wznosi ręce ku niebu i mówi: »Czasu już nie będzie«” w obozie jenieckim w Görlitz, a jego prawykonanie odbyło się przed 400 więźniami w mroźnym zimnie. Stadler usłyszał utwór ponownie, był wzruszony i poruszony. Uświadomił sobie, jak bardzo kontekst może kształtować własne doświadczenie koncertowe. Co więcej, jakie nieoczekiwane emocje można dzięki temu wzbudzić.

„To był ten sam utwór. Ale nagle nabrał dla mnie emocjonalnego kontekstu – słuchałem go inaczej i potem płakałem” – pisze Stadler.

   I nie są to sława na wiatr. Na koncercie miałem wrażenie autentycznego przeżycia prezentowanych utworów i wyjątkową (nawet jak na muzyków) chęć prowadzenia słuchaczy przez ich świat. To nie był normalny koncert. Miałem wrażenie, że jestem wśród przyjaciół, którzy dzielą się hojnie swoim odczytywaniem muzyki.

   Bardzo dobrze to zrobiło Sonacie wiolonczelowej Chopina, która jest trudnym dziełem wielkiego kompozytora. Jako późny utwór odsłania nowe drogi, ale nie ma, moim zdaniem, tej siły przebicia co późne arcydzieła Beethovena, Mozarta czy Bacha (cóż, Chopin to ta sama liga). O ileż łatwiej słucha się sonat fortepianowych, choć i one są w jakimś sensie nieco „dziwaczne” przy dojrzałych nokturnach, balladach, mazurkach czy polonezach.

   W Sonacie wiolonczelowej Chopin jest na stylistycznych rozdrożach i nie do końca ma już siłę, aby nimi iść. Jakby wiedział, że jego tragicznie krótkie życie wkrótce dobiegnie kresu. A jednak jest w tym utworze coś wielkiego, choć gubi się w momentach, gdy muzyka zatrzymuje się, zdyszana i zdezorientowana. Zarówno zagranie wcześniej polistylisty Schnittkego, jak i klasycyzująca ekspresja w samej sonacie Chopina stały się doskonałą bramą do zrozumienia tego utworu. Chyba dawno już się tak nim nie zachwyciłem. To było wspaniałe! No i na sam koniec Rachmaninow. Byłem przekonany, że na bis będzie Rachmaninow. On i Skriabin to późniejsi twórcy najmocniej związani z idiomem Chopina, przynajmniej jeśli chodzi o tych wielkich. Może jeszcze w jakimś sensie Debussy, albo może nawet Satie, ale oni już jednak szybko wskakiwali na inne ścieżki. Więc Rachmaninow był wspaniały na zakończenie koncertu. Miałem wrażenie, że wyrasta on wprost z późnego Chopina, choć oczywiście jest inny. Nostalgia Rachmaninowa jest równie dojmująca co Chopinowski żal, obaj są mistrzami nastroju, choć oczywiście Chopin był jeszcze genialniejszy. Ale Rachmaninowa też warto słuchać…

   Piękny koncert, dziwię się, że tak mało jest jeszcze płyt tak znakomitych muzyków. Jeśli nie mają podpisanych kontraktów, to wielka szansa dla polskiej fonografii. Może NFM z CDAccord?

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

18 − cztery =